Reklama

To był niezły rok

To był niezły rok

29.02.2008
Czyta się kilka minut
Ludowe porzekadło głosi, że "rok minął, jak z bicza strzelił"; w mojej świadomości mija jeszcze szybciej. W lutym tradycyjnie dokonuję oceny minionego roku na polskim rynku książki, korzystając z przemyśleń, które pojawiają się w czasie przygotowywania rocznej listy bestsellerów publikowanej w "Rzeczpospolitej" w pierwszą sobotę lutego.
P

Po raz pierwszy od wielu lat na twarzach zasępionych dotąd wydawców pojawił się uśmiech, choć delikatny i trochę niepewny. Hurtownicy i księgarze, którzy mogli występować na zajęciach z filozofii jako żyjący przedstawiciele nurtów katastroficznych, przestali narzekać i twierdzić, że mają dosyć dokładania z własnej kieszeni do beznadziejnego interesu.

O zmianie na lepsze świadczą nie tylko szybko rozwijające się sieci Matras i Empik czy nowe księgarnie poszukujące efektywnych form sprzedaży (nie myślę tylko o niezmiernie ciekawej formule, której reprezentantami są Czuły Barbarzyńca w Warszawie czy Mała Litera w Łodzi), lecz przede wszystkim sprzedaż internetowa. Księgarnia internetowa Merlin to przykład najlepszy, ale trudno teraz znaleźć wydawnictwo, które nie prowadziłoby tego typu działalności. Z satysfakcją stwierdzam, że jakość stron internetowych polskich oficyn jest coraz wyższa, a ich twórcy starają się uwzględnić specyfikę wydawnictwa. Lubię na przykład odwiedzać stronę lubelskiej Fabryki Słów, specjalizującej się w polskiej literaturze fantasy: od pierwszego "kliknięcia" znajdujemy się w krainie magii.

Tezę o wspieraniu czytelnictwa przez internet głosiłem od wielu lat. Nie wspomnę, jacy znakomici badacze polskiego rynku książki byli odmiennego zdania. Na szczęście wsparcia udzielał mi zawsze Instytut Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej w pięknych, nie tylko intelektualnie, osobach Katarzyny Wolff i Grażyny Straus. Najważniejsze, że powoli, ale konsekwentnie kształtuje się grupa czytelników, która wie, jakim typem intelektualnej przygody jest kontakt z literaturą. Widać też wyraźnie, że są to czytelnicy mający świadomość własnej niezależności. Z pewnością korzystają ze wskazówek krytyków, ale traktują je jako ogólne kierunki poszukiwań, a nie wyrocznię. Wielkiego wyboru raczej nie mają, gdyż zarówno w największych polskich dziennikach, jak i tygodnikach opinii strony poświęcone książce są konsekwentnie minimalizowane. Wtorkowy przegląd nowości w "Gazecie Wyborczej", samotna walka o dobrą literaturę Magdaleny Miecznickiej w "Dzienniku" oraz recenzje "Rzeczpospolitej" to zdecydowanie zbyt mało jak na misję publiczną dzienników ogólnopolskich.

Jedynym dziennikiem, który raz w miesiącu od ponad dwunastu lat zamieszcza dobrze opracowany i ciekawy dodatek poświęcony literaturze jest "Rzeczpospolita", a tygodnikiem (od kilku lat) - "Tygodnik Powszechny". W mrokach niepamięci zginęło ambitne przedsięwzięcie tygodnika "Wprost", czyli dodatek poświęcony literaturze. Dobrze, że "Kultura" - piątkowy dodatek do "Dziennika. Polska. Świat. Europa" - zamieszcza recenzje pióra Piotra Kofty i kolegów, gdyż inaczej należałoby usiąść i płakać.

Nie jestem w stanie pojąć takiego stanu rzeczy, gdyż polski rynek książki od roku 1991, jak wynika z analiz Łukasza Gołębiewskiego, najlepszego jego znawcy, powiększył się dziesięciokrotnie, a jego przychody w ostatnim roku wzrosły o ponad pięć procent. To już liczący się segment polskiej gospodarki, dla jej stabilności znacznie ważniejszy od polityki. Tymczasem przypadkowe puszczenie wiatrów (zwane też pięknie pierdnięciem) szeregowego polityka wzbudza więcej zainteresowania niż wydanie "Dzienników" Iwaszkiewicza czy kolejnego tomu listów Witkacego do żony. Dobre krytyczne pióra "Polityki" i "Newsweeka" czekają, odnoszę wrażenie, w stałym odwodzie, nie mogąc pisać na temat nowości książkowych tyle, ile by chciały. W roku 2007 ukazało się prawie trzynaście tysięcy tytułów: ile z nich omówiono w prasie, wliczając w to nawet heroiczny wysiłek "Nowych Książek"?

Dlatego chciałbym wyrazić podziw dla czytelników, którzy samotnie przedzierają się przez literaturę, rozpaczliwie szukając na okładkach książek najmniejszej choćby wskazówki o ich zawartości i wartości. Na szczęście istnieje odwieczny system komunikowania się, zwany uczenie "marketingiem szeptanym", a potocznie "famą". Jej zapewne zawdzięczamy sukces "Cienia wiatru" Carlosa Ruiza Zafóna (Muza) czy powodzenie książek Małgorzaty Kalicińskiej: "Dom nad rozlewiskiem" i "Powroty nad rozlewiskiem" (Zysk). I to fama ugruntowała pozycję na przykład Moniki Szwai i jej ostatniego sukcesu pod intrygującym, oksymoronicznym tytułem "Klub mało używanych dziewic".

Wyniki ostatniego roku pokazały kolejny raz, że polskie społeczeństwo zakupem książek często wyraża hołd tym, którzy odeszli. Tak było w przypadku Jana Pawła II, powtórzyło się to po odejściu Ryszarda Kapuścińskiego; w zeszłym roku sprzedano ponad 370 000 jego książek. Ale co mają robić autorzy jeszcze żyjący, pozbawieni informacyjnego wsparcia mediów publicznych? Nekrolog nie zastąpi perswazyjnej siły recenzji.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]