Wielka machina losująca. Felieton Tomasza Stawiszyńskiego

Przeczucie od dawna obecne w mitologiach, literaturze, ale także nawiedzające nas czasami w koszmarach sennych; przeczucie, że oto istnieje gdzieś nasza kopia, sobowtór, nasze niepokojące odbicie, uzyskało właśnie całkiem solidną naukową podbudowę.
Czyta się kilka minut
Fot. Karol Paciorek /
Fot. Karol Paciorek /

Na łamach pisma „Cell Reports” grupa hiszpańskich naukowców pod przewodnictwem prof. Manela Estellera opublikowała wyniki najszerzej, jak dotąd, zakrojonych badań nad parami nadzwyczajnie podobnych do siebie ludzi. Wcześniej, w ramach projektu „I’m Not a Look-Alike!” („Nie jestem sobowtórem!”), wytypował ich – do celów czysto artystycznych – kanadyjski twórca François Brunelle. Z pomocą rozbudowanych narzędzi diagnostycznych – analiz DNA, epigenetyki oraz składu flory jelitowej – badacze dokonali szczegółowych pomiarów. I ustalili, że istotnie, pomiędzy osobami tak podobnymi, że algorytm analizujący rysy twarzy identyfikował je jako bliźnięta jednojajowe, istnieje zaskakująca zgodność na poziomie genetycznym. Pozostałe elementy – epigenetyka i flora jelitowa – już w taki sposób nie korelują, co oczywiście jest zrozumiałe: mamy do czynienia z osobami, które wyrastały w różnych środowiskach, to są zaś właśnie czynniki zdeterminowane środowiskowo.

W każdym razie naukowe wnioski wyglądają następująco: w gigantycznej genetycznej maszynie losującej co jakiś czas, przypadkowo, konfigurują się niezwykle ze sobą zbieżne układy genów. Im więcej ludzi na świecie, tym większe prawdo­podobieństwo, że taka odpowiedniość się zdarzy, a do tego współcześnie, dzięki internetowi, coraz łatwiej na swojego sobowtóra natrafić.

Cóż, brzmi to wszystko racjonalnie, słyszeliśmy już przecież nie raz, że tak to się właśnie odbywa: że struktura naszych ciał i umysłów jest efektem ślepego procesu biologicznego, działającego wedle reguł ewolucji i matematyki. Niemniej jest w tym coś paradoksalnego, osobliwego i niepokojącego. Abstrahując już od ambiwalencji samej figury sobowtóra – nieprzypadkowo tak obsesyjnie analizowanej w epoce romantyzmu, kiedy wykuwało się nowoczesne rozumienie jednostki – konfrontują się tutaj ze sobą dwa nieprzystawalne wymiary. A mianowicie: subiektywne poczucie indywidualności – że jesteśmy tym, kim jesteśmy, nie zaś kimś innym; że posiadamy unikalną kompozycję jakości, które się nigdzie w ten sam sposób nie powtarzają; że – niezależnie od tego, czy nam się ta kompozycja podoba, czy też wolelibyśmy inną – sprzęgnięta jest ona organicznie z naszym poczuciem „ja”. Oraz: bezosobowa matryca natury, raz po raz wytwarzająca kolejne egzemplarze żywych istot, nieustannie tasująca elementy, z których składa się wszystko, co żywe.

Wbrew pozorom, wbrew rozmaitym, z obu zresztą stron czasami padającym, deklaracjom o autonomii tych terytoriów – nauka i religia nieuchronnie wchodzą ze sobą w kolizję. Nie chodzi tu jednak o to, że nauka demistyfikuje jakieś konkretne religijne wyobrażenia bóstwa – ostatecznie zawsze można powiedzieć, że mają one charakter metaforyczny i tylko w przybliżeniu kierują nas w stronę jakiejś nieopisywalnej, niedotykalnej transcendencji.

Istota tej kolizji rozgrywa się gdzieś indziej, a mianowicie w metodycznym odsłanianiu przez naukę kolejnych pokładów przypadkowości, ślepoty i bezosobowej buchalterii, którymi rządzony jest ten świat. To właśnie w tym wymiarze następuje nieuchronne zderzenie opowieści, wedle której rzeczywistość ma źródła w jakimś nadumyśle, cechującym się miłością i dobrem, z opowieścią o brutalnej logice tej wielkiej naturalnej machiny losującej, która stoi za naszym istnieniem, przynajmniej w jego ziemskim, materialnym wymiarze.

Czy da się tę religijną opowieść pomimo to zachować? Jej niesłychana żywotność wskazuje, że tak. Nawiasem mówiąc, jest osobliwą, a może nawet zagadkową ironią losu, że wszystkie te ślepe i bezosobowe procesy tak ukształtowały nasze mózgi, że wytworzyły one pojęcie transcendencji i wciąż poszukują w świecie tego, co niewidzialne. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2022