Wdobie brexitu powielanie klasycznych wzorów brytyjskiego „kina dziedzictwa” (heritage films) mogłoby mieć polityczną wymowę. Adaptacja powieści „Wykopaliska” Johna Prestona z 2007 r., wydanej niedawno także w Polsce, trzyma się pierwowzoru i próbuje nadać opowieści z przeszłości możliwie neutralny ton. Reżyser Simon Stone raz jeszcze przypomina autentyczną postać Basila Browna, skromnego archeologa samouka z hrabstwa Suffolk, który w przededniu II wojny światowej dokonał epokowego odkrycia, znanego jako skarb z Sutton Hoo.
Eleganckie widowisko uderza jednak w pewne tęsknoty za „dobrą starą Anglią” – otuloną w tweedy, zakochaną w swoich pejzażach, dumnie pielęgnującą własną przeszłość i jakże powściągliwą w poruszaniu drażliwych kwestii. Choć niekoniecznie zapatrzoną ślepo w tradycyjne hierarchie społeczne.
Już sukces książki przekonał, że istnieje zapotrzebowanie na tego typu historie. Oto grany przez Ralpha Fiennesa plebejski kopacz amator, człowiek bez szkół i dyplomów, zostaje najęty przez lady Edith Pretty (Carey Mulligan) do przekopania historycznych kopców znajdujących się na terenie jej posiadłości. Bezcenne znalezisko z „wieków ciemnych” staje się obiektem pożądania zarówno lokalnego muzeum w Ipswich, jak i Muzeum Brytyjskiego. Tymczasem prace wydobywcze i bukoliczne widoki raz po raz zostają zakłócone przez tnące niebo eskadry RAF-u.
Konflikt zbrojny z Hitlerem dosłownie wisi w powietrzu, przypisywane zaś Churchillowi słowa o konieczności ratowania kultury w obliczu wojny przybierają konkretny kształt. Dlatego bezzwłocznie trzeba się przekonać, czy głęboko pod ziemią nie drzemie skarb będący narodowym DNA. Trzeba ratować róże, zanim zapłoną lasy. W epizodzie nakręconym w Londynie 1939 roku oglądamy, jak z wielką pieczołowitością zabezpiecza się tam nie tylko życie ludzi, lecz również pomników – choć na szczęście akurat nie tych, które 80 lat później trzeba będzie zburzyć.
I widać gołym okiem, że twórcy filmu też wzięli sobie te legendarne słowa do serca, a stojący za kamerą australijski reżyser naoglądał się wcześniej brytyjskiego kina z lat 80. Podówczas to, na fali rządów Margaret Thatcher, „kino dziedzictwa” zaczęło święcić swoje największe triumfy, by przypomnieć tylko filmy Jamesa Ivory’ego. Niektóre kadry z „Wykopalisk” wyglądają bowiem dziwnie znajomo, wręcz ikonicznie: te wszystkie monumentalne ujęcia rezydencji, pocztówkowe obrazy surowej natury, skupienie na szczególe scenografii czy kostiumu, o rozlewnie „epickiej” muzyce nie wspominając. Jesteśmy w świecie spowitym nostalgiczną mgiełką.
Podczas gdy lekceważony przez profesjonalnych muzealników Basil przerzuca w zapale tony gleby, między ludźmi dzieją się rzeczy trochę tylko lżejszej wagi, jakkolwiek przedstawione z niemal wiktoriańską dyskrecją. W przypadku archeologa i podupadającej na zdrowiu dziedziczki melodramat jako gatunek filmowy nie miał szans się ziścić, choć temat dzielącej kochanków różnicy klasowej przewija się często w tego typu opowieściach. Żonatego Basila i przedwcześnie owdowiałą Edith połączyła co prawda nić porozumienia (mają wspólną pasję archeologiczną, obojgu też, z różnych powodów, odmówiono kiedyś dostępu do wyższej edukacji), a nawet pojawiła się damsko-męska sympatia, jednakże w tym przypadku nieubłaganie rządzą fakty. Dlatego Preston i za nim scenarzystka Moira Buffini prawem fikcji literackiej przenoszą wątek romansowy na zupełnie inną parę: młodą archeolożkę Peggy (Lily James) i kuzyna dziedziczki (Johnny Flynn), który dokumentuje wykopaliska w oczekiwaniu na mobilizację.
W tym miejscu ujawnia się „angielska” zachowawczość tej historii. Świeżo poślubiony mąż Peggy (gra go Ben Chaplin) zaniedbuje ją z powodu swego homoseksualizmu, lecz sprawa pozostaje ukryta nie tylko przed żoną i światem (co mogłoby być zrozumiałe, zwłaszcza w ówczesnych realiach Wielkiej Brytanii), ale również przed kamerą i skazanym na domysły widzem. Pod tym względem o ileż bardziej bezpośredni był „Maurice” Ivory’ego z 1987 roku…
Coraz częściej zresztą zauważa się, że kostium retro bywał w „kinie dziedzictwa” tamtego okresu nie tylko pociągającym, romantyzującym przeszłość fetyszem – czasem także przykrywką dla bardziej wywrotowych treści. Dzisiaj, z różnym skutkiem, kontynuują tę pracę niektóre seriale kostiumowe na czele z „Downton Abbey”.
W filmie Stone’a, traktującym wprost o anglosaskim dziedzictwie, z rozmysłem i konsekwencją rozpylany jest charakterystyczny lawendowo-naftalinowy zapaszek. Dla niektórych z pewnością będzie on miał swój urok – filmowego wykopaliska właśnie, a raczej wykopanego z przeszłości artefaktu, starannie oczyszczonego z ziemi i śniedzi. Gorzej z prawdziwymi emocjami: wyłaniający się z błota zarys statku-grobowca sprzed 1300 lat wzbudza znacznie mniejszy dreszczyk niż poboczny i zastępczy wątek miłości niemożliwej.
Wygląda na to, że twórcy próbowali rozmaitymi środkami tę opartą na faktach historię jakoś podnieść, dowartościować, zuniwersalizować. Chociażby zamieniając ją w solenny dyskurs o czasie, w którym trwanie zapisane w prastarych znaleziskach przeciwstawione zostaje powszechnemu rozpadowi i umieraniu. Film celebruje więc urodę zmierzchu, po którym nastanie zapewne całkiem inny dzień, a główni aktorzy, Mulligan zwłaszcza, przykładnie odgrywają tę schyłkową melancholię. Jeśli jednak ktoś oczekiwałby po „Wykopaliskach” głębszej „archeologii duszy” czy gruntownego przekopania panujących wówczas relacji społecznych, będzie musiał zadowolić się sentymentalną nutą i czysto estetyczną powierzchnią. Ale nawet jeśli to trochę mało, któż z nas nie zasłużył dziś na krótki odpoczynek w przeszłości. ©
WYKOPALISKA (The Dig) – reż. Simon Stone. Prod. Wielka Brytania 2021. Dostępny na Netfliksie.
CZYTAJ WIĘCEJ: RECENZJE FILMOWE ANITY PIOTROWSKIEJ >>>
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















