Reklama

Widzialne i niewidzialne miasta

Widzialne i niewidzialne miasta

20.06.2006
Czyta się kilka minut
Głównym tematem autora jest historia miasta, pojmowana nie jako historia jednostkowych wydarzeń, ale dzieje stylów - ich konkurencji, walk, dialogów i migracji. To one wyrażają naturę miast, ich ducha, ich osobowość.
Giorgio de Chirico, "Piazza d'Italia", 1913
R

Roberto Salvadori nigdy nie szuka tego, co typowe czy choćby znane. Nie jest turystą, choć urządza jedno- czy dwudniowe wycieczki. W tak krótkim czasie miasto, do którego się wybiera, nie zdąży go zaczarować. Pierwsze spojrzenia są najbardziej bezlitosne, pozwalają na dokonanie ostrego cięcia: po jednej stronie polukrowane miasto z pocztówki, miasto-stereotyp, po drugiej: bezpośredniość doświadczenia wspierana niemałą wiedzą, pozwalającą ująć miasto w jego historycznym rozwoju, w nakładaniu się historii i stylów, rozbiciu płaszczyzny na tworzące ją warstwy, odczarowaniu, odszyfrowaniu, dekonstruowaniu.

Idea miasta

Pierwsza część książki ma charakter właściwie metodologiczny. Zanim poznamy konkretne miasta, przyjrzymy się przemianom samej idei miasta, stanowiącym zarazem odbicie dziejów nowoczesności. To, że człowiek miejski, homo urbanus, jest głównym bohaterem współczesności, nie jest wielkim odkryciem: architektura praktycznie od zawsze była sztuką par excellence miejską, od czasów impresjonizmu w sposób jednoznaczny dołączyło do niej malarstwo, w poromantycznej powieści - za umowną granicę niech posłuży nam rok 1847, data ukazania się "Wichrowych wzgórz" Emily Brontë - jedynie z trudem przyjdzie nam wskazanie istotnych autorów, których ambicją nie byłoby oddanie natury życia miejskiego. Miasta najpierw stały się centrami życia, potem dopiero zawładnęły wyobraźnią, zyskując samoświadomość. Dzięki temu istnieją Paryż Balzaca, Warszawa Prusa, Londyn Dickensa, Petersburg Dostojewskiego, Triest Sveva (i Magrisa), Dublin Joyce'a, Lubeka Tomasza Manna, Wiedeń Musila, Chicago Bellowa. Można by tak wyliczać bez końca...

Tołstoj i Proust wyrażają rozdarcie nowoczesnego życia, jedną nogą tkwią jeszcze w poprzedniej epoce, zdając sobie zarazem sprawę z nieodwracalności procesów, które sprawią, że homo urbanus będzie nie tyle dominującą, ile jedyną możliwą formą życia. W Polsce to rozdarcie dobrze uosabia Reymont, syn wiejskiego organisty, którego chłopska powieść nie przetrwała próby czasu, za to powieść miejska - "Ziemia obiecana" - do dziś porusza naszą wyobraźnię.

Na pytanie: "kim jest ten człowiek miejski", a więc - w domyśle - kim jest autor "Pejzaży miasta", a także: kim jesteśmy my, czytelnicy, wprost odpowiedzieć nie sposób. Droga do poznania człowieka prowadzi przez poznanie miasta, jego zmieniającej się idei. Nie ma bowiem niezmiennej, jednej idei miasta. Jest miasto impresjonistów - kapryśne, efemeryczne i subiektywne; miasto futurystów - hałaśliwe, dynamiczne, energetyczne; dalej melancholijne "miasto metafizyczne" Giorgia de Chirico; katastroficzne, reakcyjne miasto ekspresjonistów; po nich przyjdą jeszcze miasta faszystowskie i nazistowskie. "Cinecitt?", powstałe z inicjatywy Mussoliniego, było kopią hollywoodzkich studios, ale chyba też zapowiedzią symulakrycznych miast rozrywki. Jest to łańcuch powiązanych dialektycznie przemian, przy czym w jego zaraniu leży już zapowiedź najdalszych konsekwencji: w burzeniu murów miejskich, do czego sygnał dał Napoleon, istnieje sugestia nieskrępowanego rozwoju, powstania europejskiego czy nawet globalnego panmiasta. Italo Calvino, autor "Niewidzialnych miast", to jego prorok: "jesteśmy już bliscy epoki, w której mieszkać się będzie w Europie jak w jednym mieście".

Pustka w mieście

Wzorem dla Salvadoriego jest transfiguracja miast, jakiej dokonali w swych pochodzących z lat 20. obrazach Ottone Rosai i Mario Sironi. Pierwszy, "przeklęty Toskańczyk", malował Florencję w stylu antigraziosa, z daleka omijając Piazza della Signoria, koncentrując się za to na ubogiej (dziś: typowo studenckiej) dzielnicy Oltrarno. Drugi malował Mediolan widziany nie od strony Duomo, La Scali i Via Brera, ale robotniczych peryferii: "ulice puste, bez jednej żywej istoty, na których tkwią jakieś tramwaje czy ciężarówki. Przygnębiające budynki, których okna są czarne niczym groźne źrenice. Niebo zadymione i mroczne. Mediolan skamieniały w ciasnych, alienujących przestrzeniach, które osiągają punkt kulminacyjny w ciężkiej masie graniastosłupowych brył".

Piękno Lwowa, wyrażającego, w przeciwieństwie do biurokratycznego Krakowa, kosmopolityczną radość życia w wydaniu habsburskim, kontrastuje z chłopskim pochodzeniem jego dzisiejszych mieszkańców: całe miasto w letnie upały "wydziela zapach stajni i stodoły". Drezno Bellotta (tak jak jego Warszawa) nie istnieje: nie ma tamtej "Florencji nad Łabą", jest połączenie wzorcowego miasta socjalistycznego i gipsowej imitacji przeszłości. Budapeszt jest w gruncie rzeczy kiczowaty, zabrakło mu wybitnego architekta - planisty. Praga nie jest magiczna, ale tragiczna: wszystko w niej przypomina o religijnych walkach, w jej baroku można wyczuć "nadludzki wysiłek, aby przezwyciężyć śmierć - i zaciągnąć pyszną zasłonę nad śmiercią pokonanych chrześcijan".

Dokądkolwiek się udamy, nieobecność jest bardziej wymowna niż obecność. Ujawnione zostaje to, co nam zazwyczaj umyka, choć wydaje się oczywiste: że historia cywilizacji miejskiej nie jest jedynie domeną nieprzerwanego dodawania, uzupełniania, wznoszenia, że w równym, a może większym stopniu jest dziełem odejmowania, zabierania, niszczenia. W miastach pustka jest bardziej wymowna niż budynki. Dlatego Salvadori zatrzymuje się nad każdą nieistniejącą synagogą. O praskim Josefovie, odpowiedniku krakowskiego Kazimierza, pisze: "prastara dzielnica żydowska, z jej chałupkami i krętymi zaułkami, została uzdrowiona, czyli zrównana z ziemią". Osobnym tematem jest zapełnianie pustki po miastach zburzonych bombardowaniami w trakcie II wojny: Drezno czy Hawr są (jak Warszawa) miastami niewidzialnymi, które żyją tylko w dziełach sztuki, na fotografiach, w pamięci, w wyobraźni - w rzeczywistości ich właściwie nie ma.

Historia miasta

Książka Salvadoriego, autora "Hegla we Francji" (1974) i "Interpretacji heglowskich" (1980), jest przesiąknięta historyzmem. Głównym jej tematem jest historia miasta, jednak pojmowana nie jako historia jednostkowych wydarzeń - intronizacji, konfliktów, pożarów - ale historia duchowa, której tematem są dzieje stylów - ich konkurencji, walk, dialogów i migracji. Te dzieje są prawdziwymi, tajemnymi dziejami miast, wyrażają ich naturę, ich ducha, ich osobowość.

Swoją historię posiadają jednak nie tylko miasta, ale i ten, który o nich opowiada. "Pejzaże miast" są książką włoską, mimo że w ogromnej części nie Włochom je poświęcono (tak samo, według Salvadoriego, "Dunaj" Magrisa jest książką triesteńską, choć Triest nie jest jej bohaterem). Włoskie tropy powracają w nieoczekiwanych często kontekstach: Kowno przypomina wilgotną Mantuę, wzgórza Budy są "pełne łagodnej harmonii jak florentyńskie pagórki i urwiste jak tereny wokół Triestu". Ołomuniec przywołuje swym charakterem miasta uniwersyteckiego Pizę i Urbino. Miasta włoskie to miasta-słońca, "świecąc własnym blaskiem, promieniują pięknem". Miasta środkowoeuropejskie to zazwyczaj miasta-planety, odbijające blask słoneczny.

Myślę, że z pięknej książki Salvadoriego daje się wyczytać pewne założenie, w którym pobrzmiewają echa Hegla. Warto z niego zdać sprawę czytelnikom: autor wyjawia je tylko raz, mimochodem, pisząc o stosunku Venclovy, Brodskiego i Herberta do ich miast. "Miasto jest wolnością - ziemia wiecznym powrotem tego samego, miasto jest współczesnością wykorzenienia - ziemia jest tradycją korzeni, miasto jest kulturą (dziedzictwem piękna i pomysłem na przyszłość) - ziemia naturalnym biegiem zdarzeń".

Pesymizm środkowej z trzech zarysowanych opozycji tylko częściowo równoważy optymizm dwu pozostałych. Miasto Salvadoriego - jak Heglowskie państwo - nie zniewala człowieka, raczej w pełni odkrywa mu jego naturę. W miastach naszej części Europy historia jakby dobiega kresu - czołgi na ulicach Pragi w 1968 roku były "ostatnią tragedią w jej historii", Wilno i Kowno odzyskują dawny blask, są piękne, już prawie jak dawniej, jakby nigdy nie przetoczył się przez nie totalitarny walec, po ulicach Wrocławia spacerują w lutowym słońcu piękne dziewczyny.

Ale zaraz w innym mieście ktoś podkłada ogień pod synagogę. Historia rusza, nie wiadomo już, czy w linii prostej, czy po ponurym okręgu wiecznego powrotu. Jak w piosence Marianne Faithfull: "To tylko stara wojna, nawet nie zimna wojna".

Roberto Salvadori, "Pejzaże miasta", przełożyli Joanna Ugniewska, Halina Kralowa i inni, Warszawa 2006, Zeszyty Literackie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]