Reklama

Trzy historie

Trzy historie

08.07.2009
Czyta się kilka minut
Arkadiusz Piotrowski, 32 lata
M

Minęło 13 lat, odkąd przyjechałem do Warszawy z jednym plecakiem. Teraz myślę, że od zawsze była we mnie chęć bycia liderem i działania na rzecz grupy. Nie wstydzę się tego, choć w Polsce takie stwierdzenie budzi podejrzenie o pychę.

Przepraszam, teraz mamy trochę kocioł, jesteśmy w trakcie adopcji trzeciego dziecka i nie wiadomo, w co ręce włożyć, tempo w Warszawie i bez tego jest duże. Natalia ma roczek, jest u nas już kilka miesięcy i pięknie się rozwija. Formalności w sądach trwają długo, a to nie służy dzieciom. Ale mam nadzieję, że wkrótce wszystko się rozstrzygnie, trochę odetchniemy.

Pochodzę z Ełku, to 60-tysięczne miasto na północnym wschodzie, 300 km pociągiem; niby daleko, ale jeśli policzyć, ile osób z mojej klasy maturalnej tu wylądowało, to okaże się, że 30 proc. Przyjechałem do Warszawy w 1996 roku studiować marketing i zarządzanie na Uniwersytecie Warszawskim, potem doszła jeszcze równolegle politologia, specjalizacja: administracja publiczna. Na Wydziale Zarządzania UW mam otwarty przewód doktorski, chciałbym napisać pracę o organizacji i efektywności usług komunalnych w Polsce. Po studiach zacząłem pracę w Ministerstwie Skarbu, gdzie po czterech latach zostałem naczelnikiem Wydziału Analiz Przedprywatyzacyjnych, pracowałem też jako członek rad nadzorczych w spółkach Skarbu Państwa, m.in. w Kopalni Węgla Brunatnego "Bełchatów" i Uzdrowisku Lądek-Długopole. Obecnie pracuję w Urzędzie Marszałkowskim, gdzie m.in. zajmuję się projektem "Mazowiecka Agencja Energetyczna".

Teraz sobie myślę, że od zawsze była we mnie chęć bycia liderem i działania na rzecz grupy. Nie wstydzę się tego, choć w Polsce takie stwierdzenie budzi podejrzenie o pychę. W szkole byłem gospodarzem klasy albo skarbnikiem. Przed wyjazdem z Ełku angażowałem się w działalność swojej parafii jako ministrant. Na studiach działałem w samorządzie, reprezentowałem doktorantów w Senacie UW. Gdy kupiliśmy już z żoną mieszkanie w centrum Rembertowa, skierowałem swoją aktywność na rzecz wspólnoty mieszkaniowej, bo doszedłem do wniosku, że dzięki temu uzyskam wpływ na kształt naszego osiedla. Wkrótce zostałem wybrany do zarządu wspólnoty. Jeden z naszych sukcesów to wygrany proces z deweloperem, który musiał oddać nam ponad milion złotych za wady i usterki. Jestem dumny, że nasze osiedle jest postrzegane jako wizytówka Rembertowa: porządek, czystość, ładna zieleń.

Potem skrzyknęliśmy się większa grupą z podobnie myślącymi osobami i zaangażowaliśmy się w radzie osiedla, w której wkrótce zostałem przewodniczącym. Następnie założyliśmy Stowarzyszenie "Lepszy Rembertów" i w wyborach samorządowych zdobyliśmy 3 mandaty na 21 miejsc, wszedłem do Rady Dzielnicy. Pracy jest mnóstwo, interesuję się gospodarką komunalną i organizacją usług publicznych, i widzę, jak źle zorganizowany jest Rembertów: brakuje planów zagospodarowania przestrzennego, za rozwojem nowych osiedli nie nadąża sieć komunikacyjna. Oprócz kościoła i peronu kolejki miejskiej nie ma tu właściwie przestrzeni publicznej. Pojawiają się pomysły zupełnie nieprzemyślane: choćby taki, żeby wybudować plac zabaw pomiędzy trasą kolejową a jedną z najbardziej zatłoczonych ulic Rembertowa - trudno o gorszą lokalizację.

Minęło 13 lat, odkąd przyjechałem do Warszawy z jednym plecakiem. To dużo czasu, ale w Rembertowie jestem traktowany przez wielu jako obcy i tak już pewnie pozostanie, głównie dlatego że pojawiłem się znikąd i szybko osiągnąłem sukces. Mówią, że mam wysoko postawionego ojca, że przywieźli mnie tu w teczce, że za łapówki zmieniłem już trzecie auto, że za bardzo podskakuję, chociaż mieszkam tu ledwie chwilę. Przyczyna jest inna: Rembertów zarządzany jest w niedobry sposób. Nie ma polityki jawności urzędniczej, cały czas dominuje przekonanie, że urzędnik, nawet szczebla lokalnego, to władca, który ma prawo do ukrywania ważnych dla obywateli informacji. Pytania do kandydatów na burmistrza o priorytetowe działania, o rodzaj lokalnego exposé, wywołują popłoch. To się musi zmienić.

Przyjaźnie? Nie ma na nie zbyt wiele czasu. Są spotkania nieoficjalne, dużo nieoficjalnych spotkań z osobami, z którymi wspólnie tutaj działam. Ale prawdziwe przyjaźnie utrzymuję z ludźmi, których poznałem jeszcze w szkole średniej. Nie poznałem przez te 13 lat warszawiaka, o którym z pełnym przekonaniem mógłbym powiedzieć: tak to mój prawdziwy przyjaciel. Moja żona podobnie - ona również pochodzi spoza stolicy i przyjaźni się z dziewczynami spoza Warszawy.

Do rodzinnego miasta wracam rzadko, za mało czasu, choć autem to 3 godziny drogi. Ale utrzymuję kilka kontaktów, z przyjaciółmi i z lokalnymi samorządowcami, bo interesuje mnie, jak rozwijać się będzie ełcka infrastruktura. Większość mojego życia przed wyjazdem z Ełku spędziłem na dużym osiedlu, teraz za każdym razem, jak tam jestem, myślę, że gdybym został, blisko rodziców, w swojskim klimacie, byłoby mi łatwiej przechodzić poszczególne etapy rozwoju. Od nikogo nie usłyszałbym, że jestem obcy. Ale z drugiej strony, nie miałbym takich perspektyw, jakie daje Warszawa. Czuję, że to większe wyzwanie. Teraz jestem radnym w Rembertowie, ale chciałbym iść wyżej, szczebel po szczeblu zrobić karierę w samorządzie. I jestem przekonany, że to możliwe.

No i zastanawiamy się z żoną, czy nie adoptować siostry Natalii, która jeszcze przebywa w domu dziecka. Nasi adopcyjni synowie to rodzeństwo, więc dobrze byłoby, gdyby nasza córka też miała biologiczną siostrę przy sobie.

Beata Bronakowska-Sanak, 37 lat

Dla mnie to wielki sukces, że para młodych ludzi, która przyjeżdża do obcego miasta z dwoma walizkami, po 11 latach ma własne mieszkanie, spłacony kredyt, piękne dziecko i dobrą sytuację finansową. Mamy oboje poczucie, że Warszawa jest miastem wielkiej szansy.

Trafiłam tu 11 lat temu. Z rodzinnego Augustowa pojechałam na studia do Krakowa. Bo Kraków oznaczał teatry i kina, kabarety i artystów, znanych ludzi, średniowiecze i Uniwersytet Jagielloński. Tak rzeczywiście było, ale kłopoty zaczęły się, kiedy skończyłam studia. To była połowa lat 90., ani ja, ani mój mąż, również spoza Krakowa, nie mogliśmy się odnaleźć na tamtejszym rynku pracy. Poczuliśmy, że miasto jest hermetyczne. Postanowiliśmy więc spróbować w Warszawie. Dla mnie decyzja była tym łatwiejsza, że ze stolicy mam bliżej do Augustowa, do jezior, do wody. I okazało się, że trafiliśmy w dziesiątkę. Mąż został przyjęty do międzynarodowej kancelarii prawnej, ja znalazłam pracę w Związku Polskich Artystów Plastyków i zaczęłam studia genderowe, które w Polsce były wówczas absolutną nowością.

Zamieszkaliśmy na Grochowie, niedaleko ronda Wiatraczna. Jeśli ktoś zna Warszawę, może zapytać, co to za sukces, po prostu pracować i mieszkać w dzielnicy o średniej reputacji. Odpowiadam: dla mnie to sukces, że para młodych ludzi, która przyjeżdża do obcego miasta z dwoma walizkami, po 11 latach ma własne mieszkanie, spłacony kredyt, piękne dziecko i dobrą sytuację finansową. Mamy oboje od tych 11 lat poczucie, że Warszawa jest miastem wielkiej szansy, że jest przyjazna dla obcych. Zresztą trudno, żeby było inaczej, skoro budują ją nietutejsi. W firmie męża blisko 90 proc. pracowników pochodzi spoza stolicy. Pociąga nas ten rozmach, trochę jak Rastignaca z "Ojca Goriot", który stając u bram wielkiego Paryża, mówił: "No, teraz się spróbujemy".

Jest taka opinia o stolicy, że to miasto bez duszy. Uważam, że wręcz przeciwnie: Warszawa jest miastem z ducha romantycznym. Przez swoją historię, przez Łazienki, w których ciągle grają Szopena, przez Stawisko, Podkowę Leśną i Konstancin, przez historię najnowszą, która ciągle jest tu obecna w powietrzu. Ostatnio odkrywamy z mężem warszawskie cmentarze, piękne i tajemnicze. Znajomych, którzy nas odwiedzają, wozimy do klubów na Ząbkowską, jest tam przyjemny klimat.

Pytanie o warszawskie przyjaźnie jest pytaniem trudnym. Tak się potoczyło, że większość naszych najbliższych przyjaciół rozjechała się po świecie. Na studiach gender poznałam kilka interesujących postaci, z którymi utrzymuję kontakty, ale nie wiem, czy można nazwać je przyjaźnią. Mąż podobnie.

Czy kiedykolwiek zastanawiałam się nad powrotem do Augustowa? Owszem, było rozdarcie, ale też poczucie, że ze swoim wykształceniem polonistycznym nie miałabym zbyt wiele do roboty. Ja po prostu lubię swoje nowe miasto, a jednocześnie jestem dumna z tego, jak rozwinęło się moje miasto rodzinne. Czasem zastanawiam się, jak mogłabym pomóc, by Augustów funkcjonował jeszcze lepiej, ale na razie nie mam pomysłu.

Na szczęście nie jest tak, że wyjeżdżają wszyscy, a na miejscu pozostaje jedynie wiatr. Do Augustowa wróciła moja przyjaciółka, która z sukcesami pracowała na Giełdzie Papierów Wartościowych, jest tam kilkoro rówieśników, którzy zostali z własnej woli, a nie siłą bezwładu. Ale im jestem starsza, tym większą mam potrzebę kontaktu z tym, co mnie ukształtowało na północy Polski: z przyrodą, ziemią. Myślę, że przeprowadzka na przedmieścia Warszawy będzie w pewnym sensie powrotem do tamtych czasów. Ostatnio kupiliśmy kawałek ziemi w Konstancinie. Będę miała kontakt z ziemią i blisko do mojego ulubionego ogrodu botanicznego w Powsinie.

Co by się stało, gdyby ktoś zaproponował nam nowe życie jeszcze gdzie indziej, w Paryżu czy Berlinie? Hm, myślę, że podjęlibyśmy ryzyko.

Roman Chymkowski, 32 lata

Wyjechałem z Nasielska z ulgą i nieźle się odnalazłem w Warszawie. Studiowałem, nie troszcząc się o pragmatyzm moich pasji, a teraz jako nauczyciel akademicki wykonuję pracę, która mnie interesuje. Nieźle nie oznacza jednak, że bez zgrzytów.

Dla ludzi takich jak ja Warszawa jest pod pewnym względem miastem idealnym. Anonimowość ma swoje dobre strony, nie jesteś wystawiony nieustannie na baczne spojrzenia sąsiadów i znajomych, którzy komentują każdy szczegół zachowania. Czasem jesteś, czasem znikasz - mnie to odpowiada.

W połowie lat 90. przyjechałem tu z Nasielska, niewielkiego mazowieckiego miasta, powiem szczerze, z ulgą. Z jednej strony pamiętałem o słowach mojego polonisty, który przy każdej możliwej okazji powtarzał, żeby nie zapominać o miejscu pochodzenia i starać się utrzymywać z nim kontakt. Z drugiej strony miałem Nasielska serdecznie dosyć.

Jedno ze wspomnień, jakie mam z czasów szkoły podstawowej, dotyczy tego, jak za absencję na pierwszomajowym pochodzie byliśmy karani przez ówczesną dyrektorkę, a bodaj dwa lata później - w zgoła odmiennych okolicznościach politycznych - ta sama osoba na tym stanowisku biła linijką po rękach tych, którzy w zeszycie z religii nie mieli wklejonych potwierdzeń uczestnictwa w nabożeństwach różańcowych.

W moim mieście rodzinnym przed wojną połowę mieszkańców stanowili Żydzi. Po wojnie ślad po nich zaginął, jakby nigdy nie istnieli. To była część historii zepchnięta w absolutny niebyt, czasem tylko dawała znać o sobie, kiedy jakiś dociekliwy osobnik zastanawiał się nad etymologią mojego nazwiska, dowodząc, że niechybnie muszę mieć w żyłach żydowską krew. Pamiętam, jak nauczycielka historii w liceum ubolewała nad tym, że dziś młodzież nie posiada umiejętności rozpoznawania Żyda. Po lekcji na temat fizycznych cech dystynktywnych Żydów długo myślałem o tym, co się robi, kiedy się już zidentyfikuje delikwenta.

Wyjechałem z Nasielska z ulgą i nieźle się odnalazłem. Studiowałem, nie troszcząc się o pragmatyzm moich pasji, a teraz jako nauczyciel akademicki mam szczęście wykonywać pracę, która mnie interesuje.

Nieźle nie oznacza jednak, że bez zgrzytów. Już na początku studiów widoczny był dla mnie podział na tych z Warszawy i tych z zewnątrz, były też podziały inne, choćby zależne od statusu majątkowego czy dziedziczonego habitusu. Nie da się ich uniknąć, ciągle istnieją: jakiś czas temu grupa studentów z Warszawy nie zgodziła się, by szefem samorządu został chłopak spod Żyrardowa, nieoficjalnie twierdząc, że nie będzie "reprezentacyjny". Po namyśle przyznał im rację. To nie jest specyfika Warszawy - dokądkolwiek byśmy pojechali, do Nasielska czy Krakowa, zawsze są jacyś tutejsi i jacyś barbarzyńcy z zewnątrz, którzy próbują - na różnych polach - zyskać akceptację miejscowych społeczności.

Myślę, że wtopiłem się w Warszawę bardzo mocno. Nie tylko dlatego, że jeden z moich najbliższych przyjaciół tutaj się urodził.

Od jakiegoś czasu lekturę "Wyborczej" rozpoczynam - masochistycznie - od dodatku stołecznego.

Złoszczę się na myśl, że jedyną sensowną przestrzenią publiczną, jaka powstała w ostatnich latach w centrum, są "Złote tarasy", czyli przestrzeń czysto komercyjna.

Złości mnie brak wizji wielkiej metropolii i to, że samolot z Berlina do Warszawy leci krócej niż trwa podróż z jednej strony stolicy na drugą.

Złoszczą mnie błędy w planowaniu przestrzennym.

Inaczej mówiąc: obchodzi mnie to miasto i nie traktuję go jak flaneur, który przechodzi wzdłuż wystaw, rejestrując jedynie ulotne wrażenia.

Nasielsk i pamięć o tym, co mówił mój nauczyciel, tkwią we mnie mocno. Dlatego angażuję się tam od jakiegoś czasu w projekty historyczne i edukacyjne, które mają przywrócić memu miastu rodzinnemu utraconą pamięć. To mój sposób na spłacenie długu wobec ludzi i ulic, z którymi związałem pierwsze dwie dekady swojego życia.

Nie wyobrażam sobie jednak powrotu. Ostatnio kupiliśmy z żoną domek w Grodzisku Mazowieckim. Czuję się tam trochę jak w mieście rodzinnym. Również dlatego, że społeczność osiedla jest już scementowana i - z konieczności - traktuje mnie, jakbym miał w sobie coś nieusuwalnie obcego. Jakoś mi to nie przeszkadza.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, reportażysta, pisarz, ekolog. Przez wiele lat w „Tygodniku Powszechnym”, obecnie redaktor naczelny krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Laureat Nagrody im. Kapuścińskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]