Reklama

Widok z trzech okien

Widok z trzech okien

04.09.2005
Czyta się kilka minut
Bloki przy ulicy Doki - nazwa stosowna w mieście portowym - z numerami 1 i 2 stoją najbliżej Stoczni Gdańskiej, przy placu, który dziś nazywa się Placem Solidarności. Z ich okien widać było to, co działo się w 1970, a potem w 1980 r.
Danuta Oczki na dachu wieżowca przy ul. Doki. Stąd SB fotografowało stoczniowców
T

Takich widoków się nie zapomina.

W 1970 r. mieszkańcy widzieli strzelającą milicję, zakrwawionych ludzi, czołgi. Okien nie otwierali, żeby swąd prochu i krzyki nie wdzierały się do domów. Wspominają, że chcieli być wtedy wszędzie, tylko nie przy ul. Doki. Niektórzy do dziś słyszą krzyk pacyfikowanych. Ci, którzy nie umieli go zapomnieć, o tamtych wydarzeniach nie chcą rozmawiać.

Lepsza jest pamięć roku 1980: strajkujących, modlącego się całymi nocami tłumu, w końcu radości, kiedy ogłoszono podpisanie porozumień.

Również wtedy Stocznia była okrążona przez milicję. Warkot “suk" przypominał: możemy użyć broni. Dlatego dla starszych ludzi z ulicy Doki pamięć Sierpnia także wiąże się ze strachem. Ale innym, w którym była też nadzieja.

W wieżowcach przy ul. Doki pod jednym dachem mieszkali ludzie z opozycji i ci, którzy ich ścigali: funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Z mieszkań na górnych piętrach SB filmowała i fotografowała Stocznię, zbierając materiał dowodowy przeciw strajkującym.

Hanna Starzyńska, Paweł Zinczuk i Danuta Oczki przeżyli te najważniejsze momenty. Do dziś mieszkają przy ul. Doki. Na trzecim, piątym i drugim.

"Po co to robię?"

Hanna Starzyńska przyjechała z Warszawy do Gdańska, do rodziców, na święta w grudniu 1970 r. Trzymał mróz. Na dworcu wyszła z pociągu i pomyślała, że wybuchła wojna. Na ulicach czołgi. Ludzie wybijali szyby w sklepach, wynosili jedzenie, dywany, alkohol. Rzucali butelkami z benzyną w samochody milicji; te płonęły. Unosił się dym. Zabijano się na ulicy. Gdańsk odcięty był od Polski blokadą informacyjną, państwowa prasa i telewizja milczały. Kiedy po powrocie do Warszawy Starzyńska opowiedziała w pracy (była nauczycielką biologii w liceum) to, co widziała, kilka dni później była bezrobotna. Ktoś doniósł.

W 1980 r., kiedy w Stoczni znowu zaczął się strajk, mieszkała już w Gdańsku. W jej domu nie oglądano państwowej TV, tylko łapano na krótkich falach “Wolną Europę". Mąż, lekarz, zgłosił się do pracy w stoczniowym szpitalu, gdzie pracowała też jako pielęgniarka Alina Pieńkowska, legenda opozycji.

W sierpniu Starzyńska stała w tłumie pod Stocznią. Nie bała się. Nie przerażało nawet wspomnienie o tym, co widziała 10 lat wcześniej. - Było nas tak wielu, byliśmy razem - wspomina. - Pomagała modlitwa, śpiew, słońce. To były piękne dni. Czuliśmy, że zwyciężymy. Napędzała nas adrenalina, która nie pozwalała zasnąć.

Potem organizowała “Solidarność" na Akademii Medycznej.

Po grudniu 1981 r. z mężem i dziećmi wyjechała do Niemiec (Essen, potem Dortmund). Leczyła się na trzustkę. - Mieliśmy pieniądze i jedzenie, dostaliśmy azyl polityczny, a mąż dobrą pracę - mówi. - Bezpieczny dach nad głową, wszystko, czego brakowało ludziom w Polsce. W telewizji w relacjach z kraju wciąż pokazywali tylko czołgi. Nie mogłam tego oglądać. Musiałam wrócić. Inaczej dostałabym depresji. Były dwa wyjścia: albo umrzeć, albo wracać.

Starzyńska wracała pociągiem w październiku 1982 r. , z rzeczami spakowanymi w jednej walizce. Ludzie pytali: po co to pani? Mąż miał żal. Dziwił się konduktor. Stanęła na dworcu, na którym - podobnie jak w grudniu 1970 r. - zobaczyła “wojnę": trafiła na demonstrację, ludzie walczyli z milicją. Nie mogła się odnaleźć, przyjaciele byli internowani.

Kiedy w 1986 r. została zatrzymana, i gdy ubecy torturowali ją (bicie, osobista rewizja z, jak mówi, “największym naruszeniem intymności"), przypomniała sobie pytanie: po co wracasz? Milicjant nazwał ją kurwą, uderzyła go w twarz. Znalazła się w więzieniu.

Wspomina: - Przewieźli mnie do aresztu przy Kurkowej, siedziałam 11 dni. Codziennie przesłuchiwana. Wyszłam, była Wielkanoc, piękna pogoda, matki z wózkami na spacerze. Pomyślałam, po co to robię? Obolała, blada, słaba. I sama sobie odpowiedziałam: dla “Solidarności".

W jej mieszkaniu przy ul. Doki 2 zbierała się opozycja. - Cała elita związana z opozycją przewinęła się przez ten dom - mówi. - Grali na gitarze, drukowali na wałku ulotki. Bywało, że spało u mnie 20 osób.

Starzyńska wpuszczała wszystkich. Gotowała duży garnek zupy, parzyła kawę, smażyła kaszankę. Pili samogon. Esbecy mówili na nią “Biała", bo ma białe włosy. Koledzy z opozycji wołali “Ciocia", bo u niej było jak u cioci.

- W dużym pokoju chłopcy, na polecenie Bogdana Borusewicza, zainstalowali urządzenie, przez które podsłuchiwaliśmy SB. Kiedy sądziłam, że mogą przyjść z rewizją, pakowałam ulotki i zanosiłam do sąsiada. Był partyjny, ale człowiek. Pomagał.

Za opozycję Hanna Starzyńska zapłaciła wysoką cenę. Mąż został w Niemczech, ułożył sobie życie z inną kobietą. Jej zostało mieszkanie w Gdańsku, przy pomniku ofiar Grudnia 1970. Oraz niespełnione marzenia. - “Solidarność" była piękną ideą. Wtedy całymi dniami i nocami stałam pod stoczniową bramą. Śpiewałam z rozegzaltowanym tłumem. W nas była nadzieja. Nie chciało się spać. Potem polityka rozczarowała nas, zawiodła.

"Nie wywalczyłem lepszej Polski"

Paweł Zinczuk mieszka przy ul. Doki 2. Blok to szczególny, kiedyś mieszkało w nim wielu obywateli ZSRR, obsługujących sowieckie przedsiębiorstwa morskie, mające filie w Gdańsku. Wyprowadzili się po 1989 r.

Zinczuk, mężczyzna raczej drobny, był stoczniowcem. Przeżył dwa zawały serca, dziś jest na emeryturze. Pochodzi spod Białej Podlaskiej. W 1947 r. wraz z rodzicami został wysiedlony. - Wtedy władza przetrąciła mi kręgosłup po raz pierwszy - wspomina. - Ojciec przez to wysiedlenie zmarł, matka przeżyła je ciężko. Biedy się w życiu nałykałem. Znalazłem się w domu dziecka. Miałem osiem lat. A tam wychowanie w duchu miłości do socjalistycznej ojczyzny. Robili z nas oktiabrionki, takie dzieci rewolucji październikowej. Nienawidziłem socjalizmu. Wybrali mnie przewodniczącym domu dziecka. Zacząłem podburzać dzieciaki przeciw tym metodom wychowania.

W Stoczni pracował na wydziale przygotowania produkcji (P1) jako robotnik. Chyba około 1976 r. w zakładzie pojawiły się ulotki. Kilku kolegów, wciągniętych w tę działalność, powiedziało mu: “Paweł, będziesz nam kiedyś potrzebny". Natomiast od dyrekcji usłyszał, że będzie pierwszy do zwolnienia.

14 sierpnia 1980 r. rano koledzy przyszli do Zinczuka. Usłyszał: “Paweł, zaczynamy". Jerzy Borowczak zapytał: “Możemy liczyć na ciebie? Ruszysz swój wydział do strajku?".

Ruszył. Koledzy z wydziału wiedzieli, że jest uczciwy, że mogą na niego liczyć. A on czuł się za nich odpowiedzialny.

Stocznię zatrzymała wtedy garstka ludzi, takich jak on. Nie mieli jeszcze planu, co potem. Wyłonili się przywódcy, powstawały postulaty. Zinczuk był łącznikiem między Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym a swoim wydziałem. Z Wałęsą był na “ty". Byli wtedy równi.

Gdy Jaruzelski wprowadził stan wojenny, znowu protestowali. Zinczuk stał pod bramą Stoczni i krzyczał do milicjantów przez megafon: “Przejdziecie po naszym trupie!". Gdy ruszyły czołgi, polewał wodą ziemię. Ale gąsienice trzymały się gruntu, czołg jechał na niego. Zinczuk: - Ze strachu zdrętwiały mi nogi, ani kroku w przód, ani w tył. Nie moje nogi, stałem jak słup. Myślałem, że rozjadą. W ostatniej chwili odskoczyłem.

W 1983 r. został aresztowany, siedział pół roku. Przesłuchiwano go niemal codziennie. Nie bili, tylko prali mózg, zadawali te same pytania. Gdy wychodził, ważył 48 kg. Był wyczerpany. Przez minione pół roku nie zrealizował “kartek" na żywność. Kiedy poszedł odebrać “kartkę" za ostatni miesiąc, urzędniczka zapytała, gdzie był przez sześć miesięcy. Odparł, że w więzieniu. Dała mu wszystkie zaległe kartki.

Zinczuk pozostał tym, kim był w 1980 r. Nie dorobił się. Owszem, robili z nim wywiady korespondenci z Japonii, z USA, z BBC. Ale został sobą.

Ma syna, 30-letniego. Piotr pracuje w Stoczni na tym samym wydziale. - Nie wywalczyłem dla niego lepszej Polski - mówi ojciec. - Zarobki są marne, ochrona pracownika żadna i jeśli o to chodzi, jesteśmy w tym samym miejscu, co w 1980 r. Nie zwyciężyliśmy.

"Ja nie bohaterka"

Danuta Oczki pracowała w Stoczni od 1964 r. jako kadrowa; dziś na emeryturze. Stocznia nie była dla niej tylko miejscem pracy, ze stocznią i z ludźmi czuje się związana. Dziś stoi na balkonie na trzecim piętrze przy ul. Doki 2 i z żalem patrzy na niszczejący dziś zakład. Na legendarną stołówkę w ruinie.

Pamięta grudzień 1970 r.: - Zostaliśmy w Stoczni na noc. Sąsiadka pilnowała mi małego dziecka. Rano podstawili autokary. Wychodziliśmy ulicą Doki, pod bagnetami. SB wydawała komendy: pojedynczo! Nie rozmawiać! Ludzie szli z zaciśniętymi pięściami. Przed bramą strzelano, z okna stoczniowego szpitala wywieszono pokrwawione prześcieradło.

Żyli tak kilka dni. Gdy Danuta wyszła na zakupy, słyszała strzały. Wspomina: - Dziś żartuję: “Ludzie, ja nie bohaterka, ja po kiełbasę szłam".

Więc kiedy zaczęło się w 1980 r., był strach, duży strach. Ale była też nadzieja, której brakło w grudniu 1970 r. Nadzieja na rozmowy z władzą.

Oczki: - To była piękna mobilizacja. Przyjeżdżali intelektualiści, układali apele i byli autentycznie razem z robotnikami. Potrzebowaliśmy wtedy i Mazowieckiego, i Wałęsy, zwykłego robotnika, który mówił dużo, czasem bez ładu i składu.

Danuta mówi, że tłum pod Stocznią skandował “Niech żyje nasza milicja!", a milicja odpowiadała miganiem świateł w samochodach. Tak to pamięta, że przełamywał się lód między jedną stroną i drugą. Że nikt nie pił. Że ludzi jednoczyło zagrożenie, że to nie był zryw samych stoczniowców, jak w roku 1970, ale ogólna solidarność ludzi. Potem przez kilkanaście miesięcy w Stoczni działały dwa związki zawodowe. - Jako kierownik kadr, kiedy chciałam wybronić jakiegoś pracownika, szłam do jednego związku, a potem do drugiego. Nie darły ze sobą kotów, zawsze coś można było załatwić - opowiada.

Kolejne strajki, jak ten w 1988 r., miały już inną atmosferę. Stocznia była modna. Przyjeżdżali ludzie z Polski, żeby zobaczyć, jak się strajkuje. Oczki wspomina rozżalenie młodego chłopaka, który poszedł na Starówkę i strajk przegapił. Każdy chciał stanąć pod bramą. Czuło się, że zaczyna się nowa Polska, wolna.

Że już przestali się bać.

Autor artykułu

Dziennikarka, reporterka, ekspertka w tematyce wschodniej, zastępczyni redaktora naczelnego „Nowej Europy Wschodniej”. Przez wiele lat korespondentka „Tygodnika Powszechnego”, dla którego...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]