Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Truchcikiem wśród roślin i zwierząt

Truchcikiem wśród roślin i zwierząt

12.12.2017
Czyta się kilka minut
KSIĄŻKI W TYGODNIKU | Jako dziecko co rok czułem zawód, że żadne ze znanych mi zwierząt nic nie powiedziało. Musiało minąć ładnych kilka lat, żebym puknął się w czoło. One mówiły nieustannie, nie tylko w Wigilię.
Ilustracje Marii „Mroux” Bulikowskiej pochodzą z książek „Pupy, ogonki i kuperki” oraz „Gęby, dzioby i nochale” Wydawnictwa Babaryba
W

Wydawaniem książek zajmuję się ponad dziesięć lat, a wydawaniem takich, które dotykają relacji człowiek–przyroda, od 2010 r. Nie chwalę się. Wyjaśniam tylko, co ja tu właściwie robię. I dlaczego nie gubię się w gąszczu książek o roślinach i zwierzętach, którymi w ostatnim roku u nas obrodziło. I dlaczego ośmielam się wskazać kilka, które naprawdę warto przeczytać.

Wysypisko

Bo nagle okazało się – tuż po tym, jak „Sekretne życie drzew” Petera Wohllebena (tłum. Ewa Kochanowska, Otwarte 2016) wzięło szturmem listy bestsellerów i zdeklasowało pewniaki oraz starych wyjadaczy – że książki dotąd tułające się w czeluściach najgłębszych regałów księgarskich mogą wzbudzić zainteresowanie. Żeby nie powiedzieć: szał (a szał oznacza pieniądze). Oraz wysyp podobnych tytułów w podobnych okładkach. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Serce mi rośnie, gdy co rusz muszę wyskakiwać z pieniędzy, żeby uzupełnić swoją biblioteczkę. Im więcej książek dających do myślenia i pomagających wyrwać się z kolein utartych schematów, tym lepiej. Choćby taki Bernd Heinrich. Jego „Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci” (tłum. Michał Szczubiałka, Czarne 2014) opowiada o tym, jak ze śmierci rodzi się życie (a więc także i o tym, jakim marnotrawstwem – z perspektywy robaków – jest kremacja), i że z biologicznego punktu widzenia śmierć jest fascynująca. Na przykład wieloryb, który umrze i opadnie na dno oceanu, karmi swoim ciałem niezliczone rzesze organizmów: od rekinów, przez śluzice, aż po bakterie, zapewniając suty posiłek na wiele dziesiątków lat. Nie wygląda to może tak kolorowo jak w „Podróżach doktora Dolittle” Hugh Loftinga (kiedy doktor z towarzyszami, schowani w przezroczystej muszli Wielkiego Ślimaka, wyruszyli po dnie oceanu z Brazylii do Europy), co nie znaczy, że mniej efektownie.

O wielorybach, fokach, uszatkach, pingwinach, morsach, niedźwiedziach polarnych i wielu innych gatunkach zwierząt bardzo żywo pisał także Mikołaj Golachowski. Jego grubaśna książka „Czochrałem antarktycznego słonia” (Marginesy 2016) zbiera doświadczenia kilkunastu lat pracy w charakterze przewodnika polarnego, choć nie tylko, bo wspomina także o czterech latach pisania doktoratu na temat diety (a zatem kup) norek amerykańskich. Golachowski jest świetnym gawędziarzem z ogromnym poczuciem humoru. Gdy czytałem żonie na głos o zwyczajach pochwodzioba, ryczeliśmy ze śmiechu, mimo że dzieciństwo tego słodkiego śnieżnobiałego ptaka należy chyba do najsmutniejszych na świecie (przynajmniej z naszego punktu widzenia).

Głosy

Kiedy byłem mały i rodzice powtarzali, że w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem, trochę się bałem. W domu bałem się, że nasza Mufka w końcu mi wygarnie. Zacznie narzekać, że za mało się z nią bawiłem, że niepotrzebnie się złościłem i że jej nie głaskałem. U dziadków bałem się niewiadomego. Mimo że pół dzieciństwa spędziłem na wsi, od krów, konia, królików, psa Burka i świń oddzielała mnie szyba, jakbyśmy należeli do innych światów. Chodziłem jednak do obory i słuchałem. I co rok czułem zawód, że żadne z nich nic nie powiedziało.

Musiało minąć ładnych kilka lat, żebym puknął się w czoło. One mówiły nieustannie, nie tylko w Wigilię. To ja nie potrafiłem słuchać ani patrzeć. Brytyjczyk Charles Foster postanowił pójść krok dalej w próbie zrozumienia zwierząt. Napisał reportaż wcieleniowy „Jak zwierzę. Intymne zbliżenie z naturą” (tłum. Jacek Konieczny, Wydawnictwo Poznańskie 2017). Żeby dowiedzieć się, kim są borsuk, wydra, lis, jeleń i jerzyk, postanowił na jakiś czas stać się borsukiem, wydrą, lisem, jeleniem i jerzykiem. Odpowiednio: siedział w norze (z ośmioletnim synem) i jadł robaki albo rozjechaną na drodze wiewiórkę; wraz z dziećmi oznaczał teren swoimi odchodami i uczyli się je rozpoznawać po zapachu i strukturze, a także pływał po zmroku w rzekach; szwendał się nocą po mieście i grzebał w śmieciach; szwendał się też po szkockich i kornwalijskich wzgórzach i sprawdzał, czy da radę przeżyć jedząc trawę; oraz jak prawie każdy szanujący się ptak migrujący, udał się do Afryki (oraz wcinał owady, rzecz jasna). Czy Foster lepiej poznał zwierzęta? Nie sądzę, ale z pewnością lepiej poznał samego siebie. I smak dżdżownic z różnych regionów Anglii.

Nieco inną strategię obrał Shaun Ellis, który pewnego dnia postanowił dołączyć do watahy dziko żyjących wilków w parku Yellowstone. Swoje dwuletnie doświadczenie opisał w „Żyjącym z wilkami” (współautor Penny Junor, tłum. Dorota Kozińska, W.A.B. 2011). Przez rok mieszkał zupełnie sam w lesie i czekał, aż te niezwykle inteligentne zwierzęta się pojawią, przywykną do jego obecności i pozwolą mu z sobą pójść. Wilki znał już wcześniej, opiekował się nimi w brytyjskich rezerwatach. Tamte jednak widywały ludzi. Te z Yellowstone – nie. Ale udało się, został członkiem stada. Wilcza rodzina traktowała go tak, jak zwykle traktuje deczko upośledzone osobniki – dzieliła się z nim jedzeniem i opiekowała się nim. Kiedy Ellis uznał, że już wystarczy – znajdował się na skraju wycieńczenia, nie służyła mu dieta ze świeżego mięsa i korzonków – wrócił do cywilizacji.

Zdarza się jednak na odwrót, że do cywilizacji ciągnie wilka. W Juneau, stolicy Alaski, zaczął pojawiać się czarny wilk, a że miał słabość do labradorki Nicka Jansa – zwierz siedział przed domem, w którym mieszkała, wzdychał i wył – dostał na imię Romeo. „Wilk zwany Romeo” (przekład mój, Marginesy 2016) opowiada o siedmiu latach, które dziki wilk spędził w pobliżu psów i ich ludzi. Nie wiadomo, skąd się wziął, czy kogoś stracił i dlatego psami wypełniał pustkę w swoim życiu. Wiadomo, że był dziki i że przewartościował życie niejednego człowieka, a także nasz słownik, bo gdy dochodzi do zderzenia gatunków homo sapiens i canis lupus, słowo „bestia” potrafi być bardzo mylące.

O podobnym zjawisku, tyle że na naszym gruncie, znakomicie pisze jeden z najciekawszych dziś autorów zajmujących się przyrodą, Adam Wajrak. Jego „Wilki” (Agora 2015) to podnosząca na duchu i dołująca zarazem historia polskich wilków, zwłaszcza tych z okolic Puszczy Białowieskiej. Lubię sposób, w jaki Wajrak pisze o zwierzętach. Cenię w nim zwłaszcza szacunek dla tego, co żyje, oraz rozległą wiedzę, która pozwala mu rzetelnie opisywać ciekawe zjawiska. Zresztą, co tu dużo gadać: najlepiej czytać wszystko, co napisał. Oraz czytać dzieciom – w końcu to one są naszą nadzieją.

Od najmłodszych lat

Na szczęście ukazuje się coraz więcej książek o życiu roślin i zwierząt skierowanych do najmłodszych czytelników. Wspomniany już Mikołaj Golachowski napisał dwie: „Pupy, ogonki i kuperki” oraz „Gęby, dzioby i nochale” (Babaryba 2014 i 2016), obie też zilustrowała Mroux, czyli Maria Bulikowska, zajmująca się – oprócz rysowania – gwarą warszawską. Golachowski wybrał po trzydzieści zwierząt, aby na ich przykładzie opowiedzieć, jak obłędnie różnorodna jest natura. Jest pancerny tyłek wombata, ryjek odpornego na wszystko niesporczaka, oddychający odwłok jętki, zęby na języku pingwina, talerz na tyłku sarny, podwójna trąba wychuchola, wiatraczek w zadku hipopotama oraz wiele innych zwierząt, o których oczywiście większość z nas słyszała, ale których nie zna się od tej strony (od obu stron w zasadzie). To książki zabawne, co nie znaczy, że niepoważne. Golachowski jest doktorem biologii i wiem, że brzydzi się nierzetelnością.

Nie mniej istotną pozycją są „Znikające zwierzęta” Isabelli Bunnell (tłum. Tina Oziewicz, Dwie Siostry 2017): smutna i ważna książeczka, która zachęca do tego, by w gąszczu liści, bezkresach pustyni i sawann, w jaskiniach, rafach koralowych, w oceanach i pod ziemią szukać zwierząt wtapiających się w tło. Mądrość Bunnell polega na tym, że wybrała zwierzęta zagrożone wyginięciem. Takie, których za chwilę nie będzie i których, jeśli się nie pospieszymy, nikt z nas nigdy już nie znajdzie – nie tylko na kartach książki.

Kiedy dzieci już trochę dorosną (albo dorośli nie zdziadzieją do reszty), warto wrócić do klasyki. Najlepszą klasyką w gatunku jest i pozostanie James Herriot oraz jego cykl dziewięciu autobiograficznych książek „Wszystkie stworzenia duże i małe” (tłum. Zbigniew A. Królicki), które w latach 90. wydał Zysk, a w 2015 r. zaczęło wznawiać Wydawnictwo Literackie, lecz niestety przestało po drugim tomie. Herriot opisuje swoje weterynaryjne początki na angielskiej wsi i robi to z niezwykłym wdziękiem, urokiem i biglem. Na podstawie cyklu powstał i film, i serial, ale nic nie dorównuje książkom.

Z nie mniejszą czułością o zwierzętach pisał Konrad Lorenz. „Rozmowy ze zwierzętami” (tłum. Barbara Tarnas, W.A.B. 2014), znane także jako „Rozmawiał z bydlątkami, ptakami i rybami”, opisują zawiłe kwestie tak klarownie, jakby były najbanalniejsze, np. odkryty przez niego i nagrodzony Noblem mechanizm wdrukowania, polegający na utrwaleniu się w dopiero co urodzonym zwierzęciu wzorca rodzica. Lorenz pisał o gęsiach, rybach, kawkach, krukach, chomikach, kakadu czy kapucynce, ale najpiękniejszy fragment opowiada o wróblu, który zakochał się w Lorenzu i chciał go zwabić do kieszeni jego własnej marynarki.

Ptasiarze

Ptaki są zresztą nieskończenie ciekawe. Kiedy byłem już trochę większy, nagle się zorientowałem, że nic nie wiem o najliczniej występujących w mieście ptakach – krukowatych. Wszystko zaczęło się oczywiście od książki. Na śmierć zabujałem się w historii, którą w sposób niezwykły opisała Esther Woolfson w „Corvus. Życie wśród ptaków” (przełożyłem ją wraz z Joanną Wajs, W.A.B. 2012). Ta książka otworzyła mi oczy. Olśniła mnie mądrość krukowatych, które – podobnie jak jastrzębie, sokoły i dzięcioły – ukrywają jedzenie. Wymaga to (trochę jak kłamstwo) tęgiej pamięci, żeby nie zapomnieć niezliczonych kryjówek. Trzeba być czujnym, przebiegłym, a nawet nieuczciwym, bo często zdarza się plądrowanie cudzych kryjówek. Te, które wiedzą, że podczas chowania zapasów były śledzone, wracają później, aby ukryć pożywienie w innym miejscu – ale robią to wyłącznie osobniki, które same kiedyś podkradały. Zakładają, że inne ptaki mogą być równie nieuczciwe. Od tej pory zacząłem się spóźniać. Zatrzymywałem się, żeby gapić się na gawrony w tych ich śmiesznych pantalonach, na wrony w obciachowych bezrękawnikach, na kawki o przenikliwych oczach, na bezczelne sroki czy jazgotliwe gangi sójek.

A potem poszło. Kupiłem nie tylko lornetkę, ale i „Ptaki. Przewodnik Collinsa” Larsa Svenssona (tłum. Dariusz Graszka-Petrykowski, Multico 2012 – książka szczęśliwie wznowiona w 2017 r.), świetny poradnik, jak rozpoznać poszczególne gatunki ptaków w różnych porach roku (żonie kupiłem przewodnik „Drzewa”, równie pasjonujący). Tymczasem ptakami zainteresowali się także czytelnicy.

Za „Dwanaście srok za ogon” (Czarne 2016) Stanisław Łubieński, współpracownik „Tygodnika”, został laureatem Nike Czytelników (oprócz tego nominowano go do Nagrody Literackiej Gdynia i Paszportu „Polityki”). Nie powinno to dziwić: zajmujące, erudycyjne, świetnie napisane książki zyskują uznanie. A to jedna z tych, które długo się czyta – dlatego, że nie chce się jej kończyć. Krok po kroku Łubieński opowiada o swojej fascynacji: skąd się wzięło obrączkowanie i czemu służy, dlaczego ptaki migrują, kim są ptasiarze i do czego są zdolni, jak należy dbać o miejskie ptaki i interweniować, gdy próbuje się zamurowywać czy zasłaniać kratką ich gniazda w elewacji budynków, co zdarza się często, nie mniej często z wysiadującym w środku ptakiem albo czekającymi na rodziców pisklętami.

O skrzydlatych opowiada też Noah Strycker w „Rzeczy o ptakach” (tłum. Michał Radziszewski, Muza 2017) i – co niezwykłe – książka ta przez kilka ładnych tygodni błyszczała na naszych listach bestsellerów. Może wynika to z podejścia Stryckera, jego zdaniem bowiem ludzie aż tak bardzo nie różnią się od tych latających dinozaurów – przynajmniej w kwestii zachowania. I one, i my lubimy tańczyć, rozpoznajemy swoje odbicie w lustrze (nie wszyscy), kreujemy, w większości przypadków jesteśmy dla siebie mili, kochamy i romansujemy. Niektóre ptaki umieją jednak więcej od nas: mają zmysł magnetyczny i węch, którego nie tylko ludzie mogą im pozazdrościć (z nosów sępników różowo- głowych korzystają pracownicy Union Oil Company, bo odkąd w 1937 r. do bezwonnego gazu ziemnego zaczęto dodawać tiole – „najsmrodliwszą z istniejących substancji”, która m.in. uwalnia się podczas rozkładu ciała – nad przeciekami w rurociągach zaczynały krążyć te duże kondorowate).

Psioki

Oprócz królestwa zwierząt istnieją inne królestwa, zwłaszcza to tajemnicze, mroczne, ni to zwierzęce, ni roślinne: królestwo grzybów. Z grzybami znam się od małego. Gdy na wsi znosiłem je z lasu do domu, babcia zwykle mówiła: „Oj, wnucusiu, to psioki”. Wprawdzie z „Tajemniczego życia grzybów” Roberta Hofrichtera (tłum. Monika Kilis i Bartosz Nowacki, Prószyński i S-ka 2017) nie da się nauczyć odróżniania psioka od niepsioka, można się jednak z kolei dowiedzieć mnóstwa ciekawszych rzeczy. Jak choćby tego, że bez grzybów mógłby nie istnieć świat, jaki znamy, i nas mogłoby nie być. I że w każdym naszym oddechu można znaleźć co najmniej dziesięć zarodników grzyba. I że są grzyby żerujące na grzybach. I że są tylko cztery grupy zwierząt hodujące grzyby: mrówki, termity, korniki i ludzie.

W podobnie frapujący sposób o pewnym wycinku lasu w Tennessee opowiada nominowany do Nagrody Pulitzera David Haskell w „Ukrytym życiu lasu” (tłum. Katarzyna Sosnowska, Feeria 2014), który nie zawahał się na 20-stopniowym mrozie zrzucić z siebie ubranie, żeby poczuć to, co czują pozbawione ubrań zwierzęta. W tym dzienniku obserwacji Haskel opisuje nie tylko zmieniające się pory roku, aktywność zwierząt i roślin, ale także daje świadectwo swojego niebywałego oczytania i głębokiego zrozumienia miejsca człowieka na Ziemi. Takiego rozumienia w skali globalnej wciąż nam brakuje.

W pierwszej części „Matriksa” agent Smith mówił Morfeuszowi: „Kiedy próbowałem sklasyfikować wasz gatunek, uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie jesteście ssakami. Każdy ssak na tej planecie instynktownie zachowuje naturalną równowagę z otaczającym środowiskiem, ale wy, ludzie, nie. Przenosicie się w jakieś miejsce i mnożycie na potęgę, aż zużyjecie wszystkie zasoby naturalne, a jedynym sposobem na przetrwanie jest przeniesienie się na inny obszar. Jest inny organizm, który stosuje podobny schemat. Wiesz, o czym mówię? To wirus”. O tym mniej więcej mówi uhonorowane Nagrodą Pulitzera „Szóste wymieranie” Elizabeth Kolbert (tłum. Tatiana i Piotr Grzegorzewscy, W.A.B. 2016). Temat nie należy do najlżejszych, jeśli spojrzeć z dystansu: stoimy u progu katastrofy. W zasadzie krok dalej. Tytułowe szóste wymieranie, które wyzwolił człowiek, już się zaczęło. Jedni załamują ręce, mówiąc, że nic nie da się zrobić, ale są tacy, których zdaniem nie wszystko stracone.

Na przykład Jane Goodall od kilkudziesięciu lat książkami i wykładami stara się edukować ludzi, mówiąc, że zrównoważone rolnictwo i odejście od chowu przemysłowego daje nam szansę na znaczne zahamowanie globalnego ocieplenia. Taka była też Simona Kossak, która audycjami radiowymi i książkami starała się zaszczepić w ludziach miłość do natury, aby w ten sposób człowiek nauczył się szanować to, co go otacza. Podobnymi wizjonerami są włoscy autorzy, Stefano Mancuso i Alessandra Viola, których „Błyskotliwą zieleń” (tłum. Anna Wziątek, Bukowy Las 2017) połyka się jednym tchem, a potem trwa w stuporze i z respektem patrzy na stojące na parapecie kwiaty doniczkowe. Autorzy zaczynają od podchwytliwego pytania, czy mówienie o „wegetacji” albo „byciu jak roślina” w znaczeniu pejoratywnym nie jest aby przejawem ignorancji. Nie tylko piszą o inteligencji roślin (jak się ze sobą porozumiewają i w jaki sposób manipulują zwierzętami), ale i o tym, jak rośliny się uczą i czego my możemy się nauczyć od nich.

A jest czego. Proszę dużo czytać. Wiedzieć to móc się zachwycać i rozumieć, co mówią do nas rośliny i zwierzęta. ©

Autor (ur. 1976) jest poetą, prozaikiem, tłumaczem i wydawcą. W wydawnictwie W.A.B. założył nieistniejącą już serię Biosfera. W 2015 r. w wydawnictwie Marginesy powołał do istnienia serię Eko.

Galeria zdjęć

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Jak zwykle będę przekorny. Nie mam nic do czytania książek, sam dużo czytam, zresztą nie wiem czy dużo, ale czytam sobie co nieco. Mam synową, wielką miłośniczkę książek, ona nie musi mieć kontaktu z realnym światem, nie musi wychodzić na spacery, najlepiej czuje się w domu z książką w reku. Wnuk kilkulatek dorobił się już całej biblioteki, książki do niego gadają, mrugają, śpiewają i grają. Nie chodzą z nim do parku, lasu,nie pokazują prawdziwego świata, tam się można pobrudzić, kleszcza złapać itp. Cóż ja w dzieciństwie książek własnych nie miałem, ani też dostępu do nich. Podręczniki po starszym rodzeństwie, potem skromnie wyposażona biblioteka szkolna. Mimo to wiem co w trawie piszczy, tak mniej więcej. Często leżałem na łące, niczym Dyzio z wiersza i marzyłem, poznawałem. Mieszkałem w gospodarstwie rolnym, wśród zwierząt, które nas żywiły. Wpojono mi wielki szacunek do nich i bratać się z nimi nie pozwalano. Do zabawy był tylko pies, ale i on znał swe miejsce. Jadę sobie niedawno pociągiem z sąsiadami, młodym małżeństwem z dziećmi, mieszkamy na wsi. Na łące pasą się krowy, a ich sześcioletni synek woła - tato, tato zobacz koniki się pasą. Takie mamy czasy, dzieciaki ze wsi jeżdżą na wycieczki szkolne do gospodarstw agroturystycznych, oglądać zwierzaki. Proszę popatrzeć, ile mamy pięknych albumów książek przyrodniczych, kupowanych dzieciom przez dziadków i rodzinę a one na własne oczy królika nieraz nie widziały. Co tam dzieci, niedawno pewna radna wielkiej partii, oburzyła się na kopulujące osiołki w ZOO, aż zrobił się medialny szum. Fajnie, że powstaje tyle książek o przyrodzie, bo wielu gatunków nie obejrzymy już w naturze bo wymierają. Będziemy pokazywać potomnym - zobacz jakie cudaki kiedyś na tej ziemi żyły. Przepraszam, ten komentarz jest zupełnie nie na miejscu, ale tak jakoś mnie naszło.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]