Syndrom stalingradzki

Raz jeszcze się okazało, że w polityce nieuchronna jest tylko niepewność.
Czyta się kilka minut

Gdy w październikowych sondażach PO po raz pierwszy od 5 lat została wyprzedzona przez PiS, wielu komentatorów – na czele z sympatykami tej ostatniej – uznało to za początek równi pochyłej.

Jest faktem, że Jarosław Kaczyński, organizujący ekonomiczne debaty z ekspertami i wystawiający kandydata na premiera łamiącego negatywne stereotypy swojego ugrupowania, okazał się dla Donalda Tuska znacznie poważniejszym zagrożeniem niż wtedy, gdy w emocjach rzucał najcięższe oskarżenia. Wystarczyła jedna publikacja „Rzeczpospolitej” o rzekomym trotylu na wraku tupolewa, by postawić cały osiągnięty efekt pod znakiem zapytania. Dziś wahnięcie w drugą stronę jest wyraźne. Czy to jednak zamyka sprawę? Czy naprawdę, gdy tylko rządzący wpadną w kłopoty, wystarczy podpuścić lidera opozycji, który postraszy skłaniających się ku niemu wyborców?

To, że Donald Tusk utrzymuje swoją pozycję dzięki prezentom od politycznych przeciwników, nie znaczy, że tak będzie zawsze. Łatwo tu popaść w coś, co nazywam „syndromem stalingradzkim”. Przez pierwsze półtora roku walk na froncie wschodnim Armia Czerwona podjęła szereg kontruderzeń. Wszystkie były fatalnie pomyślane, przygotowane i przeprowadzone. Z przekonaniem, że tak już będzie zawsze, Wehrmacht szturmował Stalingrad, lecz tym razem natknął się na kontrofensywę o niespotykanych dotąd standardach. Na coś takiego Niemcy nie byli przygotowani, doznając klęski większej niż jakakolwiek w przeszłości.

Ci, którym brakuje skuteczności, nie są na to skazani. Nie ma co wierzyć, że władza nieuchronnie się zużywa. Nie ma co wierzyć, że opozycja zawsze przegra z partią władzy. Traci ten, kto popełnia błędy – tylko i aż tyle.

Niezależnie od sympatii politycznych jesienny polityczny cyklon może mieć dobre skutki. Może przypomnieć politykom, że muszą się starać bardziej. Muszą się zmagać z własną bezwolnością czy z nadpobudliwością. I szukać nowych sposobów zabiegania o zrozumienie współobywateli. Za trzy lata będzie można zebrać owoce.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 48/2012