Historia Andy’ego Byrona i Kristin Cabot, dyrektora zarządzającego i szefowej kadr firmy Astronomer, wyłowionych (przygwożdżonych?) z tłumu na koncercie grupy Coldplay przez precyzyjne a bezwzględne oko kamery, jako żywo przypomina najstraszniejsze senne koszmary.
Znacie to, prawda? Idziecie ulicą w słoneczny dzień, dookoła pulsuje miasto, ale przechodnie, nie wiedzieć czemu, zbyt natarczywie wam się przyglądają. Na ich twarzach majaczą niedowierzanie, oburzenie, złość. Nie wiecie, czemu nagle staliście się obiektem powszechnego zainteresowania, ale odczuwacie coraz większy niepokój i wstyd. Nie rozumiecie, z czego się te uczucia biorą, nie rozumiecie, z czego się bierze narastająca dziwność i niecodzienność całej sytuacji.
Przyspieszacie, próbujecie uciekać, ale wiadomo jak to jest z przyspieszaniem i uciekaniem w snach – nogi przyrastają do ziemi, powietrze gęstnieje. Brniecie więc z mozołem dalej... i nagle wiecie już, dlaczego wszyscy się na was patrzą. Dlatego mianowicie, że paradujecie po zatłoczonej metropolii bez ubrania.
Ten oniryczny scenariusz ma oczywiście wiele wariantów. Może się rozgrywać w szkole (do której po kilkunastu albo kilkudziesięciu latach musicie wrócić, żeby coś tam zdać), w pracy albo na przyjęciu rodzinnym. Esencjalnym doświadczeniem obecnym w każdej jego odsłonie jest jednak ów blamaż na widoku, bezceremonialne ujawnienie tego, co powinno pozostać w ukryciu.
Sekretni kochankowie i psychologia tłumu
Otóż właśnie coś takiego przydarzyło się tym sekretnym kochankom, kiedy ni stąd, ni zowąd wyświetlili się, przytuleni, na stadionowym telebimie. To skądinąd – a dokładniej: ich trwożna reakcja, która przyciągnęła uwagę – był dopiero początek złego snu, nie zaś wcale jego epicentrum. Nagranie błyskawicznie stało się wiralem. Wyświetlono je – jak podają szacunki – ok. 122 milionów razy (do chwili, gdy to piszę), w każdym zakątku kuli ziemskiej, do którego tylko dosięgają fale radiowe lub światłowody.
Nasuwa się pytanie, skąd się wzięła łapczywość, z jaką pochłaniamy tę migawkę, skąd obsesyjna wręcz atencja, poświęcana jej w niezliczonych udostępnieniach i komentarzach? Czy to tylko podniesiona do niewyobrażalnej potęgi wścibskość, motor napędowy obmawiania, knucia i podglądactwa? A może – jak zasugerowała Aleksandra Przegalińska, przenikliwa obserwatorka cyfrowej współczesności – chodzi o specyficzną zbiorową satysfakcję: że oto publicznie napiętnowano i ukarano tych, którzy postępowali nieetycznie?
Owszem, moralistyczny szał, z jakim rzesza komentujących rzuciła się na dwójkę ludzi, o której losach przecież nikt tak naprawdę zupełnie nic nie wie, nosi znamiona klasycznych mechanizmów psychologii tłumu. Poza funkcją oczywistą, czyli redukcją napięcia, mamy tu jak na dłoni egzorcyzmowanie własnych grzeszków, zaniechań i kłamstw poprzez głośne potępianie innego. Wiadomo: nic tak nie dezynfekuje sumienia jak afektowane oburzenie cudzymi niecnymi postępkami.
Ale jest jeszcze coś więcej. A mianowicie to milczące, przyjmowane bez najdrobniejszych zawahań przekonanie, że czyjś wizerunek, a więc czyjeś życie, ba, najintymniejsze, najbardziej prywatne i wrażliwe tego życia obszary, mogą stać się, ot tak, w jednej sekundzie, stuprocentowo publiczną własnością. I że w związku z tym mamy prawo pastwić się nad nimi, wyrywać je sobie z rąk, dokonywać kolejnych wiwisekcji, nurzać się w moralnych i innych egzaltacjach, publicznie komentować, obgadywać, sarkać, prychać i zaśmiewać się do rozpuku.
Kiedy znika wrażliwość
Oczywiście, nic w tym nowego. Takie zjawiska występowały i przed epoką mediów społecznościowych. W formie nowoczesnej datują się co najmniej od czasów wynalezienia prasy, a już na pewno tabloidów. Ale każdy wytrawny historyk kultury wyśledziłby je także w starożytności (albo i wcześniej), bo się wywodzą wprost z naszej natury. Wiadomo: plotkowanie i sianie zamętu są tak stare jak sama ludzkość.
Niemniej, w dzisiejszych, wirtualnych realiach urastają do rozmiarów gargantuicznych. A na dodatek dzieje się to w towarzystwie nieustannego podkreślania, jak ważne są bezpieczeństwo i autonomia osoby, w towarzystwie całej tej hiperwrażliwości na najdrobniejsze, faktyczne i wymyślone, formy przemocy i opresji, obecne (albo i nie) w języku.
Cóż, nie po raz pierwszy się okazuje, że hiperwrażliwość, a nawet zwykła wrażliwość – o przyzwoitości już nie wspominając – znikają w jednej chwili, skoro tylko na horyzoncie pojawia się opcja pospolitego ruszenia, wzmożenia albo innej nagonki.
Osobną zaś zupełnie sprawą jest imponujący marketingowy potencjał, jaki można kosztem takich rzucanych na publiczny żer ludzi wygenerować. Doskonale zdają sobie z tego sprawę PR-owcy firmy Astronomer. Najpierw jej nowy dyrektor zarządzający opublikował w portalu X efektowne oświadczenie, potem zaś pojawiło się żartobliwe nagranie, w którym jako „rzeczniczka” firmy występuje… Gwyneth Paltrow, a więc była żona Chrisa Martina, wokalisty Coldplay (który ponoć nie dochowywał jej wierności). Tym sposobem szerzej nieznany start-up osiągnął naraz imponującą rozpoznawalność. Wprawdzie za cenę cudzej prywatności (i – zapewne – cierpienia), ale któż by się takimi drobnostkami przejmował.
Koszmar senny, nieprawdaż? No, może z tą tylko różnicą, że z koszmaru sennego można się jednak w końcu obudzić.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















