Na przełomie stuleci, gdy po śmierci pierwszego prezydenta kraju, ojca-założyciela Feliksa Houphouët-Boigny’ego, jego premier Alassane Dramane Ouattara, szanowany bankier i zarządca, zgłosił pretensje do dziedzictwa tronu, jego rywale wpisali do konstytucji poprawkę, że prezydentem tego zachodnioafrykańskiego państwa może być jedynie „prawdziwy Kościosłoniowiec”, a więc nie tylko ktoś, kto jest obywatelem i przyszedł na świat na Wybrzeżu Kości Słoniowej, ale czyi rodzice również spełniają ten warunek.
Dwie wojny domowe
Ouattara, choć muzułmanin, urodził się Dimbokro, na południu, bogatym i wyznającym chrześcijańską wiarę, przywiezioną tu przez konkwistadorów z Europy. Jego rodzice, muzułmanie, podobnie jak on, przybyli tu jednak z biednej północy, gdzie króluje islam, a w dodatku z terenów, które dziś należą do sąsiada, Burkina Faso. Zgodnie z nowym prawem nie przysługiwał więc im dumny tytuł „prawdziwego Kościosłoniowca”, a ich syn nie mógł ubiegać się o przywództwo państwa (w ten sam sposób, gdy pod koniec XX stulecia w Afryce nastała demokracja, w Zambii polityczni rywale usiłowali wykluczyć z polityki Kennetha Kaundę, ojca-założyciela).
Na darmo Ouattara protestował i tłumaczył, że kiedy rodzice przybyli do Dimbokro, nie istniało ani Wybrzeże Kości Słoniowej, ani Burkina Faso, a ich ziemie należą do zaborców z Francji. Jego rywale nie chcieli słuchać i nie dopuszczali go do rozgrywki o władzę.
Wykluczenie Ouattary i przedłużający się spór o to, kto jest „prawdziwym Kościosłoniowcem”, a kto tylko marnym przybłędą, zburzyły spokój w kraju, uchodzącym za oazę bogactwa i stabilności, wykopały przepaść między bogatymi chrześcijanami z plantacji kakao z południa i ubogimi muzułmanami, robotnikami rolnymi z północy, którzy widząc krzywdę Ouattary, uznali go za swojego pobratymca i przywódcę, obrońcę uciśnionych i bojownika o wolność i sprawiedliwość. Aż w końcu na Wybrzeżu Kości Słoniowej wybuchła wojna domowa, a nawet dwie. Pierwsza, w latach 2002-2007, zakończyła się dopuszczeniem Ouattary do wyborów prezydenckich i jego wygranej w elekcji z 2010 r., a druga, w latach 2010-2011, do jego ostatecznego zwycięstwa i intronizacji.
Jak liczyć kadencje
Ale rozsiadłszy się na prezydenckim tronie, Ouattara szybko zapomniał o krzywdach, jakich doznał, ubiegając się o władzę, strzeże jej wszelkimi sposobami i to tak samo zażarcie, jak w czasach, gdy mu jej broniono. Kiedy po dwóch dozwolonych prawem kadencjach przyszła pora złożyć prezydencki urząd, kazał napisać nową konstytucję, by dwie prezydenckie kadencje mógł liczyć od nowa. Tak oto, w wieku 83 lat, w jesiennych wyborach – choć jeszcze oficjalnie się do nich nie zgłosił – walczyć będzie o kolejną, czwartą (a formalnie – drugą) pięciolatkę u władzy.
Aby mieć pewność, że nikt mu władzy w wyborach nie odbierze – wybory to jednak loteria – postanowił wykluczyć z nich wszystkich poważnych konkurentów, tak jak oni kiedyś wykluczali jego. Swojego poprzednika i wojennego rywala Laurenta Gbagbo (2000-2011), a także jego dawnych towarzyszów broni nie dopuścił do elekcji, powołując się na wyroki więzienia, zasądzone im po wojnie. Udzielił im prezydenckiej łaski, ale – jak dzisiaj twierdzi, a oni uważają zupełnie inaczej – nie daje im to prawa ubiegać się o najwyższe urzędy.
Najgroźniejszego rywala utrącił zaś Ouattara zarzutem, że nie jest „prawdziwym Kościosłoniowcem”. Tidjane Thiam, rocznik 1962, urodził się w Abidżanie, a jego rodzina należy do najbardziej szanowanych w kraju. Poprzez matkę jest spokrewniony z samym ojcem-założycielem, Feliksem Houphouët-Boignym. Ojciec jednak, który przez wiele lat służył w rządzie pierwszego prezydenta, przybył do Abidżanu z terytorium dzisiejszego Senegalu, więc jego syn, podobnie jak Ouattara, nie spełniałby warunków na „Kościosłoniowca”.
W poszukiwaniu haka na konkurenta
Staremu prezydentowi niezręcznie byłoby jednak sięgać po ten – wykreślony już zresztą z konstytucji – paragraf. Jego dworzanie znaleźli inny, który pozwolił im – ich przynajmniej zdaniem – wykluczyć Thiama jako bezpaństwowca. W 1987 roku, jako student we Francji, Thiam przyjął bowiem francuskie obywatelstwo, a konstytucja Wybrzeża Kości Słoniowej stwierdza jasno, że prezydentem kraju może być jego i to wyłącznie jego obywatel. W marcu Thiam zrzekł się francuskiego obywatelstwa i wpisano go nawet na listę oficjalnych kandydatów do październikowej elekcji, ale usłużni prezydenccy dworzanie wyszperali w starych kodeksach zapis stwierdzający, że ktoś, kto przyjmuje obce obywatelstwo, traci automatycznie obywatelstwo Wybrzeża Kości Słoniowej.
Thiam może więc zrzekać się do woli francuskiego obywatelstwa, ale „kościosłoniowe” stracił przed laty gdy francuski paszport przyjmował. Sąd kazał go skreślić z listy kandydatów, a jego wyrok nie podlega już apelacji.
Ilu potrzeba lat
Stary Ouattara może już spokojnie ogłaszać, że w październiku znów stanie do wyborów. Będzie zaprzeczać zarzutom, że niepostrzeżenie nawet dla samego siebie przemienił się w takiego samego satrapę, jakich kiedyś wytykał palcem i potępiał, ludzi pragnących rządzić w nieskończoność, uzależnionych od władzy i uważających ją za najdroższy skarb, który należy wyłącznie do nich.
Prezydent Ugandy Yoweri Museveni, który panuje od 1986 r. i przez wiele lat uchodził w Afryce za wzór dobrego przywódcy i gospodarza, pojechał kiedyś po radę do afrykańskiego patriarchy Nelsona Mandeli, którego uważał za swojego mistrza. Poskarżył się, że nie może złożyć władzy, bo wciąż ma tyle do zrobienia, tyle spraw, których nie zdążył dopiąć do końca.
Powiadają, że Mandela zamyślił się, a po chwili rzekł: „Jak długo już rządzisz, Yoweri? Prawie dwadzieścia lat? Jeśli nie zdążyłeś uporać się z czymś w dwadzieścia lat, nie dasz rady i w czterdzieści. Ja mam już na karku dziewięćdziesiątkę i wciąż tyle do zrobienia”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















