Wójt na Wiejską

Jarosław Kaczyński jest ojcem politycznego przebudzenia samorządowców. Poczuli, że muszą się przed nim bronić.

09.08.2021

Czyta się kilka minut

Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak i prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podczas spotkania w ramach programu Campus Polska Przyszłości. W Poznaniu Rafał Trzaskowski ogłosił start ruchu Wspólna Polska. Poznań, 28 czerwca 2021 r. / PIOTR SKORNICKI / AGENCJA GAZETA
Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak i prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podczas spotkania w ramach programu Campus Polska Przyszłości. W Poznaniu Rafał Trzaskowski ogłosił start ruchu Wspólna Polska. Poznań, 28 czerwca 2021 r. / PIOTR SKORNICKI / AGENCJA GAZETA

Procesami politycznymi także rządzą prawa fizyki. Np. trzecia zasada dynamiki Newtona. Im bardziej Jarosław Kaczyński chce scentralizować kraj, tym silniejszy opór stawia samorząd – akcja rodzi reakcję. Lokalni włodarze nie zamierzają skończyć w roli ubezwłasnowolnionych wykonawców polityki Warszawy w terenie. „Chcą nam zabrać pieniądze, chcą zabierać prerogatywy, dlatego jesteśmy razem” – mówił Rafał Trzaskowski podczas niedawnej inauguracji stowarzyszenia samorządowców Wspólna Polska. To jedna z wielu powstałych ostatnio organizacji, swoje stowarzyszenia mają też prezydenci Wrocławia i Poznania, a od dwóch lat działają Samorządy dla Polski Jacka Karnowskiego z Sopotu. „Nasz głos może być postrzegany jako polityczny tylko w tym sensie, że będziemy chcieli reprezentować interesy całego samorządu” – przekonywała wówczas Aleksandra Dulkiewicz z Gdańska.

Ale dziś widać wyraźnie, że zwłaszcza prezydenci metropolii nie chcą się skupiać wyłącznie na zadaniach lokalnych i zrzeszać tylko w apolitycznych korporacjach, takich jak np. Związek Miast Polskich. Przynajmniej niektórzy z nich poczuli, że są już gotowi, by rozdawać karty także na szczeblu centralnym i stworzyć poważną siłę polityczną na wybory parlamentarne w 2023 r. Są też przekonani, że bez nich nie uda się odsunąć PiS-u od władzy.

Nie jest to nic nowego. Podczas ostatniej dekady potrzebę i chęć zaangażowania lokalnych polityków w politykę na szczeblu centralnym podnoszono co najmniej kilkukrotnie. Odbyła się dyskusja o przekształceniu Senatu w izbę samorządową (teraz ten pomysł wraca w programie Porozumienia Jarosława Gowina), pojawiły się też inicjatywy o charakterze regionalnym, choćby dolnośląskie: Polska XXI czy Obywatele do Senatu, jednakże spełzły na niczym. Aż wreszcie władzę wziął PiS i stało się jasne, że będzie chciał ją maksymalizować kosztem wszystkich innych podmiotów życia publicznego. Także samorządów, które od początku były kamieniem w bucie Jarosława Kaczyńskiego. Wprawdzie w wyborach w 2018 r. PiS znacząco poszerzył obszar swego lokalnego posiadania, ale duże miasta nadal pozostają poza jego zasięgiem: na 107 miast prezydenckich rządzi w pięciu, największym jest 65-tysięczny Zamość, gdzie wygrał Andrzej Wnuk, nienależący do PiS-u, ale mający jego poparcie.

PiS chce wziąć głodem

Stąd działania Zjednoczonej Prawicy zwane przez jej przeciwników taktyką salami – odcinanie samorządom kolejnych plasterków kompetencji. Ostatnim pomysłem tego typu jest nowela ustawy o prawie oświatowym, która de facto oddałaby wybór dyrektorów szkół w ręce kuratorów, wskazywanych przez ministra edukacji. „Wprowadzenie tak sformułowanych rozwiązań – pisze prof. Hubert Izdebski w analizie przygotowanej dla Fundacji Batorego – oznaczałoby sprowadzenie samorządów do roli biernych sponsorów realizacji rządowych wizji”. Rozwiązanie oprotestował już m.in. Związek Powiatów Polskich, a Unia Metropolii Polskich zaapelowała do parlamentarzystów, by odrzucili „skrajnie szkodliwe dla polskiej oświaty zmiany”.

Jednocześnie samorząd sukcesywnie biednieje, bo rządzący skutecznie ograniczają mu tzw. dochody własne w tej części, która pochodzi z podatków. Uderzyła w nie np. Piątka Kaczyńskiego: na obniżeniu pierwszej stawki PIT oraz wyłączeniu spod podatku osób do 26. roku życia samorządy tracą łącznie kilka miliardów rocznie.

Kolejnym zagrożeniem dla samorządów jest Polski Ład, który znów odbiera im pieniądze, mamiąc jednocześnie obietnicą „subwencji”, które owe ubytki rzekomo zrekompensują. Z czym to się je, samorządowcy doskonale wiedzą po przykrych doświadczeniach z Rządowym Funduszem Inwestycji Lokalnych. W jego drugiej i trzeciej transzy pieniądze były rozdzielane według klucza partyjnego. Jak wykazali prof. Jarosław Flis i prof. Paweł Swianiewicz, niemal wszystkie gminy rządzone przez PiS zostały dofinansowane, połowa z nich nawet dwukrotnie, natomiast gminy z włodarzami z partii opozycyjnych w większości pominięto.

PiS daje tylko swoim, co zresztą expressis verbis wybrzmiewało w kampanii samorządowej, np. Patryk Jaki obiecywał, że jeśli to właśnie on zostanie prezydentem Warszawy, znajdą się środki na budowę trzeciej i czwartej linii metra. Zaś w tym roku z budżetu państwa nadzwyczaj hojnie wspomagano kampanię prezydencką kandydatów PiS-u i Solidarnej Polski w Rzeszowie. Czek na prawie milion złotych dla rzeszowskiego szpitala osobiście przywiózł wojewodzie podkarpackiej Mateusz Morawiecki, kandydującego tam Marcina Warchoła zasilano z Funduszu Sprawiedliwości, a on w świetle kamer przekazywał pieniądze ochotniczym strażom pożarnym.

Gdy pod koniec maja obchodziliśmy Dzień Samorządu Terytorialnego, Mateusz Morawiecki apelował do władz lokalnych, by „nie słuchały tych, którzy mówią, że my chcemy Polskę dzielić”. Ale doświadczenia samorządowców są zgoła odmienne, a przyszłość niepewna. Traf chciał, że tego samego dnia opublikowano stanowisko zespołu ekspertów samorządowych Fundacji Batorego, w którym wskazywano na zagrożenia ukryte w Krajowym Planie Odbudowy. Pisano, że „celem jest zastąpienie samorządowego modelu dostarczania usług publicznych, inwestycji oraz prowadzenia polityki modelem scentralizowanym”. Wciąż też nie wiadomo, jak rząd ostatecznie rozdzieli środki z Funduszu Odbudowy i co dostaną samorządy: bezzwrotne granty czy głównie pożyczki? Nic dziwnego, że samorządowcy, którzy za PiS-u mają pod górkę, nie chcą czekać bezczynnie na dalszy rozwój wypadków.

Trzaskowski idzie na pobocze

Ojcem politycznego przebudzenia samorządowców stał się więc Jarosław Kaczyński. Kiedy w połowie czerwca podpisywano w Senacie porozumienie o współpracy „na rzecz rozwoju i obrony Polski lokalnej”, jego sygnatariusze – senatorowie z zespołu samorządowego oraz cztery regionalne stowarzyszenia – nie ukrywali, że ich intencją jest budowa reprezentacji sił demokratycznych i samorządowych na najbliższe wybory. „Szanowni rządzący, idziemy po was. Idziemy po władzę” – zapowiadał senator i były prezydent Nowej Soli Wadim Tyszkiewicz.

Warto w tym miejscu przypomnieć kolejne rozwiązanie, które PiS wprowadził trzy lata temu. Wójtowie, burmistrzowie i prezydenci mogą od tej pory sprawować te funkcje tylko przez dwie kadencje. Niektórzy z obecnych włodarzy, choć zostaną wypchnięci z samorządu dopiero za kilka lat, już projektują własną polityczną przyszłość, tę po 2028 r.

Najpierw są jednak wybory w 2023 r. Rafał Trzaskowski już zadeklarował, że będzie się ubiegać o drugą kadencję, z kolei Jacek Jaśkowiak nie wyklucza żadnego scenariusza. Bo samorządowcy poczuli swoją polityczną wagę. Mają świetne wyniki wyborcze, cieszą się dużym zaufaniem społecznym oraz są rozpoznawalni w skali kraju. Ich popularności nie zagroziła pandemia, w tym trudnym czasie radzili sobie zresztą lepiej niż rząd, który uporczywie nie dostrzegał w nich partnera do wspólnej walki z wirusem. W dodatku samorządowcy są partnerem pożądanym przez wiele sił politycznych, pytanie zatem, w jakiej konfiguracji będą chcieli ostatecznie zaistnieć.

Na razie wygląda na to, że historia zatoczyła koło. Dwa lata temu honorowym gościem uroczystych obchodów 30. rocznicy wyborów czerwcowych w Gdańsku był Donald Tusk. Spekulowano wówczas, że były premier ogłosi powstanie nowego projektu politycznego, w który mieliby być zaangażowani samorządowcy z całej Polski, a który miałby wzmocnić przed wyborami parlamentarnymi obóz ­anty-PiS. W medialnych doniesieniach pojawiła się nawet robocza nazwa przedsięwzięcia: Ruch 4 Czerwca. I choć ostatecznie ówczesny szef Rady Europejskiej ograniczył się do wygłoszenia na Długim Targu motywacyjnej przemowy, koncept nie umarł i po roku został przejęty przez prezydenta Warszawy właściwie jeden do jednego.

Czym innym bowiem miała być Wspólna Polska, jeśli nie zgrupowaniem pod jednym sztandarem popularnych samorządowców? Zmieniał się tylko chorąży. Tyle że Rafał Trzaskowski zbyt długo zwlekał z realnymi działaniami (o co zresztą wielu samorządowych polityków miało do niego pretensje), na powrót zdecydował się Donald Tusk i bez pardonu przejął drzewiec z rąk prezydenta stolicy.

– Miał szansę, by zostać samorządowym primus inter pares, ale ją zmarnował – ubolewa polityk PO i przewiduje, że teraz wśród prezydentów metropolii Trzaskowski nie będzie odgrywał wiodącej roli, nikt też nie będzie się na niego w najbliższym czasie orientował, bo zaparkował na poboczu polityki. – Przecież prezydentura stolicy to jedno z kilku najważniejszych politycznie stanowisk w kraju – kontruje Cezary Tomczyk, przyjaciel i współpracownik Trzaskowskiego, zmuszony przez Tuska i Borysa Budkę do „dobrowolnego” odejścia ze stanowiska szefa klubu parlamentarnego KO. – Rafał Trzaskowski ma swoją polityczną wagę i olbrzymią popularność, jest jednym z liderów rankingu zaufania i będzie dalej aktywny na poziomie centralnym. Na razie trwa przegrupowanie wojsk, więc jak to będzie dalej wyglądało, czas pokaże.

W planach jest Campus Polska Przyszłości (pod koniec sierpnia), ale co potem, i jak konkretnie będzie wyglądała działalność Wspólnej Polski, nie sposób się już dowiedzieć. Zresztą wśród samych samorządowców zdania są też podzielone. Np. prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, który od miesięcy bezpardonowo atakował kierownictwo własnej partii i sugerował, że wespół z innymi prezydentami wykuwa konkurencyjny wobec Platformy projekt polityczny, teraz przekonuje, że powrót Tuska zdjął z nich odpowiedzialność za poprowadzenie opozycji do boju z Kaczyńskim.

– Nasze dotychczasowe zaangażowanie na poziomie krajowym było rezultatem trzeźwej oceny siły, a właściwie słabości opozycji. Ale powrót Tuska, polityka światowego formatu, naprawdę wiele zmienił. Teraz stoi przed nami inne zadanie, musimy próbować łączyć siły i potencjały. Tym bardziej że nam tu, na dole, łatwiej jest przełamywać plemienne podziały – dowodzi Jaśkowiak. Kluczowe według niego jest nawiązanie współpracy prezydentów metropolii z włodarzami mniejszych miejscowości, także tymi związanymi z obecną władzą, którym dewastacja samorządu niekoniecznie musi się podobać.

Ta koncepcja jest zbieżna z tym, o czym myśli nowo-stare kierownictwo PO. Powszechne jest przekonanie, że Jacek Karnowski, Tadeusz Truskolaski czy Konrad Fijołek tak czy owak są po stronie opozycji, z Trzaskowskim aktywnym czy biernym. Wyzwaniem są właśnie mniejsze miejscowości. – Chcemy aktywizować burmistrzów i wójtów – mówi mi polityk PO. – To jest ten wielki zasób, którego do tej pory nie próbowaliśmy uruchomić.

Gowin i Hołownia wietrzą szansę

Ale do samorządowców mruga też Szymon Hołownia, skutecznie budujący swoją markę właśnie w miastach małych i średniej wielkości. Setkę miejscowości burmistrzowskich, co pokazała lipcowa prognoza wyborcza Ogólnopolskiej Grupy Badawczej, podzieliłyby między sobą dwa ugrupowania: Polska 2050 oraz PiS, dla KO zostałyby resztki. Pobudować się na Polsce lokalnej chciałby też Jarosław Gowin. Na konwencji Porozumienia wicepremier i jego przyboczni zapewniali, że w przeciwieństwie do formacji Kaczyńskiego, oni „wierzą mocno w państwo zdecentralizowane, działające jak najbliżej obywateli”. Nie obeszło się bez finansowych obietnic, na razie bez pokrycia: zwiększenia udziału samorządów w dochodach z podatków CIT i PIT.

Z lokalnymi włodarzami sojusz chętnie zawarłby Władysław Kosiniak- -Kamysz, a ludowcy od kilku lat lansują hasło „Rzeczpospolita Samorządowa”. Szeroko ramiona otwiera Lewica, a na zachętę złożyła w Sejmie projekt ustawy zakładający, że aż 70 proc. wpływów z podatku dochodowego od osób fizycznych trafiałoby do lokalnej kasy. Tusk ma zatem potężną konkurencję do serca Polski powiatowej, a i PiS nie zasypia gruszek w popiele: w teren ruszył Jarosław Kaczyński i jego parlamentarzyści, reklamując rozwiązania Polskiego Ładu (chociaż dla samorządów są to akurat wieści hiobowe).

Jest też grupa samorządowców, która z chwilą powrotu do polityki krajowej byłego premiera wcale nie zaprzestała marszu ku Warszawie. – Platforma sama tej walki nie wygra – przekonuje Jacek Karnowski, pomysłodawca Samorządów dla Polski. – Samorządowcy muszą ją wesprzeć, jak i inne partie opozycyjne. Jesteśmy poważną siłą, mającą duże poparcie swoich mieszkańców, z problemami których jesteśmy na co dzień. Siłą, która nie chce się zgubić, za to ma wolę współdziałania z opozycją.

Plan, który kreśli prezydent Sopotu, jest następujący: pierwszym krokiem było­­by stworzenie wspólnych, opozycyjno-samorządowych list na wybory do sejmików, co wedle rachub pozwoliłoby odbić część województw słabnącemu PiS-owi. W wyborach parlamentarnych, które zresztą odbędą się w tym samym roku, co samorządowe, i też na jesieni, samorządowcy również mają wystartować. To akurat nic nowego. Już w tej kadencji niemal co siódmy wybrany poseł był wcześniej samorządowcem: radnym, starostą, wiceprezydentem. Zaś do Senatu dostali się m.in. prezydent Gliwic Zygmunt Frankiewicz czy wspomniany już, czterokrotnie wybierany na prezydenta Nowej Soli Wadim Tyszkiewicz. Samorządowy rodowód ma bezpośrednio szesnaścioro senatorów, a większość z nich w przeszłości brała mniejszy lub większy udział w sprawowaniu lokalnej władzy.

Samorządowcy nie będą statystami

Jeśli samorządowcy zechcą jeszcze szerszą ławą kroczyć na Wiejską, to według prof. Flisa oznacza to poważne kłopoty już na poziomie układania list wyborczych. – Popularny burmistrz miasta powiatowego jest największym zagrożeniem dla powiatowego posła z tej samej partii czy koalicji, bo ma duże szanse zebrać od niego więcej głosów i tym samym wydrzeć mu mandat – uważa znany z łamów „TP” badacz i ekspert.

Dodatkowo Jacek Karnowski mówi o konieczności stworzenia jednej listy opozycyjnej. Bitwa o miejsca na liście szykuje się zatem sroga. „Podstawą są partie – przekonywał ostatnio Tomasz Siemoniak, wiceszef PO. – To partie startują w wyborach, są w parlamencie, tworzą rządy. Jeśli partie budują sobie jakieś zaplecza, to tym lepiej”.

Samorządowcy nie planują własnej partii, ale nie chcą być wyłącznie „zapleczem”, które napędzi partyjnym kandydatom głosów. W 2019 r. wsparli porozumienie opozycji w wyborach do Senatu, rok później mocno zaangażowali się w kampanię Rafała Trzaskowskiego, tej wiosny można ich było zobaczyć w Rzeszowie. Wielomiesięczna słabość opozycji, niedającej nadziei na zmianę władzy, była ich momentem formacyjnym, próżnią, w którą weszli. Raczej nie cofną się już na dawne pozycje. I niewykluczone, że za dwa lata będą chcieli grać może nie pierwsze, ale przynajmniej drugie skrzypce. ©

Autorka jest dziennikarką radia TOK FM.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
Dziennikarka polityczna Radia Tok FM, prowadzi program „Wywiad polityczny". Wcześniej przez kilkanaście lat związana z TVP. Była reporterką sejmową i publicystką, relacjonowała wszystkie kampanie wyborcze w latach 2005-2015. Politolog, absolwentka… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2021