Reklama

Wojna bez planu?

Wojna bez planu?

25.08.2009
Czyta się kilka minut
Rozciągnięta do granic możliwości linia obrony zachodnich granic, brak koordynacji poszczególnych polskich armii, ignorowanie ZSRR i wiara w armię francuską. Tak wyglądała sytuacja Polski tuż przed 1 września 1939 r. Czy mogliśmy w tych warunkach wygrać starcie z Niemcami?
Warszawa, Plac Trzech Krzyży, ściana płonącej kamienicy Naimskiego. Wrzesień 1939 r. / fot. IPN (www.1wrzesnia39.pl | www.17wrzesnia39.pl)
J

Jak wiadomo, wojna jest jednym ze środków uprawiania polityki, a w polityce działania powinny służyć realizacji z góry założonych celów. Przystępując do wojny, każde państwo powinno zatem w miarę precyzyjnie zdefiniować, co i za jaką cenę zamierza osiągnąć. Podobnie jak w biznesie, im bardziej kalkulacja opiera się na realistycznej ocenie sytuacji, tym mniejsze ryzyko porażki.

Z celem i bez celu

Przygotowując się do napaści na Polskę, Niemcy miały bardzo dokładnie ustalone cele wojenne. Zgodnie z dyrektywami Hitlera zmasowane uderzenie na wschodniego sąsiada miało nie tylko całkowicie rozbić jego siły zbrojne, ale również unicestwić państwowość. Od 23 sierpnia 1939 r., kiedy w Moskwie podpisany został tajny protokół do paktu Ribbentrop-Mołotow, Hitler miał ponadto wszelkie powody zakładać, że na pewnym etapie ZSRR wesprze realizację tych celów.

Równie precyzyjnie zdefiniowane były niemieckie cele strategiczne i operacyjne. Pięć armii Wehrmachtu miało dokonać koncentrycznego uderzenia na Polskę wzdłuż całej długości jej granicy z Niemcami i sprzymierzoną z nimi Słowacją, rozerwać polskie ugrupowanie obronne, przeniknąć na jego tyły i zniszczyć jego zasadniczą część w gigantycznych kleszczach, których szczęki zacisnęłyby się jeszcze przed linią Wisły. Ocalałe z tego pogromu resztki sił polskich miały zostać zmiażdżone w kolejnych kleszczach, zamykających się na linii Bugu. Stosownie do tych założeń rozpisane zostały dyrektywy dla poszczególnych armii i dalej - dla korpusów, dywizji i pułków.

A jakie były wojenne cele Polski?

Nie jest to niestety wcale takie oczywiste. Napadnięty kraj walczy z reguły o zachowanie swej integralności terytorialnej i niepodległości. Biorąc pod uwagę wybitnie niekorzystne ukształtowanie granic i ogromną przewagę liczebną i techniczną wroga, władze Rzeczypospolitej nie mogły oczekiwać, że Niemców uda się powstrzymać na zachodnich rubieżach państwa; należało się liczyć z utratą dużej części terytorium i koniecznością głębokiego odwrotu. Scenariusz tego rodzaju brano z pewnością pod uwagę, o czym świadczą przygotowania do ewakuacji urzędów z województw zachodnich. Nie było jednak planu, który określałby szczegóły operacji.

Jako bastion ostatecznego oporu przedstawia się zazwyczaj tzw. przedmoście rumuńskie (południowo-wschodni skrawek II Rzeczypospolitej), nie ma jednak pewności, czy koncepcja ta nie narodziła się już w czasie działań wojennych, gdy geografia i rozwój wydarzeń na froncie nie pozostawiły innego wyboru niż odwrót w stronę granicy z Rumunią.

W każdym razie nie podjęto uprzednio żadnych działań, które mogłyby ułatwić długotrwałą obronę na tej linii (czy jakiejkolwiek innej) oraz zabezpieczyć funkcjonowanie władz państwa na takiej resztówce.

Brak przemyślanej koncepcji odwrotu wynikał w dużej mierze z faktu, że z punktu widzenia najwyższych czynników państwowych była to sprawa wtórna, gdyż za cel nadrzędny uważały one uniknięcie walki toczonej w izolacji.

Władze Rzeczypospolitej dobrze rozumiały, że najbardziej decydująca - z polskiego punktu widzenia - bitwa tej wojny rozegra się w salonach dyplomatów i polityków. Słusznie zatem czyniły wszystko, aby przede wszystkim doprowadzić do wywiązania się przez Francję i Wielką Brytanię z ich zobowiązań sojuszniczych. Z tego powodu, wbrew naglącej potrzebie, wstrzymywano do ostatniej chwili ogłoszenie mobilizacji powszechnej, temu celowi podporządkowano również Ordre de Bataille wojsk polskich, o czym będzie jeszcze mowa dalej. Jak wiemy, cel ten udało się osiągnąć, co bez jakiejkolwiek przesady uznać należy za wielki sukces Polski i pierwszą poważną porażkę Hitlera.

Umrzeć za Gdańsk

Cokolwiek myślimy o "dziwnej wojnie" i późniejszej polityce naszych zachodnich sojuszników, zastanówmy się, jak potoczyłyby się losy Polski, gdyby 3 września nie wypowiedzieli oni wojny Niemcom? Nasz kraj nie tylko zostałby pobity, a następnie podzielony przez III Rzeszę i ZSRR, lecz do tego pozostawiony przez świat na łasce najeźdźców. Sprawa polska zostałaby zdegradowana do rangi wewnętrznego problemu państw ościennych, jak była traktowana w Europie między kongresem wiedeńskim a schyłkiem I wojny światowej. Wielu ówczesnych uznałoby zresztą ten fakt za nieuchronny powrót do normalności, podobnie jak komentowano wcześniej likwidację państwa czechosłowackiego.

Być może któreś z państw zachodnich udzieliłoby nawet w takiej sytuacji azylu polskim politykom i żołnierzom, którym udałoby się przedostać tam via Węgry lub Rumunia, nie byłoby jednak szans na szybkie odtworzenie na uchodźstwie konstytucyjnych władz RP ani na sformowanie polskich sił zbrojnych na Zachodzie. O ile w ogóle doszłoby później do konfliktu między Niemcami a Francją i Wielką Brytanią - a wcale, szczególnie w przypadku brytyjskim, nie musiało się przecież tak stać - polska droga do odzyskania niepodległości zaczynałaby się z nieporównanie gorszego punktu niż most w Kutach, po którym w nocy z 17 na 18 września opuścili terytorium kraju prezydent, rząd i wódz naczelny.

Wydaje się jednak, że skądinąd słuszny cel nadrzędny, jakim było przekształcenie wojny polsko-niemieckiej w konflikt powszechny, całkowicie przesłonił wszystkie inne elementy planowania strategicznego. Przede wszystkim nie posiadano żadnego planu awaryjnego na wypadek, gdyby z jakichś przyczyn państwa zachodnie nie przyszły Polsce z pomocą. Polskie kalkulacje opierały się na założeniu, że 15. dnia od chwili ogłoszenia przez Francję mobilizacji powszechnej jej potężna armia przejdzie do ofensywy, która zmusi Niemcy do wycofania większości sił z frontu wschodniego, odciążając tym samym broniącą się Polskę. Nie określono jednak, jak daleko Wojsko Polskie może do tego czasu ustąpić przed wrogiem, nie mówiąc nawet o przygotowaniu się na ewentualność opóźnienia się francuskiego ataku czy innych perturbacji.

Kierowano się zapewne wypróbowaną zasadą, że "jakoś to będzie".

Niezwykle rygorystycznie podporządkowano też celom politycznym rozwinięcie wyjściowe wojsk polskich. Polskie armie i grupy operacyjne rozmieszczono kordonowo w bezpośredniej bliskości północnej, zachodniej i południowej granicy państwa, aby mogły one stawić opór najeźdźcy, gdziekolwiek zaatakuje. Z punktu widzenia sztuki wojennej było to bezsensowne: rozdrobniono siły na długości ponad 2000 km, dając nieprzyjacielowi pełną swobodę skoncentrowania uderzeń w dogodnych dla niego punktach. W ten sposób zamierzano zademonstrować, że Polska podjęła walkę w obronie swych praw i terytorium. Dotyczyło to zwłaszcza tzw. korytarza pomorskiego oraz Wolnego Miasta Gdańska, które Hitler przedstawiał jako powód konfliktu. Dyslokowane na Pomorzu dywizje, włącznie ze specjalnym korpusem przewidzianym do ewentualnej interwencji w Gdańsku, były w dużej części z góry spisane na straty. Ale nie można było wykluczyć, że gdyby siły polskie zostały wycofane z Pomorza, Niemcy zajęliby te tereny bez jednego wystrzału, a Hitler obwieściłby światu kolejny triumf swego geniuszu. Wątpliwe, czy ktokolwiek na Zachodzie chciałby umierać za Gdańsk, gdyby nie usiłowali o niego walczyć sami Polacy.

Za obroną terenów położonych na zachód od Wisły przemawiały też istotne względy strategiczne. Stanowiły one najlepiej rozwiniętą gospodarczo część kraju, tu koncentrowała się większość przemysłu, tu znajdował się główny rezerwuar etnicznie polskich rezerw ludzkich - najbardziej wartościowych z punktu widzenia obronności państwa.

Tajne przez poufne

Czy rzeczywiście jednak nie było alternatywy dla rozwinięcia sił zbrojnych, które nie stwarzało praktycznie żadnych szans obrony? Kwestii tej nie da się rozpatrywać w oderwaniu od oceny całego polskiego planu obrony na wypadek wojny z Niemcami, konieczne jest więc tu jego skrótowe omówienie.

Zacząć należy od konstatacji, że właściwie nie było w ogóle żadnego planu w rozumieniu dokumentu sztabowego, precyzyjnie wyznaczającego zadania poszczególnym armiom i grupom operacyjnym. Ich dowódcy znali w ogólnym zarysie oczekiwania naczelnego wodza, ale marszałek Edward Rydz-Śmigły nigdy nie wtajemniczył ich w całokształt swej koncepcji, gdyż obsesyjnie się obawiał, że wróg mógłby ją przechwycić. W efekcie, dowódcy armii nie wiedzieli, jakie dokładnie będą ich zadania w kolejnych etapach wojny.

Ogólny zamysł Rydza-Śmigłego zrekonstruowano dopiero po wojnie na podstawie cząstkowych relacji i dokumentów. Zakładał on manewr odwrotowy większością sił w kierunku wschodnim i południowo-wschodnim przy jednoczesnej jak najdłuższej obronie Górnego Śląska i Małopolski, które stanowiłyby swoisty zawias obracającego się skrzydła frontu. Był to plan nazbyt ambitny, który od całej kadry dowódczej najwyższego szczebla wymagał żelaznej dyscypliny i ścisłego współdziałania. A o tym nie mogło być mowy, bo dowódcy armii nie mieli nawet pojęcia o zadaniach przydzielonych armiom sąsiednim. Plan posypał się już w pierwszych dniach wojny, gdy po przegranej bitwie granicznej poszczególne armie polskie rozpoczęły chaotyczny odwrót - każda na własną rękę.

Niemniej, nawet po siedemdziesięciu latach, dysponując szczegółową wiedzą o zamiarach niemieckich, nie jest łatwo przedstawić sensowną alternatywę dla koncepcji Rydza-Śmigłego. Niewątpliwie nie wchodziło w rachubę całkowite opuszczenie województw zachodnich i koncentracja wojsk za linią Narwi, środkowej Wisły i Sanu. Kompromis między racjami politycznymi a militarnymi był jednak możliwy. Przykład Westerplatte dowodzi, że dla zademonstrowania woli walki nie trzeba było poświęcać sił głównych, lecz wystarczyło pozostawić w zachodniej części kraju szereg izolowanych punktów oporu z zadaniem walki do ostatniego żołnierza, a następnie odpowiednio wykorzystać propagandowo ich obronę. Przy takim założeniu, trzon wojsk polskich mógłby zostać przesunięty na wschód, co pozwoliłoby skrócić linię frontu i zapobiec jej rozerwaniu w pierwszych dniach wojny. Pociągało to za sobą oczywiście konieczność przeprowadzenia odpowiednio wcześniej mobilizacji powszechnej, bez oglądania się na sojuszników.

Po drugie, należało zapobiec groźbie głębokiego okrążenia. Na północy niebezpieczeństwo takie zmniejszyłoby się wydatnie wraz z przesunięciem głównej pozycji obronnej za Narew i bagna Biebrzy. Na południu - jak zauważył przed wielu laty znawca kampanii wrześniowej płk Marian Porwit - optymalnym ruchem byłoby zajęcie wschodniej Słowacji, co nie przekraczało zdolności ofensywnych Wojska Polskiego. W ten sposób doszłoby do względnego wyprostowania linii frontu między granicą z Litwą na północy a granicą węgierską na południu. Byłaby to najlepsza pozycja wyjściowa dla późniejszego manewru odwrotowego w kierunku południowo-wschodnim, o którym myślał Rydz-Śmigły.

Po trzecie, do skomplikowanego odwrotu należało się zawczasu przygotować. Pomijając dokładne wtajemniczenie dowódców poszczególnych armii w zamysły naczelnego dowództwa, konieczne było ustalenie i przygotowanie kolejnych rubieży obronnych, począwszy od Narwi i Wisły (wraz z rozległym przedmościem w lewobrzeżnej Warszawie, którą należało utrzymać jak najdłużej z przyczyn politycznych), a skończywszy na południowo-wschodnim skrawku Rzeczypospolitej, gdzie zamierzano się bronić, czekając na włączenie się Zachodu do wojny.

Wróg na wschodzie

Jak łatwo zauważyć, prowadzone przeze mnie spekulacje pomijały dotąd zupełnie istnienie ZSRR. Chciałem w ten sposób ukazać postawę, jaką przyjęły w 1939 r. najwyższe władze Polski, ignorując grożące ze wschodu niebezpieczeństwo. Nie ulega wątpliwości, że w wymiarze strategicznym nie istniało żadne cudowne antidotum, chroniące przed radzieckim ciosem w plecy. Paradoksalnie - jeśli cokolwiek mogło przed nim uratować Polskę, byłaby to tylko sprawna obrona przed Niemcami. Pamiętajmy, że Stalin nie spieszył się z atakiem, czekając, aż to armie niemieckie pokonają Polaków. Być może więc nie zaryzykowałby go, gdyby Wojsku Polskiemu udało się zachować zdolność bojową w konfrontacji z Niemcami? Albo przynajmniej zwlekałby z nim nieco dłużej, a w tym czasie siłom polskim udałoby się w sposób zorganizowany wycofać na "przedmoście rumuńskie"?

Sądzę, że nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach - przy bierności ZSRR i przedstawionych powyżej modyfikacjach planów wojennych - Polska nie mogła wygrać w 1939 r. wojny z III Rzeszą, tzn. nie była w stanie odeprzeć najeźdźcy. Istniała jednak pewna szansa, by przegrać tę kampanię lepiej i to nie tylko "drożej sprzedając krew żołnierską", ale także dłużej pozostając na placu boju jako suwerenny uczestnik światowego konfliktu. Ale w tym celu należało za wszelką cenę utrzymać choćby symboliczny skrawek terytorium państwa, tak jak udało się to Belgii i Serbii w I wojnie światowej. Jego zdobycie przez Niemców byłoby zapewne kwestią co najwyżej kilku tygodni, ale ten czas pozwoliłby na dyplomatyczne przygotowanie gruntu pod ewakuację na Zachód władz państwowych i żołnierzy (bez ryzyka internowania ich w Rumunii), co z kolei stworzyłoby znacznie lepsze podstawy do kontynuowania walki na uchodźstwie.

O osiągnięcie tego celu warto było walczyć.

PIOTR M. MAJEWSKI jest doktorem historii, zajmuje się m.in. stosunkami polsko-niemieckimi w XIX i XX wieku. Wicedyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i współautor jego koncepcji programowej.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]