Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Upadek w nowoczesność

Upadek w nowoczesność

20.07.2010
Czyta się kilka minut
Rzeczywiste współodczuwanie z cierpiącymi musi prowadzić do samobójstwa, ponieważ zło tego świata przekracza siły pojedynczego człowieka.
S

Stworzył psychikę współczesną i połączył ją z sumieniem; nałożył na jednostkę konieczność stawiania największych pytań, ale wielkie odpowiedzi doprowadzał do kompromitujących finałów; zaraził wielkość wątpieniem, aby wątpienie zamienić w argument na rzecz wiary, a wiarę - w perwersję cierpienia.

Był ewangelicznym furiatem: jego proza wywołuje w nas zdolność współodczuwania z największym łajdakiem, jego biografia w wielu miejscach odstręcza. Popędliwy i napastliwy, histeryczny i egoistyczny, nierzadko okrutny i wiecznie pamiętliwy, nigdy nie wybaczał krzywd doznanych i urojonych. W jego pisaniu pełno jest śladów zemsty. Widać je w zjadliwych portretach, kompromitujących sytuacjach, pogardliwych nazwiskach. Ale pisząc, stwarzał świat niezależny i samodzielny, obdarzał postaci nie tyle cechami, co właściwościami ducha - wyrazistymi i sprzecznymi, więc miotającymi człowiekiem na wszystkie strony. Stawiając radykalne pytania, tworzył bohaterów, którzy formułują odpowiedź skrajną, by chwilę później wcielić ją w życie. Klęska, którą ponoszą, wynika z pychy, ale po lekturze tych powieści trudniej być dumnym z naszego braku wielkich porażek.

Niełatwo byłoby znaleźć taki problem naszych czasów, którego Dostojewski już nie postawił. Wolność, konsekwencje istnienia i nieistnienia Boga, poświęcenie jednostki na rzecz szczęścia ogółu, rewolucja jako zniesienie definicji człowieka... Można więc próbować zrozumieć dzisiejsze dylematy, podejmując ryzyko zrozumienia sensu tych powieści.

"Im więcej cnoty, tym więcej egoizmu"

Jak większość czytelników, układam sobie tę biografię dwudzielnie - przed katorgą i po niej. Ale pobyt na zesłaniu nie wyznacza cezury w twórczości. Być może skutki uwięzienia musiał Dostojewski długo poddawać przemyśleniom, przetrawiać i dopasowywać do życia na wolności, aby wreszcie przekształcić tamto doświadczenie w pytanie. To pytanie - i niekończąca się seria odpowiedzi zawartych w jego powieściach - podzieliło historię myśli europejskiej na dwie epoki. Przed Dostojewskim i po nim.

Zanim pisarz sformułował owo pytanie, przeżył cztery lata katorgi (1850-54). Trafił tam za udział w dyskusyjnym klubie reformistycznym. Uczestnicy spotkań zostali nazwani "pietraszewcami" - od nazwiska Michała Wasylewicza Butaszewicza-Pietraszewskiego, inicjatora i intelektualnego przywódcy - zaś ich idee były mieszaniną furieryzmu i oświeconego kapitalizmu. W samej postawie Pietraszewskiego - postaci jakby żywcem wyjętej z powieści Dostojewskiego - mieszało się błazeństwo i powaga. Ponieważ jednak obok idei jawnie absurdalnych pojawiały się w jego wypowiedziach treści obraźliwe pod adresem ważnych osób, co godziło w porządek społeczny, policja aresztowała wszystkich 123 członków klubu. Szesnastu z nich, w tym i Dostojewski, otrzymało wyrok śmierci. 22 grudnia 1849 r. skazańców postawiono przed plutonem egzekucyjnym, lecz wykonanie wyroku w ostatniej chwili wstrzymano. Na rozkaz cara, którego list odczytano, śmierć zamieniono na katorgę.

Nie od razu po powrocie z katorgi Dostojewski zmienia sposób pisania. Pierwsze utwory - czyli "Sioło Stiepanczykowo" (1859) oraz "Skrzywdzeni i poniżeni" (1860-1861) - należą do tej samej poetyki, którą pisarz wypracował wcześniej, w "Biednych ludziach" (1846). Centralnym pomysłem było tu ukazywanie postaci niewinnej, wokół której gromadzą się pomocnicy i nikczemnicy.

Ale powieść "Skrzywdzeni i poniżeni" - choć miejscami histeryczna i sentymentalna - wprowadzała wątki i problemy, które nie opuszczą Dostojewskiego już do końca. Zaliczyłbym do nich kwestię przebaczenia oraz wykład filozoficznych podstaw normalności.

Wątek wybaczenia sprawia, że dickensowski wzorzec wzięty do powieści uległ modyfikacji: intryga zacieśniająca się wokół trzynastoletniej Heleny-Nelly wciąga bohaterów, którzy muszą nie tylko stawić czoła złu, lecz także nawzajem sobie przebaczyć. I rzeczywiście - robią to prawie wszyscy. Jednakże ekonomię chrześcijańskiej moralności zakłóca mała bohaterka, która umiera "nieprzejednana", odmawiając absolucji własnemu ojcu. Nie to wydaje mi się ważne, że śmierć Nelly wyciska łzy z oczu czytelnika, lecz to, że Dostojewski po raz pierwszy skonstruował bohatera, w którego imieniu nikt nie ma prawa przebaczyć.

Winowajca - książę Wałkowski - to łajdak, jakich w XIX-wiecznych powieściach sporo. Rozpustny, kłamliwy, tchórzliwy, okrutny, chciwy… Ale dostrzec w nim można pewien rys sadyczny, wykraczający poza konwencję, odsłaniający się podczas rozmowy, jaką toczy z Iwanem (bohaterem noszącym cechy samego autora). Rozgrzany winem książę mówi, że natura - pozwalając żyć łajdakom długie lata - popiera rozpustne życie, że obce mu są wyrzuty sumienia, że alternatywą dla łajdactwa może być tylko samobójstwo i że egoizm jest najgłębszą motywacją zarówno ludzi złych, takich jak on, jak i altruistów, takich jak Iwan...

Scena ta jest niczym kłębek najbardziej drażliwych kwestii dla późniejszej twórczości. Co mieści się w tym kłębku? Twierdzenie, że natura jest amoralna, więc nie można powoływać się na nią i głosić "naturalnej miłości bliźniego". Natura popycha do egoizmu, więc altruiści - bezlitośnie i niezbyt finezyjnie wykpiwani przez księcia - zadają gwałt naturze, zmuszając samych siebie do naprawiania świata i do ratowania bliźnich. Ale - sugeruje książę - nawet gwałcąc własną naturę, i tak pozostają egoistami, ponieważ ich altruizm służy tak naprawdę wyższej przyjemności - rozkoszy dobrego samopoczucia, płynącego z niesienia pomocy skrzywdzonym. "Im cnota jest cnotliwsza, tym więcej ma w sobie egoizmu" - powiada Wałkowski, co znaczy, że kto pomaga bliźnim, ten w istocie pomaga przede wszystkim sobie, pracując na lepszą opinię, na spokojny sen czy na życie wieczne.

Rzeczywiste współodczuwanie z cierpiącymi musi prowadzić do samobójstwa, ponieważ zło tego świata przekracza siły pojedynczego człowieka. A skoro prawdziwy altruista nie powinien wyznaczać granicy między potrzebującymi już teraz a tymi, którzy mogą jeszcze poczekać, między bliższymi i dalszymi, to moralnie logiczną reakcją na własną bezsilność powinno być odebranie sobie życia.

Książę ośmiesza ideały oświeceniowe, naigrawa się z filozofii postępu, drwi ze wzniosłych koncepcji. Przy tym wszystkim jego przemowa nie daje się unieważnić prostym stwierdzeniem, że człowiek niemoralny podważa wiarygodność własnych słów. Książę jest antypatyczny, ale pozostaje wiarygodny - właśnie dlatego, że świadomie kompromituje sam siebie. Podejrzany jest zatem nie on, lecz altruiści i postępowcy. W ten sposób monolog księcia ustanawia zasadę sprawdzeń: od tej pory wzniosłe idee będą musiały przejść test na nieobecność egoizmu, zaś najgorsze świństwa i największe łajdactwa trzeba będzie doliczać do obrazu człowieczeństwa.

Mówiąc inaczej: dopóki Dostojewski ujmował się w swoich dziełach za "biednymi ludźmi", sprawa wydawała się dość jasna. Opowieść miała wzbudzać współczucie. Ale książę Wałkowski rzuca na oświeceniowe braterstwo podejrzenie o egoizm, swoją podłość zaś stawia przed ideą braterstwa niczym wyzwanie. Określanie warunków poprawy świata musi odtąd uwzględnić nie tylko poniżonych, lecz także poniżających. Definiowanie człowieczeństwa nie może już ograniczać się do koncepcji naturalnego dobra tłumionego przez zły ustrój społeczny, musi natomiast uwzględnić podłość, łajdactwo i nikczemność jako cechę ludzką niezależną od uwarunkowań społecznych. Człowiek jest zły nie dlatego, że takim czynią go okoliczności, lecz dlatego, że tak chce. Jeśli wolna wola istnieje - wolna wola objawiająca się w bezinteresownym złu - społeczeństwo jest niemożliwe.

Ludzie podziemia

Znaczenie "Skrzywdzonych i poniżonych" polegało więc raczej na wynalezieniu metody podważania wartości wszystkich wartości niż na ponowieniu wiary w sens wybaczenia i altruizmu.

Odtąd Dostojewski będzie przydzielał najostrzejsze zarzuty postaciom w najlepszym razie - dwuznacznym, w najgorszym - nikczemnym. Dzięki temu osiągnie rezultat dekomponujący wszelką pewność: nikt nie jest w jego powieściach pozbawiony racji w zupełności, ale też nikt w zupełności jej nie posiada. Dlatego musimy wysłuchać szaleńców i łajdaków równie uważnie, jak mądrych i szlachetnych, tych drugich zaś potraktować bardziej podejrzliwie niż pierwszych.

Scena rozmowy z księciem podważała zaufanie do społecznej normalności. I właśnie to - jak zauważa Lew Szestow w rozprawie "Dostojewski i Nietzsche. Filozofia tragedii" z 1903 r. - okazało się prawdziwym bagażem zabranym przez Dostojewskiego z więzienia. Jeszcze we "Wspomnieniach z domu umarłych" (1860-1861) fikcyjny więzień, będący narratorem zapisków, snuł plany: "Myślałem, postanawiałem, przysięgałem sobie, że w moim przyszłym życiu nie będzie już ani tych błędów, ani tych upadków, jakie były przedtem. Nakreśliłem sobie program całej przyszłości i postanowiłem trzymać się go niezłomnie". Ale spełnienie programu okazało się niemożliwe, ponieważ rozpadał się sam rdzeń życia dobrego, bez błędów i upadków.

Pierwsze pęknięcia dostrzec można było w różnych miejscach. Na przykład w portrecie Nataszy, bohaterki "Skrzywdzonych i poniżonych", która nieustannym wybaczaniem usiłuje ocalić swój związek z ukochanym. Moralna egzaltacja Nataszy pokazuje, że zwykłe życie można zachować tylko za cenę przesady, która skutecznie rozsadza ramy normalności.

Jeszcze silniejszym podważeniem wiary w możliwość zbudowania zwykłego życia jest wspomniana wcześniej rozmowa z księciem. W samych "Wspomnieniach z domu umarłych" - wspaniałym reportażu powieściowym - także znaleźć można taką rysę. Szestow chciał ją widzieć w pogardzie, jaką prości więźniowie okazywali bezużytecznym panom, pogardzie, która rozrywała iluzje solidaryzmu i która przez całe późniejsze życie nakazywała Dostojewskiemu podejrzewać, że jego wolność ma w sobie coś z niewoli.

Ale równie istotne wydaje się spostrzeżenie poczynione przez narratora wspomnień, który z fascynacją opowiada o desperatach. Desperat, popełniwszy pierwsze morderstwo, najczęściej z powodu nadmiernego ucisku, popada w swoisty trans mordowania: "Jakby po przekroczeniu raz obowiązującej go przedtem granicy zaczął się lubować w tym, że teraz nie ma dlań nic świętego; jak gdyby coś go kusiło, żeby przekreślić od razu wszelkie prawo i władzę, nasycić się najbardziej wyuzdaną i wybujałą samowolą, nasycić się zamieraniem serca od tej grozy, której w żaden sposób nie można przecie nie czuć w sobie".

Natasza uosabiała rozkosz cierpienia, morderca reprezentuje rozkosz zadawania cierpień. Natasza, przebaczając, przeżywała rozkosz wznoszenia się ponad siebie, morderca doświadcza rozkoszy własnego upadku. Istnieją zatem podziemne uczucia, których nie da się włączyć w logikę moralnej naprawy świata. Rozerwą one na strzępy każdy plan dobrego życia. Dopuszczone do głosu, ośmieszą każdy pomysł budowania więzi społecznych w oparciu o naturalne dobro czy racjonalność. Pochwała normalności i pozytywności okazuje się nieskuteczna, ponieważ definicja człowieka tkwiąca u podstaw retoryki poprawy nie obejmuje ludzkich mroków.

Wraz z tym przekonaniem do twórczości Dostojewskiego wkracza zupełnie nowy bohater, który kwestionuje wartość normalnego życia i wartość wszystkich wartości. Dla bohatera tego nie istnieje wzorzec życia, do którego można by wrócić. Ale nie istnieje też dobra podpowiedź podsuwana przez minioną bądź aktualną filozofię. Bohater taki wyprowadza się zatem ze społeczeństwa.

Doświadczenie odpadnięcia od rzeczywistości po raz pierwszy zostało wypowiedziane w "Notatkach z podziemia" (1864) - najbardziej w moim odczuciu zdradliwym arcydziele w całym dorobku Dostojewskiego. Narrator powiastki - w trybie na poły błazeńskim, na poły rozpaczliwym - przedstawia swoje życie jako egzystencję przez niego samego pozbawioną znaczenia. Bohater zrezygnował z pracy, wypisał się z życia społecznego, odtrącił kobietę gotową go pokochać. Podziemie, w którym żyje, powinno więc jawić się jako świat gorszy w zestawieniu z nadziemiem. Problem polega na tym, że człowiek podziemia odmawia polepszenia swojego bytu. To wystarczy, by ośmieszyć różne odmiany racjonalności.

Logika racjonalności doczesnej mówi, że miarą wartości dobra jednostkowego jest pożytek ogółu. W myśl tej zasady moralność funkcjonuje nie tylko jako konieczny hamulec naturalnych egoizmów, który powstrzymuje każdego z nas przed nadmierną ekspansją, lecz także jako stempel wartości, który poświadcza, że nawet drobne działanie powiększyć może szczęście wszystkich. Z kolei racjonalność transcendentalna przenosi rachunek do świata pozaziemskiego, wskazując na możliwość osiągnięcia lepszego życia po śmierci w nagrodę za dobro czynione na ziemi. Obie koncepcje zakładają jednak, że człowiek, mając do wyboru lepszą i gorszą egzystencję, zrobi wiele, by osiągnąć lepszą, i wszystko, by uniknąć gorszej.

Tymczasem człowiek podziemia odpowiada: "A może nie?". Może ludzie nie są istotami racjonalnymi? Człowiek dąży do rozmaitych celów, ale ich osiąganie mniej go interesuje niż sama droga. Niszczy to, co stworzył, rezygnując z pożytku. "Słowem, człowiek jest skonstruowany komicznie". A w tym komizmie mieści się zarówno zwykła nieracjonalność, jak i rys autodestrukcyjny. Bo "może człowiek pożąda nie tylko błogostanu? Może równie mocno nęci go cierpienie? Może z cierpienia właśnie odnosi tyle samo korzyści, co z błogostanu? A człowiek niekiedy namiętnie gustuje w cierpieniu, to fakt". Gustuje w cierpieniu, bo bez niego nie może siebie poznać, choć zarazem poznanie to wymaga wyborów przeciw logice życia: "jestem pewien, że człowiek nigdy się nie wyrzeknie prawdziwego cierpienia, zniszczenia i chaosu".

Człowiek podziemia jest zatem odporny na idee głoszone przez ludzi "dotkniętych postępem i europejską cywilizacją" - na ideologie szczęścia czy utylitaryzmu. Równie obojętnie zareaguje jednak na perswazję Nataszy ze "Skrzywdzonych..." czy Soni ze "Zbrodni i kary" - odwołujących się do wybaczenia. Odmawia zgody na spójną definicję człowieka i wybiera niekonsekwencję: "Obstaję… przy swoim kaprysie i przy tym, żeby mi był zagwarantowany, gdy zajdzie potrzeba".

"Notatki z podziemia" można potraktować jako powiastkę o człowieku, który celowo zmarnował swoje życie, by wykpić społeczne iluzje dobra wspólnego. Z tej opowieści wyłania się bohater, który wie, że istnieje racjonalność, ale postępuje nieracjonalnie, który zna definicję cnoty, lecz - wbrew mniemaniu Sokratesa - czyni zło, który wie, że wszelkie umowy społeczne podszyte są egoizmem… Człowiek, który wykrzykuje: "Ach, za to, żeby mi nie przeszkadzano, gotów jestem cały świat sprzedać za kopiejkę. Czy świat ma zginąć, czy też, ot, ja mam napić się herbaty? Odpowiem: niech ginie świat, bylebym tylko zawsze pił sobie herbatę". Człowiekowi podziemia bliższy jest własny moralny rozkład niż los świata. Nie chce, podobnie jak późniejszy o sto lat mecenas Clemanceau, szansy na zmianę, ponieważ znalazł rozkosz w upadku…

Podziemie człowieczeństwa to punkt rozstajny antropologii Dostojewskiego.

Robaczy świat Dostojewskiego

"Notatki..." wydają mi się ukrytą matrycą jego późniejszej twórczości. Podstawą owej matrycy jest odkrycie, że w środku człowieka najwięcej miejsca zajmuje treść robaczywa.

Materia owa jest resztką po złudzeniach wielkiego humanizmu, który - od Sokratesa po Kanta - mówił, że człowieka określa dążenie do nieśmiertelnych idei, bądź że idee te jako warunki poznania są nam wrodzone. Ale dla człowieka podziemia nic, co racjonalne, nie jest dostatecznie ludzkie. Jego własna kondycja toczy się bowiem poniżej robaka: "Pragnę teraz państwu opowiedzieć (...) dlaczego nie potrafiłem stać się nawet nędznym robakiem. Wyznam wam uroczyście, iż nieraz pragnąłem stać się nędznym robakiem. Ale nawet tego zaszczytu nie doznałem". Na tym właśnie polega robaczywa kondycja, że z jej perspektywy fatalny przypadek Gregora Samsy byłby wyróżnieniem - przemiana w robaka oznaczałaby bowiem możliwość uwolnienia się od samego siebie.

Niemal wszyscy późniejsi bohaterowie Dostojewskiego stają przed tym samym dylematem: czym zapełnić dziurę ziejącą w środku "ludzkiego", dziurę wypełnioną robaczywą treścią? Stosunek do człowieczeństwa jako materii odrażającej prowadzi do pojawienie się dwóch grup postaci.

Jedni, po przejściu przez podziemie, a więc po zakwestionowaniu wartości normalnego życia, oddają się celowej autodestrukcji. Na oczach innych, zwłaszcza w obecności osób bliskich i kochających, w teatralnym stylu kompromitują samych siebie, czerpiąc z tego jakąś upokarzającą przyjemność. Zaczyna ten szereg bohater "Notatek z podziemia", do którego dołączają później Marmieładow ze "Zbrodni i kary", Stawrogin z "Biesów", ojciec z "Braci Karamazow", nałogowy hazardzista z "Gracza"… Każdy z nich powtarza w pewnym momencie to samo: "dochodziło do tego, żem doznawał jakiejś ukrytej, nienormalnej, podławej uciechy, kiedy czasem w szczególnie obrzydliwą petersburską noc wracałem do swojego kąta, zdając sobie dobrze sprawę, że i dziś znowu popełniłem świństwo, że tego, co się stało, żadną miarą się nie odrobi (...) ową rozkosz wywoływała właśnie zbyt dokładna świadomość własnego poniżenia; poczucie, że dotarło się aż do ostatniej ściany; że, owszem, to paskudne, ale inaczej być nie może" ("Notatki...").

Wspólne ludziom podziemia jest więc to, że chcą pozostać tam, gdzie są - blisko swojej obrzydliwości, gdzie ogrzewa ich własny rozkład i uwzniośla poczucie "pogrążania się w nicość" ("Gracz"). Popełniają każdą haniebną rzecz, jaka przyjdzie im do głowy, toteż sądzą, że przeszłość nie podlega prawu wybaczenia. A ponieważ wybaczenie nie może ich objąć, więc niemożliwa wydaje im się także przemiana - "gdyż właściwie może nawet nie ma w co się przeistaczać" ("Notatki...").

Naprzeciw bohaterów, którzy nie chcą oddzielić się od swojej robaczywości, sytuuje się drugi szereg - Raskolnikow, Szatow, Kiryłłow, Iwan Karamazow. Wszyscy oni rozumieją swoje działania jako procesy oczyszczające - odniesione do naszej robaczywości.

Raskolnikow, pierwszy w tym szeregu, uważa, że dopóki istnieje niesprawiedliwość społeczna, dopóty każdy, kto natychmiast nie występuje przeciw niej, jest robakiem. Zabija więc, decydując się poświęcić, jak mówi podsłuchiwany w knajpie oficer, "nie więcej niźli życie wszy, karalucha, a może nawet mniej" ("Zbrodnia i kara"). Zabić mniej niż wesz to właśnie ustanowić na nowo własne człowieczeństwo - wolne od moralnej nikczemności.

Raskolnikow nie chciał przecież zabić konkretnego człowieka. Pragnął dokonać mordu założycielskiego - chciał zabić starą zasadę, mówiącą o życiu ludzkim jako wartości nienaruszalnej. Przekroczenie zakazu zabijania powinno wręczyć ludziom wolność, tak, aby wiedzieli, że mają prawo zabijać, jeśli w ten sposób można zapobiec cierpieniu niewinnych. Raskolnikow chciał też poprzez zbrodnię sam narodzić się jako nowy człowiek - jako ktoś, kto nie rozpamiętuje, nie pyta, nie drąży, lecz po prostu działa, obdarzony sam przez siebie nieskończoną wolnością. Ale odkrywa, że choć zasadę zabił, to przecież jej "nie przekroczył". Pragnął zabić autorytet, znieść stare uzasadnienia, ale po zabójstwie nadal szuka usprawiedliwień. Dlatego z okrutną szczerością mówi do siebie: "Et, estetyczna wesz ze mnie i basta!"; "sam jestem może haniebniejszy i plugawszy niż zabita wesz". Próba uwolnienia się od robaczywej treści zaczynała się od przypisania statusu robaka innemu człowiekowi, czyli lichwiarce, "wszy ludzkiej", kończy zaś na odnalezieniu robaka w sobie. Spojrzeniu na siebie jako robaka.

Raskolnikow, choć zbrodniarz, był przecież zdolny do wielkoduszności i bezinteresowności. Ofiarom niewiele z tego przyszło, ale warto odróżnić go w ten sposób od następnych w szeregu, czyli "biesów". Są oni bękartami Raskolnikowa, ponieważ ani nie mają zamiaru szafować własnym życiem, ani też nie wierzą w możliwość powszechnej przemiany antropologicznej. Wierzą w to, że można doprowadzić do implozji struktury społecznej poprzez wydobycie robaczywości ludzkiej na powierzchnię. Upowszechnienie i uprawomocnienie chaosu, skandalu i rozwiązłości sprawi, że całe społeczeństwo zamieni się w "ludzi podziemia" - obrzydliwców zawstydzonych swoją demoralizacją i rozlubowanych w niej. Nad takim społeczeństwem zapanują "czyści" - tacy jak Szygalew - oddzieleni od robaczywej reszty własną świadomością.

Oznacza to, że dla "biesów", przeciwnie niż dla Raskolnikowa, robaczywość społeczna jest warunkiem przeprowadzenia rewolucji. Ale warunkiem wolności własnej jest uwolnienie się od Boga jako świadka ludzkiej robaczywości. Szerzej ujmując: dopóki istnieją stare zasady - Bóg, autorytet tradycji, świętość władzy, szacunek - dopóty człowieka można definiować tylko poprzez brak. Brak wolnej woli, brak boskości, brak autonomii, brak wolności. Bez tych atrybutów można być tylko "rojem much w szklance" ("Biesy"), zaś zdobyć te atrybuty można poprzez ujarzmienie człowieka robaczywego.

Tak właśnie rozumuje Kiriłłow. Doszedł on do wniosku, że Bóg to tyle, co ludzki strach przed śmiercią. Kto więc zdoła odebrać sobie życie bez powodu, ten przezwycięży strach , odbierze bogu monopol na wolną wolę i sam stanie się bogiem. Jednak śmierć Kiriłłowa, na przekór jego słowom, rozgrywa się "poniżej", a nie "powyżej ludzkiego", skoro tuż przed samobójstwem rzuca się "ze zwierzęca wściekłością" na Piotra Wierchowieńskiego i, jak pies, gryzie go w rękę ("Biesy").

Śmierć Kiriłłowa podsumowuje poszukiwania nowego człowieka. Wszystko rozgrywa się wokół rozpoznania tego, co nieludzkie w człowieku. Jedni - od narratora "Notatek z podziemia" aż do starego Karamazowa - zanurzają się w robaczywość, znajdując w niej nikczemną rozkosz; drudzy - od Raskolnikowa po "biesy" - próbują ustanowić nowe człowieczeństwo poprzez mord założycielski na człowieku robaczywym.

"Próbne twory, stworzone ku szyderstwu"

Oczywiście - istnieje trzecia ścieżka. Dla Dostojewskiego - jedyna.

Nie omija ona - czego można by się obawiać - doświadczenia podziemnego, czyli odkrycia, że człowiek jest istotą ruchomą, zmienną, płynną, hybrydyczną, niespójną, istotą, w której ludzkie składa się wyłącznie z nieludzkiego. Dostojewski, szukając rozpaczliwie innego rozwiązania, zachowywał wyjściowe rozpoznanie. Widać to w podobieństwie sformułowań padających z krańcowych pozycji.

Oto Wielki Inkwizytor z poematu Iwana Karamazowa pogardliwie mówi o ludziach: "nie wykończone, próbne twory, stworzone ku szyderstwu". Podobnie myśli - wyciągając z tego zupełnie inne wnioski - Raskolnikow. Stawia on sobie pytanie, czy człowiek jest podły. Jeżeli jest, jeżeli do wszystkiego przywyka, wszystko zaakceptuje, tedy ma w sobie cechę stałą, która unieważnia wszelkie wysiłki naprawcze. Nie ma sensu poświęcać się dla ludzi, których nic nie zmieni. Jeśli jednak "człowiek nie jest podły… w znaczeniu ogólnym, w znaczeniu całego rodzaju ludzkiego… w takim razie cała reszta - to zabobony, wymyślone strachy, i nie istnieją żadne nieprzekraczalne granice, i nie powinny istnieć!" ("Zbrodnia i kara"). Można by uznać, że obaj - Inkwizytor i student-morderca - chcą wierzyć w niegotowość człowieka, ponieważ to pozwala im wprowadzić w życie plan "przekraczania granic", czyli ugniatania człowieka, modelowania społeczeństwa. Tymczasem tożsame stwierdzenie znaleźć można w "Dzienniku pisarza", gdzie Dostojewski stwierdza: "W ciągu całego życia człowiek nie tyle jest, ile stwarza siebie".

Co począć zatem z człowiekiem, który - jak Stawrogin - mogąc być wszystkim, postanawia być nikim? Jak powstrzymać następców Raskolnikowa, którzy wskazując na niepodważalną prawdę ludzkiego cierpienia, chcą dokonać skoku w nową historię? Dostojewski patrzył na wiek XIX jako sytuację upadku człowieka w nowoczesność: mieszkańcy tego stulecia nie mogą oprzeć swojego życia na starych wzorcach - racjonalności, umiarkowanego postępu, utylitaryzmu - te bowiem skompromitowały się w obliczu cierpienia aktualnego. Nie mogą też jednak wymyślić całkowicie nowej przyszłości, ponieważ realizacja idei utopijnych wymaga zabicia starego człowieka.

Z tej sytuacji upadku wszelkich wartości Dostojewski widzi wyjście poprzez miłość, której głównym atrybutem uczynił wybaczenie. Wraz z tą postawą pojawia się trzeci krąg bohaterów - Natasza ze "Skrzywdzonych i poniżonych", Sonia ze "Zbrodni i kary", Zosima z "Braci Karamazow", ojciec Tichon z "Biesów", książę Myszkin z "Idioty"…

Odłożę na bok - na inną okazję - oczywiste podejrzenie genderowe, które nakazuje stwierdzić, że przedmiot wybaczenia zasadniczo lokuje się u Dostojewskiego w świecie męskim, w świecie zbyt ciasnych więzi homospołecznych. Obarczeni poczuciem odpowiedzialności za wszystko, przebywający wiecznie w swoim towarzystwie mężczyźni, brną w błoto upodlenia bądź w szaleństwo rewolucji, by na samym końcu zyskać szansę wybaczenia ze strony nie-męskiej. To dlatego do uwięzionych w swoim życiu mężczyzn przybywa kobieta, dziecko bądź mnich, przynosząc nadzieję moralnego odnowienia.

Ważniejsze wydaje mi się, że Dostojewski, od samego niemal początku przywiązany do idei wybaczenia, wprowadził do niej istotną modyfikację. Kiedy konstruuje pierwszą z całego szeregu "niosących wybaczenie", czyli Nataszę, naznacza jej postępowanie dziwnym nadmiarem. W rezultacie trudno powiedzieć, czy w jej postawie przejawia się miłość, czy perwersja wybaczania: "ta cudowna istota [stwierdza narrator] czuła jakąś bezgraniczną rozkosz w przebaczaniu i litości; jak gdyby w samym procesie przebaczania Aloszy można było odnaleźć osobliwą, subtelną rozkosz" ("Skrzywdzeni i poniżeni"). Znaczy to, że Natasza staje się symetrycznym dopełnieniem bohatera "Notatek z podziemia", który czerpie rozkosz, wyobrażając sobie niewybaczalność własnej egzystencji. Po jednej stronie rozkosz wybaczania, po drugiej rozkosz rozpaczy.

Wydaje mi się, że właśnie ten perwersyjny układ jest największym powieściowym - a więc estetycznym - wynalazkiem Dostojewskiego. Zmiana zaś, która następuje w dramatyzowaniu owego splotu, polegała na stopniowym usuwaniu rozkoszy z aktu wybaczenia. Usuwając z chrześcijaństwa perwersyjny jego aspekt, stwarza Dostojewski postaci, które zamiast wybaczać popędliwie i pośpiesznie, traktują akt wybaczenia jako akt poznania. W ten sposób naprzeciw siebie pisarz usytuował człowieka rozpaczy, gotowego do pełnej ekspresji, i człowieka wybaczającego, pełnego poznawczej i moralnej pokory.

Nieporównywalna z niczym rozległość światopoglądowa tej twórczości bierze się stąd, że Dostojewski stwarzał bohaterów reprezentujących wszystkie postawy życiowe i ideowe XIX wieku - bez dzielenia na dobrych i złych, bez segregowania na głupich i mądrych. Wchłaniał w ten sposób, obdzielając wszystkich równym prawem ekspresji, nowoczesność we wczesnej fazie rozpędu. Wchłaniał ze wszystkimi jej gniewami, szaleństwami i utopijnymi pomysłami na radykalną poprawę sytuacji, z ideami bezsilnymi i ideami opartymi wyłącznie na sile, z demoralizującą kapitulacją i rewolucyjnym okrucieństwem, z nihilizmem bezbożności i idiotyzmem pobożności. Wchłaniał to wszystko w wersji wyostrzonej, nieodwracalnej, spotworniałej, aby odsłonić powagę i dramatyzm wybaczenia. Największym wyzwaniem dla wybaczenia jest jednak nie największy grzesznik, lecz ten, kto wybaczenia nie chce - kto, jak Stawrogin, mówi: "Nikt mi nie jest potrzebny, sam sobie dam radę" ("Biesy"). Dlatego do Raskolnikowa przybywa Sonia, dlatego Zosima klęka przed Dymitrem Karamazowem, dlatego ojciec Tichon prosi Stawrogina o przebaczenie… Szaleństwo wybaczenia, jego irracjonalność, odpowiada tu nie ogromowi zła, lecz brakowi nadziei.

W tym właśnie ośmieliłbym się widzieć nieprzedawniony aspekt dziedzictwa Dostojewskiego - w dopuszczeniu do głosu XIX-wiecznych treści nieludzkich jako najważniejszych sensów człowieczeństwa, w ukazaniu chrześcijaństwa zstępującego w owo nieludzkie i w przekształceniu tej konfrontacji w powieść.

Sądzić, że tylko poprzez powieść można wyrazić dzisiejszy związek duchowości z tym, co nieludzkie - to chyba właśnie znaczyłoby podejmować owo dziedzictwo.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]