Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Szczęśliwy geniusz

Szczęśliwy geniusz

21.07.2014
Czyta się kilka minut
Czasem odnosi się wrażenie, że współczesność ma z Rubensem problem. Uznajemy w nim jednego z najważniejszych artystów w dziejach sztuki, ale trochę wybrzydzamy.
„Zuzanna i starcy” Fot. Miejska Galeria Sztuki w Zakopanem
Ż

Że malował za dużo, że uruchomił „fabrykę”, zatrudniając przeszło 20 specjalistów od dłoni, stóp, muskułów, którzy realizowali pomysły mistrza. Ba, wychowani w poromantycznym micie przeklętego geniusza, patrzymy nieco nieufnie na artystę-przedsiębiorcę, który w odróżnieniu od Rembrandta czy Caravaggia wiódł życie „zbyt” szczęśliwe i ustatkowane.
Przypomnijmy: kiedy po śmierci Antwerpczyka w maju 1640 r. otwarto testament, nikt nie przypuszczał, że skatalogowanie i wycenienie majątku, na który składały się m.in. rezydencja pałacowa w Antwerpii i zamek w Het Steen, zajmie aż 5 lat! Nie wiedziano także, że 8 miesięcy później Helena Fourment, wdowa po malarzu, urodzi mu siódme dziecko (rodzina uzna prawo dziewczynki do spadku, a świadczy to nie tylko o harmonii panującej między Rubensami, ale także, że było co dzielić).
Maria: macierzyństwo
Droga na szczyt nie była prosta. Być może „książę malarstwa” niewiele by osiągnął, gdyby nie matka – kobieta imponująca. Maria Pypelicks wspierała męża, gdy Jan Rubens, prawnik i intelektualista, siedział w lochu oskarżony (najpewniej niesprawiedliwie) o romans z księżną Anną Saksońską, drugą żoną Wilhelma I Orańskiego „Milczącego”. Gdy karę zamieniono na „więzienie domowe” w westfalskim Siegen, utrzymywała rodzinę, zajmując się handlem nieruchomościami.
Tu właśnie, u stóp Górnego Zamku, w czerwcu 1577 r. urodził się Peter Paul. Wkrótce potem zmarła zubożała, uzależniona od alkoholu księżna Anna – matka czworga dzieci Wilhelma. Jej tragedia okazała się szczęśliwa dla rodziny Rubensów. Władca pozwolił im opuścić Siegen (pod warunkiem zapłacenia 8 tys. talarów, ich równowartość to dziś 3 mln euro – jakim cudem Maria poradziła sobie z tą „pożyczką”?). Rubensowie przenieśli się do Kolonii, gdzie rozgoryczony, zamknięty w sobie, pełen wyrzutów sumienia wobec rodziny Jan Rubens pogrążał się w chorobie. Peter Paul miał 10 lat, gdy uczestniczył w pogrzebie ojca w kolońskiej katedrze.
Maria Rubens nie miała czasu na żałobę. Starszego syna Filipa trzeba było wysłać na studia prawnicze do Italii. Córkę wydać za mąż, a potem zbierać fundusze na kolejną ratę spłacanego regularnie posagu. Ciekawe, jak zareagowała, gdy usłyszała, że młodszy syn zamierza zostać malarzem. Z perspektywy rodziny adwokata była to degradacja – przecież w owych czasach malarstwo było jeszcze rzemiosłem, a nie sztuką; nie studiowało się go, ale terminowało, zaczynając od mycia pędzli i zamiatania podłogi. Poczuła żal czy raczej ulgę, że spada jej z ramion przynajmniej jeden problem finansowy?
Peter Paul odziedziczył charakter po matce: energiczny, twardo stąpający po ziemi, zdający sobie sprawę z własnego talentu (i urody), ale uprzejmy i miły, doskonale wiedział, czego chce. Urodzony dyplomata. Po 8 latach terminu, gdy został już samodzielnym członkiem antwerpskiego cechu malarzy, gildii św. Łukasza, wybrał się w podróż do Włoch – tam, gdzie rzemieślnicza samodzielność pod wpływem studiów nad mistrzami przemieniała się w wolność artystyczną.
Na miejscu zadbał nie tylko o edukację, ale i karierę, zostając nadwornym malarzem księcia Mantui, Vincenza I Gonzagi. Ten zaprotegował go na innych dworach – przede wszystkim w Hiszpanii, gdzie „zadebiutował” manierystycznym, chłodnym i dość surowym (odległym od naszych wyobrażeń o jego twórczości!) „Portretem księcia Lermy” (1603, Prado). Stopniowo zyskiwał wzięcie jako portrecista europejskiej arystokracji.
Izabela: ufność
Do domu wyruszył na wieść o chorobie matki. Gdy dotarł – nie żyła ani ona, ani starsza siostra. Wkrótce jednak w jego życiu pojawiła się kolejna kobieta: wiosną 1609 r. ożenił się z 17-letnią córką kancelisty miejskiego (co przywracało w pewien sposób artystę środowisku prawniczemu). Z tej okazji Rubens namalował siebie i Izabelę Brandt (obraz jest dziś w monachijskiej Starej Pinakotece). To zastanawiająca kompozycja: „autoportret”, z całą pewnością nie „portret podwójny”.
Od razu zwracamy uwagę na przystojną, uwodzicielską twarz rudowłosego galanta, który nonszalancko założył nogę na nogę. Kobieta nie przykuwa wzroku: ukryta w zwojach przyciężkawej sukni, z twarzą dość nijaką, ledwie widoczną między kryzą a kapeluszem. A jednak jest w tej scenie coś wzruszającego: dłoń dziewczyny delikatnie muskająca nadgarstek mężczyzny. Ten gest to kwintesencja bezwzględnej, ryzykownej ufności w drugiego człowieka. Gest, na który Rubens zdaje się reagować. Małżeństwo ułożyło się stabilnie: doczekało się trójki dzieci, zakupiło rozległą posiadłość...
Rubens znów wykazał się inteligentną dezynwolturą. Choć cieszył się tytułem nadwornego malarza hiszpańskich namiestników Niderlandów, nie zdecydował się na wyjazd do metropolitalnej Brukseli. W Antwerpii był jedynym malarzem nadwornym – a fakt, że zamożni klienci zjeżdżali na prowincję do jego pracowni, tylko umacniał prestiż i pobudzał ciekawość (odwiedził go tu m.in. Władysław Waza, późniejszy król Polski, zaś na podstawie powstałych wówczas szkiców uczniowie Rubensa wykonali portret, wiszący dziś na Wawelu).
Artysta-biznesmen wykorzystał również 20-letnie zawieszenie broni, które w 1609 r. podpisały hiszpańskie południe kraju i protestancka północ Zjednoczonych Prowincji. Antwerpia, jeszcze niedawno bastion reformacji, szybko przeistaczała się w jedno z centrów kontrreformacji. I choć Jan Rubens był swego czasu gorliwym zwolennikiem Kalwina, jego syn zrozumiał, że otwiera się przed nim wielka szansa: zniszczone protestanckim ikonoklazmem katolickie świątynie będą potrzebowały nowej sztuki.
Maria: apoteoza
A to oznaczało: sztuki reprezentującej „siłę i patos” – Kościoła i Monarchii. Ale także sztuki grającej emocjonalnością, żywotnością i namiętnością ukrywającymi się w politycznym albo religijnym kostiumie – co siłą rzeczy prowadziło do rozbudowanej alegorii. Realizacja tego programu nie zawsze była łatwa. Bo jak pokazać np. majestat zamożnych habsburskich promotorów, skoro ich twarze były, mówiąc delikatnie, nijakie? Elokwentny nie tylko językowo Rubens potrafił to zrobić, ponad realizm stawiając ideę. Albo, co chyba ważniejsze: formę.
Pamiętam wrażenie, jakie przed wielu laty zrobił na mnie zobaczony w Paryżu cykl 24 wielkoformatowych obrazów poświęconych Marii Medycejskiej (największe tego typu przedsięwzięcie w historii malarstwa sztalugowego) – nieszczęśliwej żonie Henryka IV, po jego śmierci sprawującej władzę w imieniu syna, późniejszego Ludwika XIII, wygnanej z kraju za sprawą jego słabego charakteru i intryg politycznych kardynała Richelieu.
Dzieła Rubensa to majstersztyk obejścia, uniku, ucieczki od kronikarstwa, które musiałoby epatować brutalnością. Zamiast historycznego zapisu naładowana erotyzmem, i to bynajmniej nie cukierkowym, scena mitologiczna. W kompozycji pt. „Przybycie Marii Medycejskiej do Marsylii” (1622-25) królowa nie należy do świata polityki, ale jest dostojną, emanującą seksem boginią.
Czyż w tym kontekście dziwić może postulat, by kolejne wydanie „Trzech muszkieterów” (koniecznie w najnowszym tłumaczeniu Janiny i Krzysztofa Błońskich!) opublikować z reprodukcjami dzieł Antwerpczyka? Ze swadą i wyobraźnią portretował wszak Ludwika XIII, Annę Austriaczkę, księcia Buckingham, bohaterów powieści Aleksandra Dumasa. Narracja w jego obrazach toczy się równie wartko, jak w książkach młodszego o kilka pokoleń Francuza, łącząc harmonijnie dworskość i niewulgarną dosadność. Tu rzeczywiście, jak pisała Wisława Szymborska, „tyje ciasto w dzieży, / parują łaźnie, rumienią się wina / cwałują niebem prosięta obłoków, / rżą trąby na fizyczny alarm”.
Helena: namiętność
Izabela Brandt zmarła w 1626 r. Cztery lata później artysta poślubił jej szwagierkę, Helenę Fourment, córkę zamożnego kupca handlującego jedwabiem. Dziewczyna miała lat 16, on – 54, jednak różnica wieku raczej sprzyjała temu małżeństwu, niż przeszkadzała. Rubens był absolutnie zafascynowany żoną, co łatwo udowodnić, wskazując na zmiany zachodzące wówczas w jego stylu: obrazy stają się miękkie, świetliste, jaśniejsze, łagodniejsze.
Fascynacja ta miała różne wymiary. Przypatrzmy się najsłynniejszemu z nich (dziś w Wiedniu): stoi przed nami kobieta o obfitych kształtach (przy czym każdy wałeczek tłuszczu malowany jest pieszczotliwymi pociągnięciami pędzla); próbuje zakryć wdzięki potężnym, ciemnym futrem, co wywołuje dość dwuznaczne skojarzenia. Prawdziwa Venus Pudica, podniecająca w swoim (pozornym) zawstydzeniu. „Oswajająca” Herkulesa – pogromcę lwa nemejskiego.
Z kolei Metropolitan Museum of Arts posiada obraz, na którym Rubens spaceruje po Ogrodzie Miłości z żoną i synkiem. Atmosfera tej kompozycji jest zupełnie inna: ot, słoneczne, niedzielne południe, kiedy rodzina w oczekiwaniu na obiad wybiera się na spacer. Apoteoza udanego życia rodzinnego, dla którego konieczne jest dziecko. Wyraz wdzięczności do żony, która została matką.
Wreszcie Luwr i Helena w czarnej sukni hiszpańskiej, modnej i drogiej. Stoi na schodach „włoskiego” pałacu, który jej mąż zbudował w Antwerpii. W tle powóz zaprzężony w dwa konie, klacz i ogiera. To nie tylko malarski „katalog” rodzinnego majątku, ale kolejna alegoria: dziś powiedzielibyśmy: „związku partnerskiego”. Beze mnie nie byłoby ciebie, ale i mnie nie byłoby bez ciebie – mówi malarz.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, historyk i krytyk sztuki. Autorka książki „Sztetl. Śladami żydowskich miasteczek” (2005).

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]