Serbia na rozdrożu. Czy prezydent Vučić naprawdę odda władzę?

Protesty zmusiły Aleksandra Vučicia do zapowiedzi dymisji. Serbowie pytają jednak, czy to przełom, czy tylko reorganizacja obozu władzy. Reportaż z serbskiej prowincji.
z Serbii
Czyta się kilka minut
Aleksandar Vučić jest prezydentem Serbii od 9 lat. Teraz obiecał, że złoży urząd i rozpisze wybory parlamentarne. Opozycja sądzi, że Vučić chce zostać u władzy, tylko już jako premier. Na zdjęciu: na wiecu zwolenników Vučić ogłasza swoją decyzję. Belgrad, 27 czerwca 2026 r. // Fot. Oliver Bunic / AFP / East News
Aleksandar Vučić jest prezydentem Serbii od 9 lat. Teraz obiecał, że złoży urząd i rozpisze wybory parlamentarne. Opozycja sądzi, że Vučić chce zostać u władzy, tylko już jako premier. Na zdjęciu: na wiecu zwolenników Vučić ogłasza swoją decyzję. Belgrad, 27 czerwca 2026 r. // Fot. Oliver Bunic / AFP / East News

Wielkie protesty społeczne przeciw wszechwładzy prezydenta Aleksandra Vučicia i jego obozu, które przetaczają się przez kraj od przeszło półtora roku, wreszcie zaczynają przynosić efekty. Pod koniec czerwca Vučić obiecał, że ustąpi ze stanowiska i rozpisze przedterminowe wybory parlamentarne.

Część środowisk opozycyjnych triumfuje. Ale nie brak głosów, że zmiany te mają na celu jedynie reorganizację obozu władzy.

Katastrofa budowlana, która obudziła Serbię

Novi Pazar, położony w południowo-zachodniej Serbii – przy granicy z Czarnogórą i Kosowem, wciąż nieuznawanym przez władze w Belgradzie – to jedno z najciekawszych miejsc w tej części Bałkanów. Nieformalna stolica Sandżaku, w którym przez setki lat krzyżowały się wpływy serbskie i osmańskie, to centrum życia serbskich Boszniaków.

Do miasta przyjeżdżam kilka dni po najświeższej próbie sił w tych zmaganiach, które już drugi rok toczą się w Serbii między skorumpowanym – i skompromitowanym – obozem władzy pod wodzą Vučicia a przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego.

Uruchamianie odtwarzacza...

Długofalowe konsekwencje katastrofy budowlanej, do jakiej doszło w Nowym Sadzie 1 listopada 2024 r. (gdy w wyniku zawalenia się dachu nowego dworca kolejowego zginęło 16 osób; w tle stała zaś korupcja), najwyraźniej zaskoczyły władzę. Za organizację fali protestów – i jej podtrzymywanie przez dwadzieścia niełatwych miesięcy – odpowiedzialne są przede wszystkim środowiska studenckie.

Z Esmą i Emirem, studentami uniwersytetu w Novym Pazarze, spotykam się w kawiarni przy placu imienia Srđana Aleksicia, boszniackiego bohatera. Podczas wojny w Jugosławii, będąc żołnierzem sił serbskich, stanął on w obronie znajomego muzułmanina, dręczonego przez serbskich żołnierzy. Pobity przez kolegów, zmarł w styczniu 1993 r. Dziś jego imieniem nazywane są ulice i place w całej Bośni i Hercegowinie. A także – gdzieniegdzie – w Serbii.

Studenci ruszają przeciwko władzy

Zanim porozmawiamy o obecnej sytuacji, Esma i Emir czują się w obowiązku, by opowiedzieć o Sandżaku. Bo choć należy on od lat do najsłabiej rozwiniętych gospodarczo regionów Serbii, to sam Novi Pazar jest, pod względem demograficznym, jednym z jej najmłodszych miast. Wysokie bezrobocie i ograniczone inwestycje publiczne sprzyjają tu jednak poczuciu marginalizacji. Emir mówi, że wielu mieszkańców ma za złe Belgradowi, że poświęca Sandżakowi znacznie mniej uwagi niż centralnym regionom.

Główny deptak w mieście Novi Pazar, przy granicy z Czarnogórą i Kosowem. To serce Sandżaku, gdzie przez wieki krzyżowały się wpływy serbskie i osmańskie. Dziś to centrum życia serbskich Boszniaków – muzułmańskich obywateli Serbii. Lipiec, 2026 r. // Fot. Juliusz Pielichowski

Esma i Emir są od początku zaangażowani w organizację protestów w swoim mieście przeciw Vučiciowi. Bo gdy fala sprzeciwu ruszyła na dobre, także Novi Pazar się w nią włączył. Manifestacje szybko pokazały, że tutejsze problemy coraz częściej splatają się z szerszą debatą o stanie serbskiej demokracji i praworządności, a także o miejscu mniejszości narodowych w życiu publicznym. – Napięcie narastało tu od dawna – stwierdza Emir.

O studentach z Novego Pazaru zrobiło się głośno w całym kraju – i poza jego granicami – po tym, jak jesienią 2025 r. przez kilka dni szli pieszo, aby dołączyć do manifestacji w Nowym Sadzie, w dniu pierwszej rocznicy zawalenia się dachu dworca.

Protestujący nie tracą nadziei

Również tu protesty organizowane są cały czas. Jeden z większych odbył się 21 grudnia 2025 r. i znów przyciągnął uwagę światowej opinii publicznej. Do miejscowych studentów dołączyło wówczas kilka tysięcy aktywistów z całej Serbii, aby powiedzieć „nie” naciskom rządu na Państwowy Uniwersytet w Novym Pazarze. Bo w ciągu minionego półtora roku środowiska akademickie stały się celem represji. Wielu studentów wyrzucono, a wykładowcy, którzy poparli protestujących, tracili pracę.

Pytam Esmę i Emira, czy wierzą, że ich wysiłek przełoży się na realny rezultat polityczny. Dziewczyna wraca wspomnieniami do niedawnej soboty, 23 maja, gdy wraz z przyjaciółmi pojechała na protest do Belgradu. Uczestniczyło w nim ok. 180 tys. ludzi, czyniąc go drugim pod względem frekwencji zgromadzeniem od obalenia Slobodana Miloševicia w październiku 2000 r.

– Oni już tego nie zatrzymają, nie ma szans. Ale trzeba utrzymać presję – mówi Esma. Gdy dopytuję, czy przez ponad półtora roku zdarzyło się, że tracili nadzieję na zmianę, Emir niepewnie spogląda na przyjaciółkę. Ta odpowiada zdecydowanie: – Nawet przez chwilę nie wątpiłam, że się nam uda.

 

W oczach Esmy dostrzegam podobny entuzjazm jak ten, który w listopadzie 2025 r. widziałem na twarzach uśmiechniętych, świadomych swojej siły uczestników manifestacji w Nowym Sadzie. 

Prezydent Vučić zapowiada swoją dymisję

Minęło zatem półtora roku – i oto ostatnie dni przyniosły istotne, a zdaniem niektórych przełomowe deklaracje ze strony obozu władzy. Deklaracje pozwalające środowiskom opozycyjnym wierzyć, że uda się doprowadzić do przesilenia pokojowo.

W piątek 26 czerwca główne arterie Belgradu zostały zamknięte w związku z wiecem rządzącej Serbskiej Partii Postępowej (SNS). Zorganizowano go pod hasłem pozornie jednoczącym: „Serbia – jedna rodzina”. Jak zapowiadali politycy SNS, miał on zaprezentować wizję rozwoju kraju oraz program partii władzy na najbliższe lata.

Tymczasem, stojąc w sobotę 27 czerwca przed tysiącami zwolenników, których zwieziono autobusami na plac w sercu stolicy, Vučić oświadczył, że w ciągu kilku tygodni zrezygnuje ze stanowiska prezydenta. Stwierdził też, że chętnie pomoże Serbskiej Partii Postępowej w kampanii przed nadchodzącymi, przyspieszonymi wyborami – jeśli, rzecz jasna, partia go o to poprosi. Zasugerował, że mógłby objąć stanowisko premiera nowego rządu.

Warto dodać, że wiec odbył się tuż przed Vidovdanem – świętem Serbskiej Cerkwi Prawosławnej, które upamiętnia bitwę na Kosowym Polu w 1389 r. (armia Osmanów pobiła w niej wojska serbskie). Vidovdan to jedno z najważniejszych serbskich świąt narodowych.

Naprawdę dymisja czy polityczny manewr?

Z Novego Pazaru ruszam do Kraljeva, położonego 50 km na północ. W minioną niedzielę, a więc następnego dnia po belgradzkim wystąpieniu Vučicia, na ulice tego niedużego miasta w środkowej Serbii znów wyszły tysiące ludzi – mimo złożonej przez prezydenta obietnicy.

Uczestnicy manifestacji podkreślali, że sama deklaracja odejścia z urzędu nie jest równoznaczna z końcem kryzysu politycznego. Ani tym bardziej nie oznacza spełnienia ich postulatów – choć została odebrana powszechnie jako efekt utrzymującej się od dwudziestu miesięcy presji społecznej.

Choć większość środowisk opozycyjnych przyjęła zapowiedź rezygnacji Vučicia z zadowoleniem, nie brakuje głosów, że to jedynie zasłona dymna, a sam zainteresowany wcale nie myśli o wycofaniu się z życia politycznego. 

Wprost przeciwnie – obejmując stanowisko premiera, mógłby zachować wpływy, a urząd prezydenta mógłby „powierzyć” komuś z zaufanych współpracowników. Taki scenariusz przewidują też niezależni serbscy analitycy: ich zdaniem zmiana na stanowisku głowy państwa może okazać się jedynie reorganizacją obozu Vučicia, a nie rzeczywistym przekazaniem władzy.

Serbia między Europą a Rosją

W Kraljevie spotykam Milenę, nauczycielkę historii w tutejszym liceum. Kontakt do niej otrzymałem w Novym Pazarze; po raz kolejny jestem pod wrażeniem, jak zorganizowane są różne, na co dzień niepowiązane środowiska opozycyjne. 

Spotykamy się na placu Serbskich Wojowników, w centrum miasta, obok Pomnika Serbskiego Żołnierza (pieszczotliwie zwanego „Milutinem”, od imienia bohatera kultowej tu powieści Danka Popovicia z 1985 r.).

Milena nie ma złudzeń co do intencji Vučicia i jego ekipy. Ale wierzy, że zapowiedziane wybory parlamentarne pozwolą uczynić pierwszy wyłom w klientelistycznym systemie władzy, jakim Serbska Partia Postępowa oplotła całe życie publiczne w kraju. – Wierzę, że krok po kroku uda nam się wrócić na kurs proeuropejski. W dłuższej perspektywie to będzie miało większe znaczenie. Polska jest dobrym przykładem – mówi Milena.

Dla niej międzynarodowe skutki decyzji Vučicia są istotniejsze niż te krajowe. Śledzi media zagraniczne i wie, że rozwój wydarzeń w Serbii jest obserwowany także poza jej granicami. Milena podkreśla, że i Unia Europejska, i Rosja będą monitorować przebieg kampanii wyborczej oraz proces politycznych zmian w Belgradzie.

Unia w ostatnich miesiącach wielokrotnie krytykowała użycie siły wobec pokojowych demonstrantów. Zwracała też uwagę na problemy z wolnością mediów, niezależnością wymiaru sprawiedliwości i przestrzeganiem standardów demokratycznych. Serbia, pozostając oficjalnie kandydatem do członkostwa w UE, utrzymuje zarazem bliskie relacje polityczne i gospodarcze z Rosją oraz Chinami.

Jugonostalgia na serbskiej prowincji

Z Kraljeva ruszam na północny zachód, w stronę Čačaku – kolejnego miasta liczącego kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Niepozorne, leżące nieco na uboczu ośrodki miejskie wydają mi się „solą ziemi” w środkowej Serbii. Wiele z nich do niedawna było bastionami Serbskiej Partii Postępowej. Ostatnie miesiące przyniosły jednak znaczące zmiany.

Myślę o słowach Mileny na temat serbskiej prowincji. Gdy zapytałem ją o „Jugonostalgię”, społeczną tęsknotę za dawnymi czasami, gdy Serbowie byli dominującą nacją w wielonarodowej federacji, uśmiechnęła się: – Wszyscy jesteśmy rozdarci, nawet ja. Ale to dlatego, że jako dziewczynka każde lato spędzałam z rodzicami w Budvie.

Budva to urokliwy kurort nad Adriatykiem. Dziś w Czarnogórze: państwie, które niepodległość uzyskało 20 lat temu. Czarnogórcy wypowiedzieli wspólnotę Serbom jako ostatnia z republik dawnej Jugosławii.

Natomiast Čačak, położony u podnóża gór, jest pod względem narodowym rewersem Novego Pazaru: tu panuje etnos serbski. Wczesnym popołudniem miasto spowalnia, ulice są ciche. Niewiele tu napisów w językach innych niż serbski. W większości sklepów i lokali płacić można wyłącznie gotówką. Przysklepowe stragany uginają się od owoców i warzyw.

Samochód jugo 45 na muralu w miasteczku Čačak. Było to popularne auto osobowe w Jugosławii, a dziś jest symbolem dla tych, którzy tęsknią za dawnymi czasami. Lipiec, 2026 r. // Fot. Juliusz Pielichowski

W pobliżu dworca autobusowego uwagę zwraca mural, przedstawiający Jugo 45. Był to najbardziej popularny w Jugosławii samochód osobowy. Dla tych, którzy tęsknią za dawnymi czasami, stanowi on symbol. Jeszcze jeden dowód – choć ciepły, nieagresywny – na nieustające, mimo że w ostatnich latach słabnące przywiązanie do mitu Jugosławii.

Serbia wybiera swoją przyszłość

Właśnie tropem jugosłowiańskiego mitu udaję się na zachód, w stronę gór. Ostatnim celem tego dnia jest Küstendorf, zwany też Drvengradem – niemal nierealna wieś, zbudowana w 2000 r. kilka kilometrów od granicy z Bośnią na potrzeby filmu „Życie jest cudem” Emira Kusturicy.

Na miejsce docieram o zachodzie słońca, o tej porze jest tu pusto. Kilkadziesiąt drewnianych domów tworzy kompleks, w którym mieści się m.in. hotel. Od chwili, gdy dawny plan filmowy udostępniono turystom, stał się on atrakcją dla Serbów z całego kraju.

Przechadzam się uliczkami, które noszą imiona jugosłowiańskiego pisarza Ivo Andricia, włoskiego reżysera Federica Felliniego, serbskiego tenisisty Novaka Đokovicia. Myślę o Kusturicy, pełnym sprzeczności: dziś popierającym protestujących studentów, zarazem znanym z poglądów nacjonalistycznych i prorosyjskich. Kto wie, czy to nie on stworzył najpełniejszy, i najbardziej tragiczny, obraz schyłkowej Jugosławii, ulegając zarazem jej mitowi?

Już po zmroku słucham sentymentalnej piosenki „Jugo 45”, przeboju z 1999 r., nagranego przez zespół rockowy Zabranjeno Pušenje. Rozpadająca się Jugosławia istniała wtedy ostatkiem sił. Cztery lata później w jej miejsce powstała federacja Serbii i Czarnogóry. Kilka lat później także Czarnogóra poszła na swoje.

Dzisiaj to Serbia jest na rozdrożu. Wiele wskazuje, że najbliższe miesiące zdecydują o tym, jaki obierze kurs.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Serbowie u progu przełomu