Spotkanie ze sobą: czym jest Vision Quest

Siedzę w lesie, głodny, w kręgu z patyków o promieniu kilku metrów, którego nie opuszczę przez cztery doby. Nie mam książek, telefonu, zegarka. Mam swoje myśli, lęki, wspomnienia i nadzieje.
Czyta się kilka minut
Karolina i Mieszko Stanisławscy z córką Roską. Beskid Sądecki, lipiec 2024 r. // Fot. Tori Ferenc
Karolina i Mieszko Stanisławscy z córką Roską. Beskid Sądecki, lipiec 2024 r. // Fot. Tori Ferenc
Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Stanisławscy przystosowali Vision Quest do warunków współczesnej Polski. Prowadzą odosobnienia jako jedną z działalności Fundacji Bycie w Lesie. Beskid Sądecki, lipiec 2024 r. // Fot. Tori Ferenc

Wyjaśnili, jak szczekają jelenie, gdy się wystraszą, po czym poznać puszczyka i jak umocować nad hamakiem tarp, żeby nie gromadził wody. No i jeszcze kilka wskazówek o tym, żeby do kręgu z patyków zaprosić lęk, gniew i wszystko to, co wypluje umysł, kiedy tak sobie siedzisz w lesie, gdzieś pod Szczawnicą, pośrodku lipcowej nocy, pośród tańczących świetlików i własnych snów. Dali wskazówki, jak pracować z umysłem, jak to przeżyć w zdrowiu. A potem poszli, zostawiając alarmowy gwizdek na wypadek nagły. „Dlaczego strzeliło mi to do głowy, skąd ten pomysł, po co?”. Pytam i naprawdę nie pamiętam.

„Jeśli masz odwagę spotkać się ze sobą w ciszy, całe twoje życie wynika z tego spotkania. Jeśli nie masz na to odwagi, całe życie wynika z ucieczki”. Tak mi powiedział pewien mądry człowiek kilka lat przed pomysłem wyjazdu na Vision Quest, czyli rytualny post i odosobnienie w lesie. Odkąd mi tak powiedział, zwiększyła mi się świadomość bezkresu czasu, który inwestuję codziennie w ucieczkę, ale nawyk pozostał. Po drodze poznałem medytację, nauczycieli, czytałem książki.

Kolorowe ptaki

W dzień moich czterdziestych urodzin na Polanie Wobra w Lesie Wolskim padał deszcz. Mieszko i Karolina przyszli pachnący ogniskiem i lasem, w prezencie dali mi Vision Quest. Dwa lata później skorzystałem z zaproszenia i tak trafiłem pod drzewo w lesie – sam, bez telefonu, notatnika, książki, jedzenia.

Po kilkudniowych przygotowaniach w domu (lekkie jedzenie, refleksja nad intencjami, więcej medytacji), ośmioro z nas zebrało się w niedzielne popołudnie na parkingu za Szczawnicą. Dzień był upalny, a ludzie wydali mi się dziwni. Kolorowe ptaki. Na pierwszy rzut oka poturbowani i obolali. Nasz przewodnik Mieszko pachniał dymem z ogniska, na głowie miał turban. Szliśmy gęsiego przez wyschnięty las ku górze, na której czekało indiańskie tipi – skrzyżowane u sklepienia bale drewna szczelnie owinięte impregnowaną grubą bawełną, w kształcie koła.

W skosach pomiędzy ziemią a materiałem u krawędzi namiotu leżały szamańskie grzechotki, bębny, zioła. Na ziemi dywany i wygodne maty. W centrum tipi – Karolina Stanisławska, o wschodnio skośnych oczach, wystających kościach policzkowych, szczupła i opalona na złoto. Podała zupę z gara ustawionego nad ogniem na żelaznych prętach.

Zasiedliśmy w kręgu. Opowiadają, jak wytrzymać ze sobą w lesie. Wszystko mnie drażni – ludzie, ten hipisowski klimat, zapachy, las... kiedy w końcu będę sam?

Bez small-talku

Co może mnie spotkać, jakie zwierzęta tutaj żyją, co ze sobą począć, gdy w lesie najdzie mnie strach... Instrukcje, instrukcje, a potem ludzie po kolei opowiadają o tym, z jakimi intencjami tutaj przyjechali. Każdy ze swoją troską. Mężczyzna w średnim wieku mówi o lęku przed odpowiedzialnością za rodzinę. Czerwonowłosa szczupła kobieta o samotności. Inna uważa, że jest dębem i przyjechała szukać swojej melodii. 21-letni student medycyny zachowuje się jak fan Jima Morrisona podążający za idolem na swoją pustynię.

No i ja – sceptyczny dziennikarz w średnim wieku, uczulony na hipisów, słowiańskie pieśni i długowłose naturalistki. Chcę słuchać i nie oceniać, myślę, że każdy ma swoje, nic mi do tego. Trudno mi jednak nie oceniać. Oto miejskie wykształciuchy z tzw. klasy średniej płacą za doświadczenie siedzenia w lesie pod Szczawnicą innym wykształciuchom z klasy średniej, którzy spędzili kilka miesięcy w Amazonii z szamanami i jeszcze kilka w Indiach, praktykując buddyzm. Chociaż znam Mieszka i Karolinę od dawna i wierzę w ich moralną solidność, filozoficzne zacięcie i ekologizm, trudno mi w duchu nie śmiać się z tych grzechotek, bębnów i czegoś, co wygląda mi na zabawę w Indian.

– Po co te grzechotki, ognie, rozmowy w kole? – pytam.

– Tego typu zabiegi, używanie pieśni, muzyki, bębnów, grzechotek są dla ludzi bardziej z obszaru „nieznane” niż „znane”. Niecodzienne. To sprawia, że mogą dotrzeć do niezbadanych obszarów swojej psychiki w łatwiejszy sposób. No i też, jeżeli stwarzamy bardziej rytualną przestrzeń, nie ma miejsca na small talk, rozmowy o niczym – odpowiada Karolina.

Pomysł Vision Quest, czyli wypraw w poszukiwaniu wizji, pochodzi od północnoamerykańskich Indian. Beskid Sądecki, lipiec 2024 r. // Fot. Tori Ferenc

To nie fabryka desek

Stanisławscy zasłynęli kilka lat temu akcją „Wolny Las", w ramach której zebrali ponad 100 tysięcy złotych od dobrowolnych darczyńców na zakup ziemi porośniętej lasem, któremu mieli pozwolić rosnąć po swojemu, bez ingerencji człowieka. To był ich niemy protest przeciwko wycinkom i rujnowaniu drzewostanu, „żeby ludzie widzieli przyrodę jako coś ważnego, a nie fabrykę desek”, jak ujęła to Karolina.

Oboje są skupieni, raczej cisi. On – wysoki, chudy, z wykształcenia filozof, z natury romantyk. Ona – instruktorka jogi, tancerka, ma odważne spojrzenie, mówi jasno i stanowczo, wie, czego chce. Chodzą po lesie boso, a między nogami biega Roska – ich malutka córeczka, którą wychowują po swojemu. Często słyszą pytania o przedszkole, szkołę, komunię... pytania od nas, żyjących w trybikach społeczeństwa. A oni żyją sobie w lesie, w tipi. Mieszko organizuje wyprawy z ludźmi w głąb puszczy, a razem prowadzą Vision Questy. Jak mówią: – Las może być dla nas przestrzenią, gdzie możemy się wyciszyć, zrelaksować, a z takich pragmatycznych rzeczy, znaleźć wytchnienie, świeże powietrze.

Pomysł Vision Quest, czyli wypraw w poszukiwaniu wizji, pochodzi od północnoamerykańskich Indian, którzy przeżywali kilka dni o głodzie w odosobnieniu jako element rytuału przejścia z dzieciństwa w dorosłość. Odbywali go ponoć chłopcy przed swoim pierwszym polowaniem. Lub szamani poszukujący klarownych odpowiedzi.

Stanisławscy przystosowali Vision Quest do warunków współczesnej Polski. Prowadzą odosobnienia jako jedną z działalności Fundacji Bycie w Lesie, promującej szacunek do przyrody i jej dobroczynny wpływ na ludzi.

– Człowiek potrzebuje kontaktu z przyrodą, a las to miejsce, gdzie od pokoleń ludzie chodzą, żeby przeżywać wzruszenia, tęsknić, kochać, płakać, podziwiać, zachwycać się – mówi Mieszko.

Trybiki pracują

Gdy rytuały wstępne dobiegają końca, idziemy wybrać swoje miejsce w lesie. Oznaczyć je kręgiem patyków. Tam spędzimy cztery doby. Mój punkt położony jest na stoku dolinki, którą płynie nieśmiały strumyczek. Buki, jodły, paprocie. Cudowny zapach runa pod bosymi stopami. Zielonkawe miękkie światło. Hamak.

Pierwszy dzień przesypiam niemal cały w kokonie huśtawki rozpostartej pomiędzy drzewami. W głowie troski, myśli, niepokoje. Czy bombardują u teściowej z Ukrainy, czy „Tygodnik” zechce mój tekst, czy zapłaciłem ZUS, co jeszcze do naprawienia, czy wystarczy mi pieniędzy... Bujam się w hamaku, a trybiki pracują. Doba mija jak krew z nosa, ratuje mnie przerywany sen.

Wieczorem budzą się świetliki, jak chińskie lampiony rozbujane chaosem powiewów. Poza myślami – spokój. Zawsze wydawało mi się, że las nocą jest jak cmentarz po zmierzchu, straszy i patrzy sowimi oczami. Jaś i Małgosia nie przez przypadek zgubili się w puszczy właśnie nocą. A tutaj panuje spokój. Czasami przeleci ptak, ugryzie komar, wysoko przepłynie samolot. Poza tym długie i przewlekłe sam na sam z myślami. 

Dużo czasu

Na drugi dzień wspomnienia. Pierwszy raz sam w lesie, mam siedemnaście lat i chcę być jak Hemingway. Siedzę w bacówce pod Halą Łabowską. „Pożegnanie z bronią”, butelka wódki. I potężny niepokój, nieprzystosowanie, emocji targanie. Każdy dźwięk jak wystrzał. Każdy nowy zapach jak przestroga. Miał być weekend, wytrzymuję jedną noc. Pijany i zły.

Teraz znowu jestem w lesie. Sam. Minęło tyle lat. Kariera, podróże, poszukiwania. Chyba jednak kilka pożytecznych przemyśleń, bo teraz nie ma tu ze mną lęku. Spokojnym łukiem nade mną przelatuje sowa. Wieczorem w krzakach szczeka przerażony moim zapachem jeleń. Czasami nachodzi mnie myśl o jedzeniu, ale odganiam ją jak komary.

„Te dni się dłużą i wydaje się, że jeden dzień trwa wieczność, a to są cztery doby, więc jest bardzo dużo czasu, bo nie ma żadnych rozpraszaczy. Niczym innym się nie da zająć niż sobą. Jesteś tylko ze sobą i z tym, co masz w sobie. Więc tak, jest to dużo czasu”. Tak mówił Mieszko. I faktycznie to jest dużo czasu. 

Świat beze mnie

Trzeciego dnia przychodzi lęk. Skurcze mięśni i niepokój. Siedzę i oddycham w zaciśnięte serce. Spotkanie ze sobą w ciszy. Wspomnienia matki, babki, Kazimierza nad Wisłą, gdy dorastałem. A potem suche kalkulacje finansowe, pomysły. Chciałbym zapisać. Nie mam na czym. To dziwne odczucie – niepokój w obrębie spokoju. Poza tym nic. I w końcu popołudnie. Przychodzi burza. Siedzę w hamaku i patrzę na deszcz, słucham, jak spada na liście, czuję jego świeży zapach. I to mnie koi.

Znowu noc. Przypominam sobie słowa Karo: „Można to odnieść do podróży bohatera, który wyrusza gdzieś i spotyka smoki i inne trudności. Z tym że Vision Quest nie odbywa się w przestrzeni zewnętrznej, tylko wewnętrznej przestrzeni naszego umysłu”.

Ciągle łapię się na tym, że śledzę ruch słońca, żeby wybadać, ile jeszcze, który to dzień, kiedy po mnie przyjdą. Tylko dlaczego? Jest mi przecież dobrze. Cicho. Pięknie. Dokąd miałbym iść? Po co? Czy świat beze mnie sobie radzi? Czy ja radzę sobie bez świata? Dokąd pcha mnie nawyk? Kto pyta?

Marcin Wójcik podczas pobytu na Vision Quest, rytualnym poście i odosobnieniu w lesie. // Fot. Mieszko Stanisławski / Bycie w lesie

Zielono mi

Czwartek. Nie liczę już czasu. Patrzę, jak światło zmienia się na liściach. Czasami medytuję. Jestem słaby z głodu. Kręci mi się w głowie, gdy za szybko wstanę. Wilgotny po burzy las zionie zgniłymi liśćmi i mokrą korą. Nie wiedziałem, że są takie zapachy, że widok paproci może wzruszyć, że komar nie musi drażnić, że czas płynie w swoim własnym czasie. Sądziłem, że to doświadczenie będzie trudne. Że sny, lęki, że las straszny, że przemijanie nieznośne, dziki przyjdą i wilcy. A tu nic. Zielono mi.

Co ja powiem? Jaka tam „podróż wojownika”? Ot, kilka dni w lesie. A jednak. Kilka dni w lesie. 

W piątkowe południe przychodzą Mieszko i Karo. Mają serdeczne i roześmiane oczy. Spokojni, jak kochający rodzice. Prowadzą do tipi. Tam pierwsza zupa. Kilka warzyw bez przypraw i soli wrzuconych na wrzątek. Żołądek musi się przyzwyczajać do jedzenia. I wszystko smakuje, jak zapach nowej krainy, jak obraz nowej ziemi, ląd nieznany. Taniec Heleny. Jak pierwszy raz.

Potem zasiadamy w kręgu. Znowu bębny, zioła, hipisi naszej ery. Czerwonowłosa i pan w średnim wieku spokojni, piękniejsi jacyś, mówią niewiele. Jim Morrison nie wytrzymał i wyjechał przed czasem. Wszyscy wzruszeni mówią o swoich doświadczeniach, przesiąknięci zapachem dymu z ogniska, brudni i szczęśliwi. Przestali mnie drażnić. Siedzę wśród ludzi, którzy spędzili odważnie cztery dobry w lesie sami ze sobą, swoimi lękami i nadziejami. I, być może, wszystko po tym spotkaniu wyniknie poniekąd z niego? 

Za ścianą

Tam w świecie na dole wszelkie przejawy buntu wchłonęły już marki odzieżowe. Punki ubierają się dzisiaj w HM-ie. A tutaj na górze siedzą pachnący lasem i dymem Stanisławscy, którzy drugą połowę roku spędzą gdzieś w Turcji albo na hiszpańskiej wysepce, z dala od naszego świata. Nonkonformiści i wykształciuchy, którzy odważyli się żyć w ciszy.

– Czy to z waszej perspektywy jest jakiś akt odwagi? Takie wycofanie ze społeczeństwa? – pytam.

Karolina: – Na ten moment dla mnie aktem odwagi jest spędzenie długiego czasu w mieście, bo widzę, co nam to robi. Przez jakiś czas jestem w stanie utrzymać tę harmonię i balans, którą zbudowałam w lesie, ale jak się już rzucam w wir miejskich zdarzeń, to one się dzień za dniem coraz bardziej zacierają, stają mniej wyraźne i widzę, jak fizycznie i mentalnie zaczynam chorować.

– Czy społeczeństwo jest chore?

– Na pewno to, że jesteśmy tak daleko od natury i traktujemy ją tak przedmiotowo, jest przejawem jakiegoś rodzaju choroby. Bo z tego powstaliśmy, z tego jesteśmy, z tego wyrośliśmy i w pewnym sensie jesteśmy tym, a uważamy się za coś innego.

Siedzimy wokół ognia. Powoli zbliża się noc. Ostatnia noc w lesie. Opowiadam o spokoju i zieleni, ciszy i pogodzeniu. I coś mi tu nie gra, że tak łatwo i miło. Jakże chciałbym się tym podzielić z bliskimi, podarować to doświadczenie przyjaciołom. Znowu krąg, kobiety mówią o menstruacji, mężczyźni o odpowiedzialności, niemal każde z nas – o potrzebie autentyczności, ja – o moim gniewie. Dawno już nie mówiłem z nikim o tym, co mną miota. A już nigdy z obcymi. Płyną łzy. Za jaką ścianą ja mieszkam? Za jakim murem? 

Pomieścić zgiełk

Pakujemy obóz, plecaki pełne niepotrzebnych książek, notatników, zegarków, telefonów, które w końcu trzeba będzie włączyć. Schodzimy grupą na parking. Rozżarzone żelastwo samochodów. Pożegnania z czerwonowłosą, panem w średnim wieku i panią, która czuła się dębem. Serdecznie i miło.

Ruszamy. Jadę samochodem i po raz pierwszy nie łamię przepisów, nie włączam radia, nie wyprzedzam, nie słucham wiadomości. Nie komentuję wydarzeń na drodze ani zachowania innych kierowców. Czuję dotyk kierownicy. Patrzę na zmieniające się światło. A w domu niespodzianka. Teściowa z Ukrainy przyjechała o kilka dni wcześniej, niż zapowiadała. Przyjechała pociągiem ze wschodu. Przestraszona, napięta, zacięta. I cała ta wyprawa zaczyna mieć nowy sens. Być może przywiozłem tę ciszę właśnie po to, żeby pomieścić jej zgiełk? Boję się włączać wiadomości, ale po tych kilku dniach informacje wyczytuję w twarzach napotkanych ludzi. Nie są to dobre wiadomości. Korki, zgiełk, kryzys, zamach na Trumpa. Ktoś tam z kimś wygrał czy przegrał w piłkę.

Wyobraź sobie tylko: siedzisz o głodzie w kręgu z patyków o promieniu czterech, pięciu metrów, którego nie opuścisz przez cztery doby. Bez książek, telefonu, zegarka. Ziemia pachnie deszczem, bukowo-jodłowy las dostarcza cienia oraz miękko-zielonkawego światła, które zmienia się bezustannie, jak nastrój. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Spotkanie ze sobą