Po stronie „niebieskich” w symulacji brali udział funkcjonariusze Secret Service, FBI, Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego i policji. Po stronie „czerwonych” – hakerzy, w tym były oficer Mossadu.
Napastnicy nie mogli bezpośrednio włamywać się do maszyn do głosowania. Zamiast tego dyskredytowali proces wyborczy, rozsiewając fake newsy, jakoby… system do głosowania został spenetrowany przez hakerów. Wykorzystali też sfingowane nagrania wideo kompromitujące kandydatów i władze oraz przejęli zdalnie kontrolę nad autonomicznymi pojazdami, które wykorzystali do terrorystycznych ataków na lokale wyborcze. W efekcie władze były zmuszone przerwać wybory i zarządzić stan wyjątkowy... To symulacja, ale USA uważają zagrożenie powtórką z hakerskich incydentów z 2016 r. za bardzo realne. Amerykanie wydali już 250 mln dolarów na zabezpieczenie przyszłorocznych wyborów. ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















