Wiadomo, popkultura jest czymś na kształt wielkiej alchemicznej retorty, w której formują się nasze gusta, poglądy, fantazje i pragnienia. Potężne wytwórnie dysponujące stosownymi zasobami finansowymi tworzą obrazy świata wedle oczekiwań (wyrażanych wprost lub pośrednio) rozmaitych politycznych czy ekonomicznych agend. Style życia, upodobania, a przede wszystkim marzenia i aspiracje bohaterów rodzą się pod czujnym okiem producentów. Podobnie – hierarchie wartości. Co dobre, a co złe – to także w popularnych filmach, komiksach czy serialach podsuwają nam wyspecjalizowani suflerzy. Każdy względnie świadomy konsument tego typu rozrywki wie doskonale, że poszczególne dekady mają swoje klasyczne reprezentacje największych bezeceństw i zagrożeń. Skądinąd nierzadko – acz nie zawsze – odzwierciedlają one realne zagrożenia czy konflikty. Np. przed 1989 r. w amerykańskich blockbusterach często występowali w tych rolach Rosjanie, potem zastąpili ich bliskowschodni wyznawcy Allaha, a niedawno Rosjanie powrócili. Z kolei w zauważalnej części współczesnych sensacyjnych seriali brytyjskich zło nieodmiennie przybiera postać białego mężczyzny (lub mężczyzn) o prawicowych poglądach, który podszywa się, dajmy na to, pod radykalnego wojownika dżihadu, żeby chytrze, korzystając na społecznych stereotypach, odwrócić od siebie uwagę. Powtórzę: widać w tym pracę speców od politycznego PR-u, widać świadome formowanie postaw i stymulowanie szlaków skojarzeniowych.
Z drugiej jednak strony film i literatura to żywioły, nad którymi nie da się do końca zapanować, a ich wytrawni miłośnicy są wyjątkowo wyczuleni na sztampę i propagandę. Popkultura w swoim najlepszym wydaniu napędzana jest więc w pierwszej kolejności wyobraźnią i talentem twórców, które – tak bywa – przerastają możliwości poznawcze najbardziej nawet czujnych suflerów-producentów. Wówczas staje się czymś na kształt mapy zbiorowej nieświadomości, kłębowiskiem snów i pragnień, które przychodzą nie wiadomo skąd, i których nie da się zredukować li tylko do ekonomicznego czy politycznego interesu. Przyglądając się bacznie popkulturowemu uniwersum, dowiadujemy się więc zarówno tego, która polityczna agenda jest dziś najbardziej wpływowa, jak i tego, na co ta agenda wpływu nie ma i mieć nie będzie. A niekiedy to właśnie ona – za jej własne pieniądze (przypomina to czasem, paradoksalnie, gry z cenzurą w minionej epoce) – podlega sprytnej demaskacji i dekonstrukcji.
Przez ten właśnie pryzmat obejrzałem serial „Rozdzielenie”, powstający pod reżyserską i producencką opieką Bena Stillera (tak, tak, tego Bena Stillera) oraz kinowy body-horror „Substancja” w reżyserii Coralie Fargeat. Oba mają wyraźny polityczno-kulturowy wydźwięk – krytyka korporacjonizmu w „Rozdzieleniu” (o czym świetnie pisał u nas tydzień temu Jakub Majmurek) oraz patriarchatu w „The Substance” – a na pierwszym planie pojawia się motyw rozszczepienia, dysocjacji, rozbicia podmiotu na dwie równoległe instancje, z których każda nie wie o istnieniu tej drugiej. Jako motyw literacki czy filmowy ma to oczywiście bujną historię, wystarczy wymienić klasyczną nowelę „Dr Jekyll i Mr Hyde” Roberta L. Stevensona czy też komiksy o Hulku, Supermanie albo Batmanie. W latach 90. ubiegłego stulecia o rozszczepieniu w tej czy innej postaci traktowały m.in. takie powieści, a potem filmy, jak „Fight Club” czy „American Psycho”. Słowem, rzecz jest w zachodnim imaginarium mocno zakorzeniona i co jakiś czas powraca. Tym razem jednak – w nieco odmiennym, choć również doskonale nam już znanym, kostiumie.
Nie wchodząc w głębinowe analizy, lecz tylko felietonowo markując: doświadczenie rozszczepienia w „Rozdzieleniu” i „Substancji” bierze się z pochwycenia bohaterów w przemyślnie zastawioną pułapkę. Z ich wiary w uwodzicielską obietnicę, że istnieją idealne rozwiązania nierozwiązywalnych problemów, i że dostęp do nich można kupić, a może nawet otrzymać w prezencie. Od supernowoczesnej korporacji, dysponującej technologią, która umożliwia wytworzenie alternatywnej tożsamości pracownika. Tożsamości, która nie styka się w żadnym punkcie z jego życiem poza pracą (nawiasem mówiąc, jest to na swój sposób atrakcyjne, nieprawdaż?). Albo od supernowoczesnego, lifestylowo-farmaceutycznego startupu, oferującego substancję zdolną na pewien czas przemienić klienta w „najlepszą wersję siebie”: młodą, piękną, sprawną, a co najważniejsze – budzącą pożądanie. Tak doskonałą, tak idealną, że łatwo zapomnieć o wersji realnej – co oczywiście głównej bohaterce, domyślamy się tego od początku, z pewnością musi się w końcu przytrafić.
Osobliwie (może to nieświadomość wprowadziła do fabuły podobne wątki, symbole i nawiązania?), zarówno w „Severance”, jak i w „The Substance”, ta technologiczno-korporacyjna rzeczywistość ma... iście diaboliczną proweniencję. Uwodzi bezwzględnie, eksploatuje bez żadnych zawahań, gotowa jest na wszystko, byleby zapewnić sobie więcej zysku. Żeruje przy tym na najgłębszych, odwiecznych, archetypowych pragnieniach, najbardziej rozpaczliwych potrzebach, lękach, wobec których stajemy się dziś coraz bardziej bezradni. Piękno, wieczna młodość, zapomnienie o stracie, której nie da się znieść, której nie da się zaakceptować. Na te luki, rany, lęki i niepokoje, z którymi lepiej lub gorzej oswajały nas ongiś kultura i religia, odpowiadają dziś rynek i technologia, mamiąc nas dokładnie tą samą fałszywą nadzieją, przed którą kultura i religia zawsze przestrzegały. Szepczą: „młodość i piękno da się zachować, straty da się uniknąć, pożądanie utrzymać na zawsze. Trzeba tylko podpisać cyrograf, pardon, umowę, kontrakt, zobowiązanie...”.
Upiornie trafna metafora, nieprawdaż?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















