Tryb tycia
Sen. Płytki jak Raba w najgłębszym miejscu,
Czyli tam, gdzie słońce spiekło skórę synkowi mamusi,
Gdy w umarłą sobotę sterczał z wujkiem po pachy w wodzie,
Czekając na pstrąga. „I nic dziwnego,
Wszak i szatan przybiera postać anioła światłości” -
Czytamy u świętego Pawła w Drugim Liście do Koryntian.
A więc najpierw nicość. I z niej potem jawa. Jak wzięty na glistę pstrąg,
Którego zjemy. Ryba skuszona i ujawniona.
Ale oto następuje pełne przebudzenie. Erekcja ustępuje,
Więc pokój się rozkręca po jagnięcinie w szafranie
I trzyletnim Terra Alta. Więc pies podchodzi. Liże mi palec,
Bo nauczył się kochać nieobliczalne
Za dar pełnej miski.
Kawa? Papierosy? Nic z tego. Zmuszanie się do dyscypliny.
Czytanie w ustępującej dopiero popołudniu nieprzytomności.
Albo oglądanie kryminalnych seriali.
Nie zapominam o tobie, Jeruzalem.
Potem zakupy. Drobne rytuały. Rozmowy.
Właściwie, to wielka tęsknota
Do śliskich kamieni na prześwietlonym dnie,
Co to sprawiają ból przynosząc ulgę.
Właściwie, to mokry ogień, szumiący w kościach jak komputer.
Samotne picie drobnymi łykami
Wspólnego cienia w katedrze niewiernych żeber.
Właściwie, to mądry wąż,
Zmieniający skórę w lusterku nasienia.
Przeciek
Ruchomieje wiatr.
I jarzą się w nim wysoko chóry dymnych obłoków.
A w dole spokój. I dziękczynienie. Rozchodzenie się do zajęć.
Mówienie z dozorcą przez telefon. Bo gdy sąsiadka nad nami
Bierze kąpiel, w naszej kuchni spływa z niej woda.
Kroplami. W kałużę. Kap. Kap.
Patrzę po kątach, coraz mniej pewny, czy mi się dasz przyłapać
Na nieistnieniu. Za szafą? Pod chwilą? W lustrze?
A za plecami - wiara, nadzieja, miłość.
Jak drzewa niepojęte w cielesnej utracie.
Miała być herbata i konfitura z róż,
Ale nawet swojej dłoni nie widzę, czarny od sprzątania piekła.
Na stole pismo ręki. Żyletka pulsu. Formularz
Do wypełnienia. A droga kaleka. Góra na widoku.
Na wszystkich cielesnych obrazach bezcielesne imitacje.
I wszędzie czyha powietrze, jakby milczeć językami chciało.
Jakby w każdej sekundzie był żywot.
Jakby powiedziane półżartem
„Czemu oglądacie się jeden na drugiego?”
Było finalnym akordem.
Pieśń niewinności
Kiedyśmy je opuszczali, przestawało istnieć miasto.
Sto rosło wież i studni sto, kiedyśmy odjeżdżali.
Bo kocha przy czym się trwa na przekór miłości.
A deszcz wtedy, kiedyśmy w pociąg wsiadali, sypał się
Jak z drzewa iglaste. A drzewo to po burzy powietrze.
A więc był raj. I właśnie, że był, nie było co szukać.
A więc był raj, rozpisany na wszystkie grzechy nasze.
Więc czyniliśmy powinność, bo bez wyjścia nie było.
I zjawiłaś mi się pod okiem, jak ostrzyłem kroplę słowa,
Przyszłaś, abyśmy święcić mogli perły kryjówkę.
To za wschodnią bramą, która świeci w mieście.
Bo wszystko jest niewiele, które spełnić trzeba.
Więc śpiewem będziemy w chórze poróżnionych.
W chórze zdrobniałych spraw o wadze światła.
Bo właśnie dlatego się czeka, aby się doczekać.
Kiedyśmy sen pili w drodze, snem był śniony sen.
I zbieraliśmy wodę, bo to pragnienie chciało
Oznajmić jak się czeka. Bo to co z siły kochasz,
Odwzajemnioną nie może wdzięczyć się miłością.
Bo świat jest do brania i dzieje się zaświat.
A sen to mglisty ranek, kiedy cię zbudzić przyjdzie
Aksamitnym głosem, co ci wcześniej zlepiał listy.
Bo list trzeba począć. Po prostu. A w nim już będzie
Co nie wyczerpanie cieszy i stanowi otwarcie.
Bo otchłań to obłok, ogród na oścież i ścieżka przetarta.
ARTUR SZLOSAREK (1968) - poeta, autor tomów „Wiersze napisane” (1991), „Wiersze różne” (1993), „Popiół i miód” (1996), „Camera obscura” (1998), „List do ściany” (2000), „Wiersze powtórzone 1987-1999” (2002); laureat nagrody Fundacji im. Kościelskich (1993), mieszka w Berlinie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














