Wszyscy są rozczarowani

Mimo islamskich i nacjonalistycznych resentymentów wielu Irakijczyków nadal woli koalicję od chaosu, ale ta milcząca większość jest zastraszana przez ekstremistów. Rozprawienie się z nimi to warunek sprawnego przekazania władzy. Żołnierzy koalicji jest jednak za mało, aby zapewnić zwykłym Irakijczykom dobre prawo i codzienne bezpieczeństwo.

25.04.2004

Czyta się kilka minut

Telewizje całego świata pokazują kraj, zdawałoby się, pogrążony w wojnie: uliczne starcia, zestrzelone helikoptery, eksplozje. Tymczasem wojna ta jest w najwyższym stopniu lokalna: zaciekłe walki toczą się w Faludży, zaś w innych miastach i w “trójkącie sunnickim" incydenty są sporadyczne. Strzelaniny wybuchają w niektórych punktach bagdadzkiej metropolii, szczególnie w dzielnicy zwanej Miastem Sadra. Uzbrojone grupy przemierzają Karbalę i Nadżaf - miasta, do których masowo pielgrzymują szyici - ale nie dochodzi w nich do wielu starć. Kut zostało łatwo opanowane przez “Armię Mahdiego" Muktady al-Sadra, która zmusiła do ucieczki ukraiński garnizon, ale później równie łatwo - po krótkiej strzelaninie i bez ofiar - miasto odbił amerykański batalion. W Basrze i reszcie południowo-wschodniego Iraku aż po Amarah Brytyjczyków nękają sporadyczne ataki. W Nasiriji włoscy żołnierze rozbili atakujące grupy z “Armii Mahdiego"; w Samawie Kazem al-Awadi, miejscowy przedstawiciel al-Sadra miał odmówić nawet zorganizowania demonstracji przeciw siłom japońskim i holenderskim.

Wszelako fakt, że przemoc w Iraku ma charakter “punktowy", to tylko po części dobra wiadomość. Brak ataków na siły koalicyjne w prawie całym kraju - a nie tylko w bogatych dzielnicach Bagdadu czy w irackim Kurdystanie (tj. w północnej części kraju - red.) - wskazuje, że mimo islamskiego i nacjonalistycznego resentymentu wielu Irakijczyków nadal woli koalicję od chaosu. Przeczy to wymowie prezentowanych w mediach niezliczonych ulicznych rozmów z Irakijczykami: swoje poglądy wyrażają w nich bardziej agresywni fundamentaliści lub narodowcy, którzy przeklinają Amerykanów i żądają natychmiastowego wycofania sił koalicji. Mniej wrogo nastawiona większość jest zastraszona przez zbrojnych ekstremistów i nie może się swobodnie wypowiedzieć.

Innym powodem, dla którego walki są lokalne, jest - paradoksalnie - to, że potencjalnych celów, czyli wojsk koalicji, jest w Iraku tak mało: mniej niż 130 tys. żołnierzy amerykańskich i około 20 tys. z innych krajów, czyli łącznie niespełna 150 tys. ludzi, rozrzuconych po całym kraju liczącym 440 tys. km kwadratowych, czyli o jedną trzecią większym od Polski. Według wszelkich standardów są to liczby bardziej niż skromne: w samym Nowym Jorku pracuje ponad 37 tys. policjantów, a Włochy, spokojny i dostatni kraj europejski, ma 280 tys. żandarmów i innych funkcjonariuszy sił bezpieczeństwa.

Co więcej, spora część z tych 150 tys. ludzi to nie żołnierze z jednostek bojowych, lecz specjaliści z jednostek technicznych, np. inżynierii lądowej, pracujący przy odbudowie kraju. Tak więc całkowita liczba formacji biorących udział w walkach - i to razem ze sztabami i jednostkami wsparcia - wynosi mniej niż 70 tys. ludzi. To oznacza, że w kraju, gdzie w prywatnych rękach znajduje się prawie milion kałasznikowów, dziesiątki tysięcy granatników przeciwpancernych, ręcznych rakiet przeciwlotniczych, moździerzy itp., w każdej chwili na służbie jest najwyżej 35 tys. żołnierzy koalicji.

To, że siły koalicji są niewystarczające, było oczywiste już rok temu, gdy po zwycięstwie nad Saddamem zaczęły się grabieże i wandalizm. Dysponując 659 tysiącami żołnierzy piechoty w całej armii amerykańskiej (dla porównania: w 1991 r., gdy toczono pierwszą wojnę w Zatoce, w piechocie służyło 956 tys. ludzi), administracja Busha nie mogła jednak zwiększać znacząco liczebności jednostek w Iraku. Trzeba by zmobilizować w kraju Gwardię Narodową i rezerwistów piechoty, a to byłaby decyzja bardzo kosztowna i być może fatalna w roku wyborów prezydenckich.

Wysłanie większej liczby żołnierzy do Iraku już po obaleniu Saddama Husajna wymagałoby od administracji Busha jeszcze jednego: przyznania publicznie, że błędne było podstawowe założenie, iż Irak ma rzekomo dobrze wykształcony naród, który pragnie rozwoju w kierunku dobrobytu i demokracji i jest do niego zdolny. W kwietniu 2003 roku Amerykanie wyzwalali takich - urojonych, a nie rzeczywistych - Irakijczyków (np. w przedwojennym planowaniu nikt nie przewidział, że irackie antyki będą potrzebowały ochrony przed rabusiami, skoro alianci nie musieli chronić zabytków wyzwolonego Rzymu w 1944 r. czy starożytnych świątyń w Kioto w 1945 r. przed mieszkańcami obu tych miast).

Irakijczycy, których napotkali żołnierze USA, byli niezadowoleni, kiepsko wykształceni (ponad 30 proc. to analfabeci) i - przede wszystkim - często przekonani, że dobrobyt dostaje się w prezencie od władz, a nie wypracowuje samemu. Nieuniknionym rezultatem takiej postawy stało się gorzkie rozczarowanie koalicją, zwłaszcza słynnymi ze swego bogactwa Amerykanami, którzy mieli “mostem powietrznym" przenieść prosperity do Iraku; w środku gorącego lata wielu Irakijczyków z pełnym przekonaniem żądało klimatyzacji od przejeżdżających oddziałów amerykańskich.

Jednak jeden iracki zarzut był i jest w pełni uzasadniony: niedostateczna liczba żołnierzy koalicji uniemożliwiła zapewnienie przestrzegania prawa i porządku oraz poczucia codziennego bezpieczeństwa zwykłym Irakijczykom. A taki jest pierwszy obowiązek spoczywający na okupantach - szczególnie w kraju niegdyś nomadycznych łupieżców, jakim jest Irak. Pod tym względem Ameryka zawiodła i nadal zawodzi. Dla wielu rodzin, których dotknęły morderstwa, napaści, gwałty i grabieże, życie pod panowaniem Saddama było istotnie lepsze.

Brak bezpieczeństwa ma też inne negatywne konsekwencje: przekreśla plany odbudowy kraju, obciąża je wysokimi kosztami zapewnienia bezpieczeństwa (w Iraku znalazło zatrudnienie ponad 10 tys. dobrze opłacanych zagranicznych pracowników firm ochroniarskich) i pozwala grupkom uzbrojonych mężczyzn atakować pojazdy na drogach i zabijać lub porywać cywilów z krajów koalicji (i z innych państw także). Ci, którzy biorą zakładników, mają przynajmniej powody polityczne, ale w kraju szerzy się też ślepa przemoc: irackie ciężarówki dowożące Irakijczykom iracką żywność są z radością podpalane wśród okrzyków Allah akbar. Brak bezpieczeństwa sprawił, że zbyt szybko podjęto próby rekrutacji, wytrenowania i rozlokowania irackiej policji, co dało jedynie słabo wyszkolonych i nielojalnych ludzi, na których nie można polegać: nie tylko oddadzą broń i pojazdy rebeliantom al-Sadra, ale uciekną nawet przed uzbrojonymi bandytami.

Mimo to milicja al-Sadra zostanie zapewne szybko pokonana i to niskim kosztem ze strony koalicji - po prostu dlatego, że większość irackich szyitów zdaje sobie sprawę, że Sadr jest nieodpowiedzialnym wichrzycielem, a jego milicja pełna zwykłych kryminalistów. Ale klęska Sadra będzie mieć wysoką cenę polityczną: będzie oznaczać uznanie zwierzchnictwa ajatollaha al-Sistaniego nad całą populacją szyicką. Dotąd alianci próbowali tego uniknąć: Sistani chce “islamskiej demokracji" z o wiele większym udziałem islamu niż demokracji. Pragnie też przekazania całej władzy szyickiej większości, bez gwarancji dla mniejszości sunnickiej i kurdyjskiej.

Inaczej rzecz wygląda w “trójkącie sunnickim": tu starcia w Faludży i w innych miejscach szybko się nie skończą, gdyż opór wobec koalicji ma na tym obszarze głębokie poparcie społeczne. Rządząca Irakiem do upadku Saddama sunnicka mniejszość cieszyła się materialnymi przywilejami - np. w samej Faludży wielu mieszkańców służyło w wojsku, policji, straży więziennej, jako urzędnicy albo przynajmniej dobrze opłacani robotnicy w budowanych tutaj zakładach zbrojeniowych. Dlatego wielu sunnitów chciałoby odejścia Amerykanów, licząc na to, że wówczas uda im się ponownie podporządkować sobie szyitów. Jeden rok nie wystarczy, aby wymazać ze świadomości ich ponad tysiącletnią supremację.

Waszyngton Busha ma teraz jeden cel: wyciszyć sytuację w Iraku do jesieni przez przekazanie władzy ciału złożonemu z obecnej Rady Zarządzającej, ajatollaha Sistaniego i jego duchownych i z jak największym udziałem ONZ. To prawda, że rok temu nadzieje były większe. Dziś nawet ten okrojony plan wydaje się ambitny.

Także dlatego, że rządy Syrii i Iranu nie obawiają się już, iż zostaną zaatakowane, jeśli sprzeciwią się Stanom Zjednoczonym w Iraku. Syryjczycy dają wolny przejazd do Iraku arabskim i muzułmańskim ochotnikom oraz - co ważniejsze - opłacanym przez Iran szyickim bojownikom Hezbollahu z Libanu, którzy wyszkolili “Armię Mahdiego" i szereg grup terrorystycznych.

Irańskie pieniądze i szkolenia pomogły też Sadrowi w budowie jego milicji, ale, jak to często wcześniej bywało, dwa ośrodki irańskiej władzy zachowały się w odmienny sposób: Rada Strażników Rewolucji z jej przywódcą Chameneim pomagała Sadrowi, zaś prezydent Chatami i rząd wspierały Sistaniego. Tym razem obóz umiarkowany ma większe szanse na wygraną.

W takim wypadku poczekać muszą plany administracji Busha, która odkrywa właśnie, że jest na tym świecie wielu ludzi, którzy wolą kojący sen islamu niż zawieruchę nowoczesności.

Przełożył Mateusz Flak

Edward N. Luttwak jest amerykańskim politologiem, ekspertem w Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie. Stale współpracuje z “TP".

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 17/2004