Reklama

Świadectwo z ziemi niewoli

Świadectwo z ziemi niewoli

07.12.2003
Czyta się kilka minut
Gruby tom brałem do ręki z nieufnością; niezbyt fortunny tytuł do lektury nie zachęcał. Ale od razu, co tu owijać w bawełnę, zatrzymałem wzrok na tekście z okładki. To fragment “Archipelagu Gułag", w którym Sołżenicyn z najwyższym uznaniem wspomina autora.
W

Wspomnienia Jerzego Juliana Węgierskiego, potomka starej szlacheckiej rodziny, obejmują trzy historyczne epoki. Pierwsza, do Września ’39, to losy typowego polskiego inteligenta: studia na lwowskiej politechnice, pierwsza praca, pierwsze polityczne doświadczenia. Sporo tu interesujących obserwacji, dotyczących stosunków społecznych i narodowościowych na kresach.

O wadze książki stanowi jednak jej część środkowa, obejmująca lata już po zesłaniu w głąb Rosji. Sowieckie łagry, życie w nich i niewolnicza praca, to temat, zdawałoby się, już wyeksploatowany. Cóż więcej można powiedzieć po Sołżenicynie, Herlingu-Grudzińskim, Cybulskim i tylu innych? A jednak drobiazgowy, niekiedy pedantyczny opis obozowej codzienności nabiera pod piórem Węgierskiego niepowtarzalnego wyrazu.

Autor, oficer Armii Krajowej, “zwiedził" w sumie kilkanaście obozów, przebywał w nich ponad dziesięć lat i stał się w końcu “zekiem" doświadczonym. Z czasem i obozowe naczalstwo potrafiło docenić jego fachowe umiejętności inżyniera; coś tam więc odmierzał, coś projektował, niekiedy nawet opracowywał dalekosiężne plany jakichś tajemniczych wodnych zapór.

Zanim jednak do tego doszło, przenosił z miejsca na miejsce ciężkie głazy, rąbał lasy i umierał z głodu. Był ulepiony ze szczególnej gliny, co nie mogło ujść uwadze współwięźniów. Potrafił zachować godność i poczucie humoru. Otoczony był szacunkiem, choć równocześnie patrzono na niego jak na dziwoląga z innej planety.

W jednym z obozów spotkał Aleksandra Sołżenicyna. Po latach noblista dał piękny portret łagiernika Węgierskiego. Rzecz dzieje się w początku 1952 roku, w obozie wybucha bunt więźniów, potem głodówka, która wkrótce się załamuje. W nagrodę zapowiedziano lepszą niż zwykle kolację.

“I tu zrozumiałem - pisze Sołżenicyn - co to jest polska duma, na czym polegał sekret polskich powstań tak pełnych zapamiętania. Polak, inżynier Jerzy Węgierski, był teraz w naszej brygadzie. (...) Nawet gdy był kierownikiem robót, nikt nie słyszał od niego ostrego słowa. Był zawsze cichy, uprzejmy, wyrozumiały. A teraz twarz mu się zmieniła. Z gniewem, pogardą i męką odwrócił oczy od tego żebraczego orszaku, wyprostował się i krzyknął ze złością, donośnie: - Brygadzisto! Mnie proszę na kolację nie budzić! Ja nie pójdę!

Wdrapał się na górne nary, odwrócił się do ściany - i nie wstał. Myśmy w nocy poszli jeść - a ten nie wstał. Nie dostawał paczek, był zupełnie sam, nigdy nie bywał syty - a nie wstał. Para unosząca się nad gorącą kaszą nie mogła mu przesłonić obrazu bezcielesnej Wolności. Gdybyśmy wszyscy byli tacy dumni i nieustępliwi - to jaki tyran by się ostał?".

Te cechy charakteru utrudniały jednak raczej życie w obozie. Łatwiej było przeżyć, gdy się nie miało skrupułów, a honor chowało na lepsze czasy...

W końcu lepsze czasy jednak nadeszły i Węgierski w sierpniu 1954 roku odzyskał wolność. Była to na razie wolność w wydaniu sowieckim: zgoda na osiedlenie się w okolicach obozu w kazachskiej lepiance. I to zresztą nie było takie proste: należało się najpierw zgłosić na milicji i podpisać oświadczenie, że w razie samowolnego opuszczenia miejsca pobytu grozi piętnaście lat katorgi. Były łagiernik musiał nadto wyrazić zgodę na dożywotni pobyt na radzieckiej ziemi. Bez takiego cyrografu wracało się tam, skąd się wyszło. Obozowa szkoła życia okazała się przydatna w każdych warunkach. Węgierski nawet i w tej kazachskiej wiosce potrafił zapuścić korzenie. Dostał pracę w swoim zawodzie i nawet wcale niezłą pensję; tacy jak on fachowcy byli tu na wagę złota.

Wraz ze zmianą konfiguracji politycznej wracała nadzieja na powrót do kraju. Należało myśleć o ułożeniu sobie dalszego życia. Czy po wieloletnim pobycie z dala od normalnego świata było to w ogóle możliwe? Na to pytanie daje odpowiedź trzecia część książki. Frapujący jest opis nowego początku, spojrzenie świeżym okiem na Polskę, pierwsze rozczarowania, ale i konieczność wdrożenia się do względnej normalności.

Ostatnie rozdziały tej prawdziwie polskiej sagi pobrzmiewają już całkiem swojsko. Autor, osiągnąwszy stabilizację i tytuł profesorski, obok pracy naukowej oddaje się działalności kombatanckiej. Odszukuje dawnych towarzyszy broni z lwowskiej konspiracji, nawiązuje nowe kontakty. Raz po raz wpadamy tu jednak w dobrze znane polskie piekiełko: małe i duże intrygi, niezdrowe ambicje...

Szkoda, że ta cenna pozycja, tak wiele mówiąca o polskich losach na nieludzkiej ziemi, nie została poddana fachowej redakcyjnej obróbce. Można by wtedy uniknąć powtórzeń i stylistycznych niezręczności. Nie zmienia to jednak faktu, że nie powinna ona ujść uwadze badaczom naszych najnowszych dziejów i wszystkich zainteresowanych tym wciąż żywym tematem.

JERZY JULIAN WĘGIERSKI: "BARDZO RÓŻNE ŻYCIE. WE LWOWIE, W SOWIECKICH ŁAGRACH. NA ŚLĄSKU". Katowice 2003.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]