Wolni zniewoleni

Jedna czwarta obywateli Rzeczypospolitej uważa swój kraj za ograniczenie wolny lub wręcz niesuwerenny, a polską demokrację za fikcję. Część z nich jest gotowa kwestionować prawomocność własnego państwa.
Czyta się kilka minut

Spór o dwie Polski” – tak nazywała się debata publiczna zorganizowana przez „Teologię Polityczną” 10 stycznia w Warszawie. Istotą sporu nie było jednak istnienie głębokiego podziału społecznego, obserwowanego od lat, ale pytanie o stosunek do państwa, które dla części uczestników utraciło swoją legalność i prawomocność.

I tak, 20 lat po odzyskaniu niepodległości, całkiem na poważnie roztrząsano racje, czy istniejące państwo polskie można jeszcze uznać za obszar aktywności publicznej, czy, jak chcieli reprezentanci jednej ze stron, należy przyjąć koncepcję „drugiego obiegu”, rodzaju egzystencji poza strukturami postrzeganymi jako zasadniczo wrogie i będące opresją porównywalną z okresem niewoli.

Dla osób, które nigdy się nie zetknęły z Wolnymi Polakami, jak się chętnie nazywają zwolennicy tezy o podobieństwie obecnej sytuacji do sytuacji zaborów, może się to wydawać dość egzotycznym sporem żuka z żabą, gdzieś nad brzegiem zapomnianego stawu. Ale gdy w nim biorą udział jedne z najgłośniejszych nazwisk publicystycznych lub przedstawiciele elity intelektualnej (to zbiory częściowo łączne, ale nie tożsame), a całość emocjonuje wielotysięczną opinię forów i portali internetowych – rzecz wypada potraktować poważnie. A przynajmniej zadać sobie pytanie: jak to możliwe, że w ogóle coś takiego można dyskutować na serio? Zapraszam do krótkiej podróży po umysłach szczególnie wolnych, po ścieżkach nie dla każdego widocznych...

Rzeczpospolita lemingów

W przywołanej dyskusji wzięli udział Dariusz Karłowicz, Łukasz Warzecha i Rafał Ziemkiewicz. Wielkimi nieobecnymi, których nazwiska padały na równi z panelistami, byli Adam Michnik, Jarosław Marek Rymkiewicz i Wojciech Wencel. Dyskusja wzięła swój początek z prasowej polemiki między Ziemkiewiczem a Warzechą („Rzeczpospolita”, „Fakt” i liczne portale prawicowe), wynikłej na tle stosunku do filmu Joanny Lichockiej „Przebudzenie”, będącego czymś w rodzaju manifestu Wolnych Polaków, jak się tam zresztą sami nazywają.

W skrócie rzecz ma się tak: III RP jest kontynuacją PRL w lekko zmodyfikowanej formie, rządzący oddają polską suwerenność obcym, a drastyczna przewaga „medialno-rządowa” nie pozwala na w pełni demokratyczny wybór, co czyni z państwa polskiego rodzaj aksamitnej dyktatury w oparciu o obce siły i zaprzedane elity. Kto się z nimi wiąże, ten traci czystość, zaprzedaje się złu. Wolność i polskość trwa jednak w ukryciu, w środowiskach będących jedynymi depozytariuszami tradycji narodowej, obecnie prześladowanej i marginalizowanej.

Warzecha z całą powagą pisał, że to niedobrze się izolować i czekać na cud anihilacji przeciwnika, że Wolni Polacy nie stworzą skutecznej przeciwwagi dla realnej przecież prokuratury czy innych instytucji państwa, z czym Ziemkiewicz polemizował, uważając taki pogląd za płytki realizm, bo ludzie „drugiego obiegu” zostali przecież tam wepchnięci przez „układ medialno-rządowy” i nie mają wyjścia, a poza tym przyszłość należy do nich.

Jeśli w tym miejscu czytelnik ma wrażenie, że niezupełnie odnajduje podobieństwo do kraju, w którym żyje, znaczy to według Wolnych Polaków, że jest albo nieświadomym „lemingiem”, manipulowanym i żyjącym w fikcyjnym świecie, albo należy do postkolonialnej elity, naturalnie nienawidzącej tego, co prawdziwie polskie (proszę sobie wybrać).

Galaktyczni

W tym, z konieczności skrótowym i sprymitywizowanym opisie poglądów pojawiających się w części opinii prawicowej jest jednak zawarta pewna cecha, która zawiesza ironię. Na poziomie forów internetowych licznych portali prawicowych o kilkudziesięciu tysiącach wejść dziennie każdy (Salon 24, wPolityce, Niezależna.pl itp.) to streszczenie jest w pełni adekwatne. Na poziomie „Uważam Rze”, „Naszego Dziennika”, „Gazety Polskiej” (o łącznych nakładach idących w setki tysięcy egzemplarzy) już bardziej zniuansowane, często operujące sugestią, puszczeniem oka do czytelnika, zręcznie podaną insynuacją, ale w istocie ściśle odpowiadające na zapotrzebowanie całej społeczności myślącej według prostych schematów swój–obcy, Polska i jej wrogowie, patrioci w zniewolonym kraju versus zdrajcy. To daje siłę i rozległość poglądom, które tym samym przestają być wyłącznie rozmową żuka z żabą, jak by się wydawało na pierwszy rzut oka.

Sądząc po rozkładzie poparcia politycznego dla partii prawicowych, na innym poziomie operujących podobnymi diagnozami („niepodległościowi reprezentanci narodu”), skala tego zjawiska sięga około 25 proc. elektoratu.

Jedna czwarta obywateli Rzeczypospolitej uważa swój kraj za ograniczenie wolny lub wręcz niesuwerenny, a polską demokrację w najlepszym razie kaleką, a tak naprawdę za fikcję. Część z nich jest gotowa kwestionować prawomocność własnego państwa. Spektrum społeczne imponujące – od internetowych kiboli do subtelnych intelektualistów, żeby wymienić tylko profesorów Ryszarda Legutkę, Andrzeja Nowaka czy Zdzisława Krasnodębskiego (no dobrze, z tą subtelnością bez przesady...). W porównaniu z inaczej myślącymi to już nie dwie Polski, to dwie osobne planety w zupełnie różnych galaktykach.

Coś się wymknęło

Droga do tego stanu rzeczy była długa i sięga lat 90. Przełomem była katastrofa smoleńska, dla prawicy nie tylko żałobny szok, ale i moment potwierdzający najbardziej czarne scenariusze – bezradne państwo, źle rządzone, podejrzenia o niejasne związki wspólnego interesu z Rosjanami, słabość Rzeczypospolitej analogiczna jak w czasach tuż przed utratą suwerenności. Ale też klęska w wyborach prezydenckich, która nagle kazała postawić pytanie, dlaczego większość obywateli nie widzi świata tak, jak go widzi prawica, i to w sytuacji, gdy powszechne poczucie straty i żałoby wydawało się naturalnym sprzymierzeńcem.

Potem nadeszła upokarzająca przegrana w wyborach parlamentarnych (szóste przegrane wybory). Na pytanie „dlaczego?” prawica najpierw ustami przywódcy Jarosława Kaczyńskiego, a potem licznymi piórami (czy klawiaturami komputerów) udzieliła sobie odpowiedzi, że siła przeciwników politycznych bierze się z ich przewag nieformalnych, według klucza: media plus władza równa się manipulacja i brak demokracji.

„Putinizacja” czy „białorutenizacja” Polski to nie figura retoryczna, lecz odruch obronny, używany zarówno przez prostych zwolenników prawicy, jak i przez jej najświetniejsze umysły. Zamiast włączyć się do walki o elektorat decydujący o wygranej, prawica zamyka się coraz bardziej w swoim świecie. Ubocznym skutkiem tego zjawiska jest radykalizacja poglądów części środowisk, wyostrzenie diagnoz i narastająca nieufność do ludzi nie w pełni podzielających te diagnozy.

Można by powiedzieć, że to prawdziwa klęska polityczności prawicy, „odmeldowującej się” nie tyle od zdrowego rozsądku, ale przede wszystkim od własnego społeczeństwa w jego większości, dla którego poglądy takie są coraz bardziej dziwaczne. To także klęska intelektualistów spod znaku „Teologii Politycznej”, których ambicją było przywrócenie Polakom zmysłu polityczności na gruncie konserwatywno-chrześcijańskim, modernizacja prawicowego myślenia i jego uodpornienie na poczucie odstawania od głównych nurtów politycznych w świecie. Hołubiony przez nich Rymkiewicz stał się jednak patronem czegoś odwrotnego: zerwania wspólnoty politycznej Polaków, wykluczenia części z nich, diagnoz, za których progiem czai się pytanie: czy nie czas na insurekcję przeciw jurgieltnikom?

***

W normalnym dyskursie publicznym demokracji liberalnej nie powinno się stawiać żadnych warunków wstępnych. Inaczej dyskurs zmienia się nieuchronnie w negocjowanie prawa do własnych poglądów lub jego odmowy. Państwo jednak jest czymś nadrzędnym nad innymi dobrami publicznymi – wraz z jego zanikiem, zanikają także i inne dobra.

Może pora więc postawić Wolnym Polakom pytanie, jakie postawił swego czasu Izrael Palestyńczykom: „czy akceptujecie prawo do istnienia i legalność państwa Izrael?”. Od odpowiedzi zależy, czy z reprezentantami Wolnych Polaków można dyskutować o przyszłości Polski, jak tego chce na str. 27 red. Marek Zając, czy należy poczekać, aż ta część Polaków zaakceptuje istnienie i legalność własnego państwa.

Rozmawiamy o tym dwie dekady po uzyskaniu niepodległości przez to państwo. Znudziło się?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 07/2012