Choroba sieroca

Niemowlęta w domach dziecka, niedobór rodzin zastępczych, brak wsparcia dla tych istniejących. Kryzysową sytuację pogłębi jeszcze brak pomysłu, co zrobić z dziećmi kierowanymi dotąd do adopcji zagranicznych, które rząd chce ograniczać.

12.03.2017

Czyta się kilka minut

 / Fot. GETTY IMAGES
/ Fot. GETTY IMAGES

Wiele się mówi o przemocy fizycznej i psychicznej, ale czy ktoś powie o instytucjonalnej? Czy zapyta lekarza, jak niszczy dzieci ciągłe przenoszenie ich z jednej placówki do drugiej? I jaka jest szansa, że w takich warunkach wyrośnie szczęśliwy człowiek, a także przydatny państwu obywatel? – pyta, prosząc o zachowanie anonimowości, przedstawicielka łódzkiej pieczy zastępczej.

Inna, też anonimowo, dodaje: – Miasto w białych rękawiczkach wykańcza zawodowe rodziny zastępcze. Ogranicza się liczbę dzieci, które możemy mieć pod opieką, niemal nie dostajemy wsparcia. W dodatku niektórzy padają ofiarą urzędniczego mobbingu.

Joanna Luberadzka-Gruca, ekspertka Koalicji na Rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej: – Rzeczywiście, dochodzą do mnie niepokojące sygnały, że zawodowe rodziny zastępcze czują się mobbowane przez urzędników. I to nie tylko z Łodzi.

Sierocińce poza prawem

W lipcu 2016 r. opisaliśmy w „Tygodniku” dramatyczną kondycję, w jakiej jest łódzka piecza zastępcza, czyli system opieki nad dziećmi, które nie mogą – najczęściej z powodu niewydolności wychowawczej, np. przemocy w rodzinie – przebywać ze swoimi biologicznymi rodzicami, a jednocześnie ich sytuacja (najczęściej prawna) nie pozwala, by trafiły do adopcji. Opisaliśmy dom dziecka przy ul. Drużynowej w Łodzi, w którym przebywało 50 niemowlaków, mimo że dopuszczalna liczba miejsc w placówce wynosi 30. I choć podobne domy nie powinny już właściwie istnieć – ustawa z 2012 r. wprowadziła zasadę, że noworodki, niemowlaki i kilkuletnie dzieci powinny być kierowane do rodzin zastępczych – odpowiedzialni za organizację łódzkiego systemu urzędnicy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej bezradnie rozkładali ręce, tłumacząc, że w mieście brakuje takich rodzin.

O tym, jakie są emocjonalne koszty przebywania najmłodszych w przeładowanej instytucji, opowiedziały wtedy opiekunki i psycholożki z domu przy Drużynowej (później, jak dowiedział się nieoficjalnie „Tygodnik”, otrzymały zakaz wypowiadania się w mediach bez zezwolenia MOPS): „Bywa, że małe dziecko staje się obojętne – mówiła »TP« jedna ze specjalistek. – Najpierw krzyczy, płacze. A potem, gdy się orientuje, że przez kilka, kilkanaście minut nie dostaje tego, co chce, zaczyna obojętnieć. Bo w domu dziecka, przy najlepszej woli opiekunów, nie da się reagować od razu”.

Na artykuł „TP”, w którym przypomnieliśmy też alarmujące statystyki – w instytucjach pozostaje ok. 2 tys. dzieci do lat sześciu, a 250 z nich to noworodki i niemowlaki – zareagował rzecznik praw dziecka Marek Michalak, stwierdzając, że przepełnienie łódzkiej placówki jest niedopuszczalne. „Prawo jest nadal notorycznie łamane (…) Sądy niestety kierują małe dzieci do placówek opiekuńczo-wychowawczych wbrew przepisom” – alarmował Michalak, wskazując odpowiedzialnych za tę sytuację. To w pierwszej kolejności rządzący powiatami i miastami na prawach powiatów, którzy mają dbać np. o to, by była wystarczająca liczba rodzin zastępczych, w drugiej zaś wojewodowie, których zadaniem jest sprawowanie kontroli nad samorządami.

Jak łódzka rzeczywistość wygląda po pół roku? Zmiana pierwsza: w domu dziecka przy ul. Drużynowej jest dzisiaj – zgodnie z liczbą miejsc – do 30 dzieci (choć placówka nadal – wbrew ustawie – przyjmuje noworodki). Druga: jesienią ubiegłego roku powstał w mieście interwencyjny ośrodek preadopcyjny. Placówkę, która opiekuje się głównie dziećmi porzucanymi w szpitalach, i która działa zgodnie z ustawą, prowadzi Fundacja Gajusz. Odciąża dom dziecka z Drużynowej i mimo że należy – podobnie jak on – do systemu pieczy instytucjonalnej, stwarza lepsze warunki: choćby liczba opiekunek daje większą nadzieję, że dzieci, które nie znajdą rodziny adopcyjnej i wyjdą z placówki po 12 miesiącach (tyle mogą tu przebywać), nie będą emocjonalnie pokiereszowane.

Ludzie mają dość

Na tym jednak zmiany na lepsze się kończą. „Niestety w placówce w dalszym ciągu – niezgodnie z prawem – przebywają małe dzieci. Rzecznik Praw Dziecka (…) oczekuje na realne działania zabezpieczające dzieci, mając świadomość, że problem pogłębiają – nie tylko w woj. łódzkim – decyzje sędziów umieszczających małe dzieci w pieczy niezgodnie z przepisami oraz niewystarczająca aktywność samorządów w tworzeniu systemu rodzinnego” – relacjonują po pół roku pracownicy biura RPD.

Co mówią dziś, w anonimowych wypowiedziach dla „TP”, przedstawiciele łódzkiej pieczy zastępczej? MOPS według nich nie podejmuje skutecznych działań, by pozyskiwać nowe rodziny, robi za to wiele, by zrazić te już istniejące.

– To prawda, że po doniesieniach prasowych z ubiegłego roku, a także po interwencji RPD, placówka na Drużynowej odetchnęła. Wygrały na tym dzieci, bo niektóre były kierowane do interwencyjnego ośrodka, gdzie panują lepsze warunki. Ale mijały miesiące i zaczęło powoli wracać stare. Dzieci do pierwszego roku życia są nadal kierowane na Drużynową. Zdarza się nawet, że trafiają tam nie tylko te z interwencji [chodzi o sytuacje, gdy trzeba nagle odebrać dziecko z rodziny biologicznej, bo jest ofiarą przemocy – red.], ale też te porzucane w szpitalach, których rodzice wyrazili wstępną zgodę na adopcję, w związku z czym powinny trafiać do preadopcyjnego ośrodka – mówi „TP” jedna z przedstawicielek łódzkiej pieczy.

Dodaje, że miasto nie radzi sobie ze wsparciem zawodowych rodzin zastępczych. – Proszę pamiętać, że te rodziny opiekują się dziećmi po dramatycznych przeżyciach: ofiarami molestowania, znęcania, świadkami zabójstw własnych rodziców – słyszę od swojej rozmówczyni. – Tymczasem realne wsparcie dla tych rodzin praktycznie nie istnieje. Ci ludzie mają już tego dość. Wielu podejmowało aktywność w latach 90., teraz się starzeją, a nowych kandydatów, którzy mogliby się zająć najmniejszymi dziećmi, brak. Większość rodzin zastępczych stanowią tzw. spokrewnione (np. dziadkowie porzuconych dzieci), ale działanie rodzin zawodowych jest kluczowe, jeśli chcemy unikać sytuacji, gdy dzieci niemające takich krewnych trafiają do placówek.

Relacje między urzędnikami a zawodowymi rodzinami zastępczymi? Według jednej z rozmówczyń „TP” są fatalne: MOPS ma wywierać na rodzinach presję, by nie mówiły głośno o problemach, a tym mniej pokornym ograniczać liczbę dzieci do opieki.

Rodzin, wobec których podjęto w ostatnim czasie taką decyzję, jest co najmniej kilka. Przedstawicielką jednej z nich jest kobieta wypowiadająca się dla „Tygodnika”. Inny przykład: prowadząca rodzinny dom dziecka Lidia Wojciechowska, która wystąpiła dwa tygodnie temu w programie TVN „Uwaga”.

Wszystko byłoby w porządku – mniejsza liczba podopiecznych to możliwość poświęcenia im większej uwagi – gdyby nie przepełnienie łódzkich instytucji, w których mieszkają dzieci… czekające na rodziny zastępcze.

Robimy, co możemy

Co na to urzędnicy? Ewa Kazanek, p.o. zastępcy dyrektora ds. opiekuńczych w łódzkim MOPS, zapewnia, że każda decyzja o zmniejszeniu liczby dzieci w rodzinie zastępczej – podejmowana przez zespół ekspertów – ma swoje uzasadnienie. Ale szczegółów nie chce podawać (chodzi o ochronę danych dzieci i rodziców).

Urzędniczka wymienia też działania ośrodka: zatrudnienie większej liczby asystentów rodzinnych, którzy mają zapobiegać odbieraniu dzieci rodzicom biologicznym; większe niż wcześniej wsparcie psychologiczne dla dzieci z rodzin zastępczych i ich opiekunów; kampanie na rzecz pozyskiwania kandydatów na rodziców zastępczych.

Żadnego z efektów tych działań nie dostrzegają jednak pytani o to przez „TP” przedstawiciele łódzkiej pieczy zastępczej. Nie widać go też w statystykach. W styczniu 2017 r., jak podaje MOPS, w łódzkich placówkach było o sto dzieci mniej niż rok wcześniej, ale nie był to efekt zwiększenia liczby zawodowych rodzin zastępczych. Tak w 2016 r., jak i w styczniu 2017 r. było ich 53.

– To prawda, że przydałyby się nam nowe rodziny zastępcze. Ale będę wdzięczna za wskazanie powiatu w Polsce, gdzie jest więcej zawodowych rodzin. Robimy, co w naszej mocy, by pozyskiwać nowe, ale zmusić do wykonywania tej roli nikogo nie możemy. Co do oczekiwania rodzin, by wsparcie z naszej strony było większe, rozumiemy to. Stąd choćby dwa projekty unijne, w ramach których mogliśmy zatrudnić psychologów specjalizujących się w terapii ADHD i alkoholowego zespołu płodowego – mówi Ewa Kazanek.

Co na sytuację w Łodzi mówią urzędnicy wojewody? Przyznają: w mieście nadal zdarzają się placówki, w których umieszcza się więcej dzieci, niż jest nominalnie miejsc (np. w trzech filiach domu na Drużynowej – dwa pozostałe przyjmują dzieci starsze – jeszcze do niedawna była ponad setka dzieci na 90 miejsc). A wojewoda wyraża na to zgodę. – MOPS używa argumentu, którego nie jesteśmy w stanie odeprzeć: brak alternatywy – mówi „Tygodnikowi” Małgorzata Pyka, zastępczyni dyrektora Wydziału Rodziny i Polityki Społecznej. I dodaje, że w łódzkim MOPS trwa obecnie kontrola, której wyników jeszcze nie ma.

Dwa tysiące brutto

Joanna Luberadzka-Gruca z Koalicji na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej nie pozostawia złudzeń: nic nie wskazuje na to, by w Łodzi wiele się zmieniło, bo tamtejsi urzędnicy nie dorobili się ani strategii pozyskiwania kandydatów na rodziców zastępczych (samorządowe kampanie społeczne nie przynoszą zwykle skutku), ani odpowiedniego motywowania i wspierania tych już pracujących. Ten problem – zaznacza ekspertka – dotyczy wielu miejsc w Polsce (choć wiele też jest takich, w których system działa bez zakłóceń, jak w Gdyni, mieście uznawanym od lat za przykład modelowy).

– Dostaję coraz więcej zgłoszeń, że zawodowi rodzice zastępczy boją się mówić o problemach, bo jest to odbierane jako sygnał ich bezradności. A zmniejszanie liczby dzieci pod opieką rodziny, które też zdarza się ostatnio często, jest używane jako swoisty urzędniczy kij. W dodatku w wielu miejscach w Polsce zawodowe rodziny zastępcze otrzymują minimalne wynagrodzenie z zakresu wskazanego przez ministerstwo, czyli 2 tys. zł brutto. Są sfrustrowani, bo z jednej strony nietrudno by im było znaleźć pracę za podobne pieniądze, a z drugiej są przecież w relacji z dziećmi…

Pieniądze zresztą mogą być jednym z powodów, dlaczego ambitna transformacja systemowa, jaka zaczęła się w Polsce w 2012 r. – nie bez sukcesów: dziś znane z dawnych lat sierocińce-molochy należą szczęśliwie do przeszłości – natrafiła na szklany sufit, co widać w statystykach GUS, od lat pokazujących, że w instytucjonalnej pieczy zastępczej pozostaje mniej więcej 19 tys. dzieci (przy ponad 50 tys. w tej rodzinnej).
– Zgodnie z ustawą do końca 2012 r. gminy musiały płacić 10 proc. kosztów utrzymania dzieci trafiających do systemu pieczy zastępczej – mówi Luberadzka-Gruca. – Po roku było to już 30 proc., a dzisiaj jest to połowa sumy. Coraz głośniej mówi się w niektórych gminach, że wysyłanie dzieci do rodzin zastępczych po prostu się nie opłaca. Dlatego samorządy mogą za wszelką cenę dążyć do tego, by dzieci te, często zagrożone przemocą, pozostawały w rodzinach biologicznych. W przypadku powiatów grodzkich czasem miasto woli powierzać dzieci instytucjom, gdzie koszty zależą w dużym stopniu od liczby podopiecznych. Jeżeli ta liczba się zmniejsza, to koszty utrzymania jednego dziecka wzrastają, a ponosi je powiat, czyli w tym przypadku miasto.

Ale opór niektórych samorządów to nie jedyna przyczyna stagnacji. Rzecznik Praw Dziecka od lat wskazuje, że równie mocną barierą są decyzje sądów rodzinnych, które orzekają o umieszczeniu dzieci w instytucjach zamiast w rodzinach. Marek Michalak wskazuje też na ograniczenia systemowe: być może w Polsce byłoby więcej zawodowych rodzin zastępczych, gdyby ich przedstawiciele mogli liczyć na większe przywileje. Chodzi m.in. o system dofinansowań: do mieszkań, żłobków, przedszkoli czy o łatwiejszy dostęp do lekarzy.

Dobra zmiana?

„Chcemy przeprowadzić skuteczną deinstytucjonalizację pieczy zastępczej, obniżyć liczebność placówek opiekuńczo-wychowawczych i podwyższyć wiek przebywających w nich dzieci” – mówiła dwa tygodnie temu minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Elżbieta Rafalska. Ale słowa te – echo zapowiedzi poprzedników i poprzedniczek obecnej szefowej resortu – padły w sąsiedztwie informacji o najnowszym raporcie Najwyższej Izby Kontroli, potwierdzającym wszystkie pojawiające się dotychczas alarmistyczne diagnozy (niewydolność systemu pozyskiwania nowych rodzin, coraz słabsze wsparcie dla już istniejących). Pomysł rządu na ograniczenie liczby dzieci w placówkach to m.in. praca z zagrożonymi odebraniem dzieci rodzinami biologicznymi – również postulat nienowy, rozbijający się do tej pory o niedobór tzw. asystentów rodziny, na których zatrudnianie niektóre gminy nie mają pieniędzy.

Jeśli szukać nowej jakości w polityce rządu PiS wobec dzieci, które znalazły się już poza rodzinami biologicznymi, jest nią… plan ograniczenia adopcji zagranicznych, którego pierwszym przejawem było cofnięcie uprawnień dwóm z trzech ośrodków przeprowadzających procedury zagraniczne. Do tej pory poza Polskę trafiało około 300 dzieci rocznie – jak mówią eksperci, głównie te, które miałyby nikłą szansę na rodzinę w kraju (np. chore, niepełnosprawne czy będące w nastoletnim wieku). Jak będzie teraz?
„Zwiększamy kontrolę nad adopcjami międzynarodowymi; chcemy stworzyć takie warunki, by polskie dzieci były adoptowane przez polskie rodziny” – zapowiadała Elżbieta Rafalska. To m.in. pokłosie dramatycznych doniesień o dziewczynce, która została adoptowana w USA, jednak nowi rodzice się jej zrzekli, potem zaś – rozdzielona wcześniej od siostry – trafiła do innej rodziny, która ją krzywdziła.

Ministerstwo uzasadnia jednak oficjalnie chęć ograniczenia zagranicznych adopcji nie jednostkowym przykładem urzędniczego błędu z dramatycznymi skutkami. „Adopcje międzynarodowe pozbawiają każdego roku ok. 280–300 dzieci możliwości dorastania w kraju ojczystym. Adoptowane dzieci wychowywane poza granicami kraju bardzo szybko tracą związki z kulturą i językiem polskim” – czytamy we fragmencie uzasadnienia. Minister Rafalska dodaje, że tylko 20 proc. dzieci, które trafiały poza granice kraju, miało orzeczenia o niepełnosprawności. Nie dodaje jednak, że ta statystyka jest mało miarodajna: brak orzeczenia nie oznacza, że dziecko jest zdrowe (może mieć różne dysfunkcje – np. częsty u porzucanych dzieci alkoholowy zespół płodowy – które sprawiają, że o adopcję krajową bardzo trudno).

Jest więc to kierunek ryzykowny. Jeśli istotnie, jak zapowiada minister, znajdą się polskie rodziny, które zechcą dzieci przeznaczane dotąd do zagranicznych adopcji, nowy kierunek rządu PiS się obroni. Jeśli stanie się odwrotnie, zamiast zapowiadanej przez minister deinstytucjonalizacji, już i tak przeładowane domy dziecka zyskają nowych lokatorów. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem – nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Trzykrotny laureat… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 12/2017