Śmiertelna cisza

Prześledzona na miejscu, krok po kroku, historia dzieci zmarłych w puckiej rodzinie zastępczej wydaje się dziś jeszcze bardziej nierealna niż półtora miesiąca temu. Czy okaże się gwoździem do trumny polskiej pieczy zastępczej?

05.11.2012

Czyta się kilka minut

 / Fot. Joanna Grochocka
/ Fot. Joanna Grochocka

Na kimś, kto pamięta wrzawę wokół puckiego dramatu, aura na żarnowieckim cmentarzu miesiąc „po” musi zrobić wrażenie. Jest końcówka października, chłodne popołudnie, na starej, otoczonej wysokim ceglanym murem nekropolii nie ma ludzi.

Dwie drobne mogiły – metr na pięćdziesiąt centymetrów, jedna z desek polakierowanych na biało, druga z jasnego drewna – wbite są w pięć rzędów dziecięcych grobów. Dzisiaj nie różnią się niczym od pozostałych: kilka zniczy, które zdążyły zgasnąć; dwie wstęgi; cmentarz utopiony w grubej warstwie żółtych liści z gigantycznych lip, które do spółki z murem oddzielają teren od ulicy. Cicho i pusto. Jakby nie należały do dwójki dzieci, o których miesiąc wcześniej mówiła cała Polska.

– Kiedy w lipcu chowałem pierwsze, na pogrzebie była i rodzina zastępcza, i biologiczna – ks. Krzysztof Stachowski, proboszcz parafii pw. Zwiastowania Pana, szczupły, w jesiennym ortalionie, około czterdziestki, idzie między rzędami grobów w kierunku mogił Kacpra i Klaudii. – Co pamiętam? Że z kondolencjami pospieszyłem do rodziców zastępczych. „Nie dosyć, że wzięli dzieci, to jeszcze ich spotyka nieszczęście” – pomyślałem, bo znam wielu rodziców zastępczych i wiem, jacy to fantastyczni ludzie. Matka była roztrzęsiona, ojciec stał z tyłu. „Musicie być dla tych pozostałych” – tak im chyba mniej więcej powiedziałem.

– Kiedy kilka miesięcy później był drugi pochówek, już rodziców zastępczych nie było – z ks. Stachowskim przechodzimy do wyjścia z cmentarza w kierunku domu parafialnego: starej, schowanej za dziką roślinnością willi. – Nie modliliśmy się za dzieci, bo one były już w niebie, ale za rodzinę biologiczną, bo chwilę wcześniej pojawiło się w niej szóste dziecko. Żeby podołali, żeby jakoś to wszystko ogarnęli.

1. Mieszkali w oddalonej o kilka kilometrów stąd kaszubskiej wsi Odargowo (gmina Krokowa, powiat pucki). To tam zaczyna się cała historia: w szarym, jednopiętrowym domu w centralnej części wsi (pod oknem przystanki w obie strony i sklep), z którego dzisiaj – z kilkumiesięcznym dzieckiem na ręku – wychodzi młoda kobieta, bezgłośnie, choć stanowczo, odmawiając rozmowy.

Pierwsze dziecko rodzi się, kiedy kobieta ma 19, a jej mąż 20 lat. Kolejne przychodzą na świat niemal co roku. W ciągu sześciu lat, jakie miną od 2006 r., urodzi się szóstka (tylko ostatnie jest dzisiaj z biologiczną matką; pozostała trójka trafiła pod opiekę rodziny zastępczej).

Jak wyglądało te sześć lat?

Gdyby oddać głos mieszkańcom Odargowa, sprawa byłaby prosta. Matka? Prowadziła dzieci przez wieś za rączki. Wieś? Malowała ściany i pomagała materialnie. Gmina? Dopiero teraz wysyła do domu urzędników, wcześniej nie robiła nic. Tragedia? Gdyby dzieci zostały w rodzinie, dzisiaj żyłyby z matką (ojciec jest w więzieniu).

O tym, że nie wszystko było tak, jak mówi się we wsi, można usłyszeć z kilku źródeł. – Po pierwsze, to nie my odebraliśmy dzieci, zgłosiliśmy się jedynie o pomoc do sądu rodzinnego, który podjął taką decyzję – zaznacza Maria Żebrowska, kierowniczka krokowskiego GOPS-u. – Po drugie, dzieci nie zostały odebrane „za biedę”. Problem w tym, że atakuje nas połowa Polski, a my nie możemy się bronić, bo ujawnienie wszystkich okoliczności byłoby naruszeniem praw tej rodziny.

Pomoc – to wiemy na pewno – nie ograniczała się do wypłacania zasiłków. Od maja 2011 r. z rodziną pracuje w ich domu asystentka rodzinna. Odwiedza Odargowo niemal codziennie, aż do feralnego stycznia. Próbuje motywować do współpracy, pomaga w zwykłych czynnościach i wychowaniu dzieci. Bez efektów – inaczej niż w kilku innych, podobnych przypadkach zagrożonych rodzin w gminie. Dzieci są zaniedbywane, nie potrafią załatwiać najprostszych czynności fizjologicznych, słowem: rodzice nie spełniają funkcji wychowawczych. Do tego stopnia, że urzędnicy uznają ten stan za zagrażający dzieciom.

Tę wersję potwierdzają urzędnicy powiatu (skądinąd twierdzący, że gminy w Polsce zbyt szybko „pozbywają się” dzieci) oraz znający rodzinę biologiczną zmarłych dzieci proboszcz z Żarnowca. – Gdyby nie tragedia, wszyscy by dzisiaj mówili: „Co ona wyprawia z tymi dziećmi?” – mówi ks. Stachowski. – Dzisiaj jednak łatwo krytykować urzędników gminy. Za szybko zapominamy, co było kilka miesięcy wcześniej. Tak, decyzja o odebraniu dzieci była słuszna. Niezależnie od tego, jakie błędy popełniono na dalszych etapach.

2. Zostańmy przez moment na etapie pierwszym. To on, choć z pieczą zastępczą nie ma bezpośredniego związku (ta należy do kompetencji powiatów), ma dla jej kondycji kolosalne znaczenie. Można sprawę postawić nawet tak: gdyby pomoc rodzinom biologicznym w gminach działała w Polsce idealnie, gdyby funkcjonowała armia profesjonalnych asystentów rodzinnych (to powołani przez ustawę o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej pomocnicy, przyjaciele rodzin, którzy mają pomagać im wydźwignąć się z kłopotów), zapotrzebowanie na opiekę zastępczą byłoby o wiele mniejsze. Oczywiście z jednym zastrzeżeniem: nie wszystkim, nawet przy profesjonalnej pomocy, udaje się pomóc.

Jeśli spróbować osadzić ten etap puckiego dramatu w ogólnopolskich realiach, wniosek będzie taki: gminna pomoc społeczna zrobiła w Krokowej więcej, niż byliby w stanie uczynić urzędnicy w setkach innych gmin. Wysyłała asystentkę, która podczas dziesiątek spotkań próbowała coś zrobić. Dla polskiej gminy taki asystent to nadal swego rodzaju luksus: asystenci – choć mówi się o nich co najmniej od 2008 r., kiedy powstały założenia do nowej ustawy (weszła w życie w styczniu tego roku) – są dzisiaj, według szacunków Koalicji na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej, w ok. 40 proc. z nich.

Jak to możliwe? W kwietniu zmieniono dopiero co przyjętą ustawę. Ustawę – dodajmy – potrzebną i w pewnym sensie rewolucyjną, bo wytyczającą nową filozofię pieczy, z fundamentalną zasadą na czele: Polska ma stopniowo odchodzić od domów dziecka na rzecz opieki rodzinnej. I z zasadą drugą: jeśli chcemy uniknąć problemów z pieczą, pracujmy z zagrożonymi rodzinami biologicznymi.

Tyle że zgodnie z kwietniową nowelą zatrudnienie asystenta rodzinnego obligatoryjne stanie się dopiero w 2015 r. Powód? Brak pieniędzy. Są też inne problemy. – Nie mamy armii przygotowanych do pracy ludzi, bo przygotowując ustawę, nie zrobiono nic, by powstała dobrze przygotowana kadra do jej „zabezpieczenia” – mówi Joanna Luberadzka, szefowa Koalicji na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej.

Efekt systemowych braków? Pomoc społeczna bywa bezradna: kiedy sytuacja staje się dramatyczna, pozostaje odebranie dziecka z rodziny. Nie „z powodu biedy”, ale dlatego, że nie ma kto pomóc zagrożonej rodzinie, zanim pojawią się alkohol, konflikty z prawem, przemoc.

Powtórzmy: brak asystentów i solidnej pracy socjalnej nie dotyczy przypadku z Krokowej. Tutaj GOPS pomaga, dopóki się da. Kiedy już się nie da, dzieci trafiają do rodziny zastępczej.

3. Wcześniej jest jednak wrzesień 2010 r. To wtedy Cz., mieszkańcy nieodległego Pucka, otrzymują z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie kwalifikację na rodziców zastępczych: bez odpowiedniego szkolenia, praktyk oraz kompleksowego wywiadu środowiskowego.

Poszczególne instytucje działają w oderwaniu od pozostałych. PCPR nie pyta np. o opinię na temat Cz. szkoły, do której chodzi biologiczna córka świeżych rodziców zastępczych. Komunikacja nie działa też w odwrotnym kierunku.

Jest listopad 2010 r. Jedno z biologicznych dzieci Cz. przychodzi do puckiej podstawówki z siniakiem na twarzy.

9-letnia dziewczynka nie potrafi (nie chce? boi się?) odpowiedzieć wychowawczyni i psychologowi, skąd obrażenia, więc pracownicy szkoły doprowadzają do spotkania z rodzicami.

Matka przyznaje: „w nerwach” uderzyła córkę w twarz. Jest w ciąży, buzują hormony, więcej się to nie powtórzy. Szkoła informuje Cz., gdzie ma się udać, jeśli nie radzi sobie z emocjami. Ale przypadku przemocy nie zgłasza ani do gminy, ani do powiatu (nie wie, że Cz. są rodzicami zastępczymi), ani na policję.

– Wszyscy są mądrzy po szkodzie, nikt nie chce wziąć pod uwagę kontekstu – tłumaczy Zdzisław Pruchniewski, dyrektor puckiej podstawówki, kiedy odwiedzam go w jego gabinecie. – Nie było zgłoszenia, bo moi pracownicy uznali to, po zastanowieniu, za akt agresji, nie przemocy. Wzięliśmy pod uwagę, że kobieta jest w ciąży i że był to przypadek jednorazowy. Na miejscu zastaliśmy też rodzinę wyglądającą normalnie.

Pytam, czy dzisiaj również nie złożyliby doniesienia? – Dzisiaj byśmy złożyli – mówi dyrektor. – Jest nowa ustawa o przemocy, poza tym jesteśmy bogatsi o gorzką wiedzę z tej tragedii.

– Oddzielanie zjawiska przemocy od agresji to dziwne tłumaczenie – komentuje wyjaśnienia szkoły Joanna Luberadzka. – Zachowanie matki było agresywne i dopuściła się wobec dziecka przemocy. Poza tym pamiętajmy, że już wtedy, choć nie było ustawy o przemocy w rodzinie, był kodeks rodzinny, który mówi o nietykalności cielesnej człowieka. Takie przypadki po prostu trzeba zgłaszać.

4. Co informacyjny uwiąd z Pucka mówi o działaniu systemu?

– Komunikacja pomiędzy instancjami opieki nad dzieckiem po prostu w wielu miejscach nie istnieje – mówi Luberadzka. – Szkoła często nie wie, że przychodzące do niej dzieci to dzieci powierzone. Z kolei PCPR-y, bywa, nie proszą szkół o opinię na temat kandydatów na rodziców zastępczych. Do tej komunikacyjnej układanki dochodzą jeszcze, głównie w małych miejscowościach, ośrodki zdrowia i poradnie psychologiczno-pedagogiczne. W dodatku nie istnieją, tak jak na poziomie gminy w odniesieniu do przemocy w rodzinie, zespoły interdyscyplinarne, których członkowie mogliby się spotykać i skoordynować działania. Tymczasem bez takiej współpracy trudno o skuteczne wsparcie i kontrolę.

5. – Stało się to, co musiało się stać. Działania naszego PCPR-u przez ostatnie lata sprowadzały się do zasady „jakoś to będzie” – tak pucką tragedię na etapie organizacji pieczy zastępczej przez powiat komentuje w rozmowie z „TP” jeden z rodziców zastępczych na terenie powiatu (prosi o zachowanie anonimowości).

– Przydzielenie piątki dzieci do świeżej rodziny to nie pierwszy podobny przypadek – twierdzi.

I dodaje: Wcześniej np. przydzielono dziewiątkę rodzinie, która miała dwójkę swoich. To jeszcze było za poprzedniej kierowniczki, półtora roku temu. Choć przepisy pozwalają na przekroczenie limitu liczby dzieci, gdy w grę wchodzi rodzeństwo, biorąc pod uwagę brak stażu rodziny, była to decyzja co najmniej ryzykowna. W tamtym przypadku się udało, w tym już nie.

– Rodziny zastępcze i rodzinne domy dziecka dostawały dzieci bez rzetelnej informacji o ich problemach – kontynuuje nasza rozmówczyni. – Do jednego domu trafiło rodzeństwo, w którym starszy brat molestował seksualnie siostrę. Wiem, że prowadzący prosił urzędników, by zabrali dzieci. Zanim jednak ci dali wiarę, że dzieje się coś złego, minął miesiąc. Wcześniej urzędniczka mówiła, że dzieci z rodzin patologicznych „tak mają”, żeby się nie przejmować. Brak wywiadów, informacji, naginanie procedur, wciskanie dzieci pod presją – tak to wyglądało przez lata. Nie mieliśmy też odpowiedniego wsparcia: koordynatora, psychologów, terapeutów.

Według Joanny Luberadzkiej, podobne problemy są udziałem rodzin zastępczych w wielu miejscach w Polsce. – Żeby wsparcie było skuteczne, muszą działać koordynatorzy pieczy zastępczej – mówi szefowa Koalicji. – A tych w wielu miejscach nie ma, bo ustawa, podobnie jak w przypadku asystentów rodziny, przeniosła obligatoryjność ich zatrudniania na rok 2015.

6. Jest 19 stycznia tego roku. Do rodziny Cz. trafia piątka dzieci z Odargowa. Mimo braku ponownej kwalifikacji rodziny zastępczej (od momentu pierwszej minęło półtora roku), braku weryfikacji warunków mieszkaniowych Cz. (nie spełniają ich), braku wywiadu środowiskowego oraz pozytywnej opinii koordynatora rodzinnej pieczy zastępczej (tego jeszcze wtedy w powiecie w ogóle nie ma).

– To nieprawda, że tych dzieci nie było gdzie zawieźć, że urzędnicy działali pod presją, i dlatego znalazły się w rodzinie Cz. Nie było tajemnicą, że były cztery miejsca w jednym z rodzinnych domów dziecka, ale nawet nie spytano tych ludzi, czy przyjmą dzieci – twierdzi w rozmowie z „Tygodnikiem” cytowana już przedstawicielka puckiego środowiska rodzin zastępczych.

Jest maj, za dwa miesiące zginie pierwsze dziecko. Do puckiego PCPR-u trafia informacja o możliwości stosowania przemocy wobec dzieci w domu Cz. Urzędnicy Centrum przeprowadzają swoje dochodzenie. Uznają, że dzieciom nie dzieje się krzywda.

3 lipca – umiera 3-letni Kacper. Cz. twierdzą, że na skutek wypadku (podobnie będzie we wrześniu), a prokuratura daje wiarę.

Przez kolejne dwa miesiące w sprawie nie dzieje się nic – cisza przed burzą.

12 września ginie drugie dziecko – 5-letnia Klaudia.

Jest wieczór, do mieszkania przyjeżdża pogotowie, policja i prokurator. W tym momencie zaczyna się jeden z najbardziej upiornych wątków w tej sprawie. Ciało dziecka zostaje zabrane. Służby odjeżdżają.

7. – Dowiedziałem się nazajutrz rano. Musiała być gdzieś 8,30. Pojechałem do PCPR-u. Tam szybka narada, co robić. Postanowiliśmy, że natychmiast jedziemy do mieszkania Cz. Razem z kierowniczką i jeszcze jednym pracownikiem PCPR-u – opowiada wyraźnie przejęty wicestarosta powiatu puckiego Zygmunt Wiśniewski.

– Wchodzimy do środka, matka wygląda, jakby była w szoku, ojciec w pozycji półleżącej na kanapie, przymknięte oczy, jakby bez kontaktu – kontynuuje. – Spędziłem w tym domu jakieś cztery godziny, trzeba było spakować dzieci i je jak najszybciej gdzieś przenieść. Pan pyta, dlaczego wiadomość nie dotarła do nas wieczorem? Dlaczego nie zabezpieczono pozostałych dzieci? No właśnie! Dzieci zostały na całą noc! Mamy w powiecie taką procedurę, że w sytuacjach kryzysowych policja lub pogotowie zawiadamia powiatowe służby kryzysowe, a te zawiadamiają starostę. Ale ta procedura nie zagrała, bo na dyżurze w policji był chyba jakiś stażysta. Informacja dotarła do nas dopiero rano.

– Po naszym przyjeździe rano przyjechała policja, wezwała pogotowie do matki, żeby ją uspokoili – opowiada wicestarosta Pucka. – Przyjechali, chwilę później ratownik, na zewnątrz, powiedział mi, że tak nie wygląda osoba w histerii, że coś jest nie tak. Tak szybko to zauważyli: jak to możliwe, że żaden psycholog nic nie zobaczył przez prawie rok?

– To, że dzieci zostały na noc w tym domu, jest po prostu niewiarygodne – mówi Joanna Luberadzka. – Znam przypadki w Polsce, gdzie z dużo bardziej błahych powodów dzieci były zabezpieczane. Bo nawet jeśli roboczo założymy, że to był wypadek, sytuacja psychologiczna tej rodziny byłaby i tak skrajnie trudna.

– Jak to możliwe, że policjanci i prokuratorzy zwyczajnie wyszli z domu Cz., zostawiając na noc dzieci po drugim już przypadku śmierci w rodzinie? – pytam starszego aspiranta Łukasza Dettlaffa, rzecznika powiatowej komendy policji w Pucku.

– Decyzję o pozostawieniu dzieci w domu podjęli prokuratorzy – odpowiada.

– Jeśli dobrze rozumiem, prokurator podjął decyzję o niezatrzymywaniu rodziców. Ale policja mogła przecież przekazać informację o zdarzeniu powiatowi, PCPR-owi...

– To prawda, informacja ta nie trafiła do powiatu.

8. 17 września, poniedziałek. Po otrzymaniu wyników sekcji jednego z dzieci prokuratura rejonowa w Pucku decyduje o zatrzymaniu małżeństwa Cz. Nazajutrz stawia im zarzuty: Annie Cz. grozi kara dożywocia (udział w śmiertelnym pobiciu trzylatka i zabójstwo z „zamiarem ewentualnym” pięciolatki), Wiesławowi Cz. – 10 lat więzienia (udział w pobiciu trzylatka). Cz. przyznają się do winy.

Rusza medialna burza. Rzecznik Praw Dziecka kontroluje zaangażowane w sprawę instytucje. Ogłasza, że zaniedbań dopuściły się wszystkie: sąd rejonowy i prokuratura w Pucku, szkoła podstawowa i PCPR. Prokuratura Okręgowa w Gdańsku wszczyna postępowanie służbowe w sprawie śledczych z Pucka. Dopatruje się nieprawidłowości w śledztwie, składa więc wniosek o wszczęcie postępowania wyjaśniającego w Prokuraturze Apelacyjnej w Gdańsku, a prowadzący dotychczas sprawę prokurator z Pucka zostaje od niej odsunięty.

28 września starosta pucki Wojciech Dettlaff zwalnia ze stanowiska szefową PCPR-u Beatę Kryszak z powodu „ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych”.

Wicestarosta Wiśniewski: – Z tych zarzutów PCPR nie jest w stanie się wybronić.

– Co z odpowiedzialnością starostwa? – pytam.

– Nie można tu mówić o jakiejkolwiek winie – mówi Wiśniewski.

– A o odpowiedzialności politycznej? Urzędniczej?

– Zadam inne pytanie: czy powiat jest jedyną jednostką nadzorującą PCPR? Owszem, zatrudniamy szefową PCPR-u, pełnimy nadzór nad Centrum, ale to województwo jest odpowiedzialne za monitorowanie tego urzędu.

– Kto odpowiada za zatrudnienie szefa PCPR-u?

– Zatrudnia go zarząd powiatu ze starostą na czele. Ale starosta nie może być fachowcem od wszystkiego, po to właśnie ma różne służby, m.in. PCPR – mówi Wiśniewski.

Joanna Luberadzka: – Zgoda na ograniczenie odpowiedzialności za zaniedbania do PCPR-u może mieć fatalne konsekwencje. Dziwi mnie, że starosta tak łatwo jej unika. Musimy pamiętać, że dzieci powierzone rodzinom zastępczym są w pewnym sensie dziećmi starosty, który jest za pieczę zastępczą odpowiedzialny. Niestety, podobny styl działania obowiązuje w wielu powiatach w Polsce: ból głowy związany z pieczą spada całkowicie na PCPR-y. Są często w fatalnej sytuacji, między zarządami powiatów, które mówią, że nie mają pieniędzy, a rodzinami zastępczymi, które mówią, że różne rzeczy im się należą. Obowiązujące prawo nie sprawiło, że samorządy poczuły odpowiedzialność za dzieci.

Odpowiedzialność urzędnicza w Pucku jak na razie ogranicza się do byłej kierowniczki PCPR-u. W momencie, kiedy ten numer „TP” trafia do kiosków (środa), urzędowanie powinna zacząć nowa szefowa PCPR-u, która może wyciągnąć konsekwencje wobec innych – pracujących nadal – urzędników odpowiedzialnych przez ostatnie lata za pieczę zastępczą. Ci – choć w mediach padają również pod ich adresem poważne zarzuty – bronić publicznie się nie mogą, bo zakaz wypowiedzi wydał im... starosta. Wojciech Dettlaff, z którym udało się nam połączyć dopiero przed zamknięciem numeru; twierdzi, że zakazu nie wydawał. Co innego mówią urzędnicy powiatu i PCPR-u.

Gdyby zakazu nie było, urzędnicy Centrum mogliby odpowiedzieć publicznie na zarzuty pokontrolne. Mogliby też powiedzieć, jakie zaniedbania należą wyłącznie do kierownictwa PCPR-u, a za jakie współodpowiadają poszczególni pracownicy. I opowiedzieć o tym, jak wyglądało wsparcie ze strony starostwa. Mogliby też powiedzieć – takie słowa nie padły jeszcze w tej sprawie z niczyich ust – „żałujemy”, „przepraszamy”, „popełniliśmy błędy”.

9. Epilog tej historii może być niemal równie ponury: konsekwencje puckiej tragedii ponoszą dzisiaj głównie rodzice zastępczy z całego kraju. Tak przynajmniej twierdzą zgodnie przedstawiciele środowiska w różnych częściach Polski.

– Teraz jest wielka podejrzliwość i gorliwość urzędników – mówi cytowana wcześniej matka zastępcza. – Urzędnicy wypytują nawet poza procedurami dzieci „pod kątem przemocy”.

W nieodległym Wejherowie działa Stowarzyszenie Rodzicielstwa Zastępczego „Nasze Gniazdo”, skupiając również rodziców z powiatu puckiego. Wiceprezes Mirosław Chrapkowski jest zaniepokojony tym, w jakim kierunku poszły wnioski po tragedii. – Chodzi głównie o zalecenia, jakie wydali wspólnie minister pracy i Rzecznik Praw Dziecka – mówi. – Dotyczą kontroli we wszystkich rodzinach zastępczych i rodzinnych domach dziecka, w których istnieje podejrzenie stosowania przemocy. Zalecenia dotyczą niby nie tylko pieczy, ale widzę, że przez urzędników zostały zrozumiane jako sygnał do masowych kontroli rodzin zastępczych właśnie. Mieliśmy trzy wizyty w tygodniu: kuratora, przedstawiciela wejherowskiego PCPR-u, co akurat najmniej dziwi, bo było w tym przypadku zasadne. Natomiast wizyta GOPS-u jest już rzeczą kuriozalną. Panie przyszły przeprowadzić wywiad, co jest standardem w przypadku kandydatów na rodziców zastępczych.

Według Joanny Luberadzkiej rodziny zastępcze muszą się liczyć z nasilonymi kontrolami. – Ale niech urzędnicy robią to uczciwie – zaznacza. – Niech zbiorą rodziny i powiedzą: „Będą kontrole, nie robimy tego, by wam dokuczyć”. Tymczasem w wielu miejscach w Polsce nagle zaczynają prześwietlać wszystkich, interesować się sprawami, które dobrze funkcjonowały. W jednym z powiatów wielkopolskich wszystkich rodziców zastępczych wysłano na badania psychiatryczne!

W dodatku – zauważają przedstawiciele środowiska – w atmosferze zaostrzonej kontroli zostaje jeszcze mniej czasu i energii na wsparcie dla rodzin i dzieci. – Rozmowy, bieżący kontakt, dostęp do specjalistów, pomoc psychologiczna – wylicza Mirosław Chrapkowski. – W niektórych miejscach w Polsce i wcześniej był z tym problem. Teraz może być jeszcze większy, choć akurat w powiecie wejherowskim sytuacja już się znormalizowała. Poświęcać się dzieciom możemy tylko w atmosferze współpracy między wszystkimi instancjami systemu opieki.

Na masowe kontrole nakłada się klimat społeczny wokół rodzicielstwa zastępczego. „Zanim doszło do tragedii w Pucku, biologiczna matka z miłością i oddaniem wychowywała swoje dzieci. Niestety – nie potrafiła stworzyć im warunków do rozwoju – tak twierdzili urzędnicy. Kochającej i ubogiej matce odebrano więc dzieci, przekazano je rodzinie zastępczej wraz z zapłatą za ich wychowanie opiewającą na kwotę ponad 7 tysięcy” – tak po puckiej tragedii pisał jeden z tabloidów.

– Ta atmosfera podejrzliwości udziela się niektórym urzędnikom – mówi Chrapkowski. – Taka polska „akcja znicz” albo „kontrolujemy busy”, oczywiście tylko wtedy, gdy zginie kilkanaście osób.

Tymczasem w Pucku piecza zastępcza kurczy się nie od dziś i nie od września. Niektóre rodziny przeniosły się do pobliskiego Wejherowa, inne się rozwiązują (w ostatnich latach dwie).

– Piecza zastępcza od lat przeżywa kryzys – mówi Joanna Luberadzka. – Brak koordynatorów, pieniędzy i wsparcia robią swoje. Do tego atmosfera społeczna wokół pieczy sprawia, że wielu kandydatów będzie się zastanawiało, czy warto. Jesteśmy na dobrej drodze do jeszcze większego kryzysu: tragedia pucka może się okazać dla polskiej pieczy zastępczej gwoździem do trumny.

Na koniec tego bilansu warto wrócić do początku historii. Urzędnicy GOPS-u w Krokowej mówią dziś, że czują się zaszczuci. „Jak się czujesz po tym, jak zamordowałaś dzieci?” – takie telefony do urzędu to w ostatnich tygodniach nie rzadkość. – Boimy się oddychać – mówi Maria Żebrowska. – Zniszczono nas. Jeśli nie daj Boże dojdzie znowu do sytuacji, że trzeba będzie wnioskować o tymczasowe pozbawienie rodziny biologicznej dzieci, oczywiście to zrobimy, bo ochrona dzieci to nasz obowiązek. Ale będzie to podwójnie trudna decyzja.

– Przy okazji podobnych tragedii przechodzimy zawsze ze skrajności w skrajność – zauważa Joanna Luberadzka, odnosząc się do komentarzy, że matce biologicznej spod Pucka niesłusznie odebrano dzieci. – Jest ryzyko, że urzędnicy polskich gmin będą się bali chronić dzieci, by nie narazić się na zarzuty o bezduszność.

10. – Proszę napisać, że myśmy też stracili dzieci – mówią urzędnicy GOPS z Krokowej.

Pani Kasia, młoda asystentka rodzinna, bodaj jako jedyna w tym długim łańcuchu urzędniczej odpowiedzialności, Kacpra i Klaudię poznała bardzo dobrze. Pamięta, że kiedy zbliżała się do domu w Krokowej, dzieci wołały „ciocia!”, biegając po parapetach na wysokim parterze domu.

– Bałam się, kiedy tak biegali – wspomina. – Pospadają, myślałam, i jeszcze coś sobie zrobią.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem – nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Trzykrotny laureat… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 46/2012