Rzecz w nienawiści

Otoczenie polskiej piłki nożnej jest do spodu przeżarte złem. Dlatego Polska powinna stać się polem wielkiego eksperymentu społecznego. Zepsujmy pełną hipokryzji atmosferę. Spróbujmy wykonać gest, dzięki któremu zniknie pretekst do regularnych spotkań, marszów przez miasto, wrzasków i straszenia przechodniów. Wyjmijmy z tej piekielnej układanki jej najważniejszy element.

05.04.2011

Czyta się kilka minut

Nowy stadion Klubu Sportowego Cracovia. Październik 2010 r. / fot. Bartosz Siedlik /
Nowy stadion Klubu Sportowego Cracovia. Październik 2010 r. / fot. Bartosz Siedlik /

Święte oburzenie, jakim zapłonęły polskie władze po ostatnich występach kiboli w Kownie (bójki w mieście, zdemolowany stadion, walki z litewskimi policjantami w drodze powrotnej), wydaje się tyleż słuszne, co spóźnione. Podobnie jak ostrzeżenie z UEFA, które w końcu uznało, że pseudokibice stanowią "ogromny wizerunkowy problem dla Polski". Tak jak starzy kibice Cracovii lubią pokrzyczeć do małolatów: "Gdzieście, k..., byli, jak walczyliśmy w trzeciej lidze?", tak zasadne wydaje się skierowane do władz, służb porządkowych i elit społecznych pytanie: "Gdzieście, k..., byli, kiedy problem można było opanować?".

Powiedzmy jasno: w ciągu ostatnich dwóch dekad powstała w Polsce nowa klasa społeczna, obwieszona szalikami i z nienawiścią w oczach, dobrze zorganizowana, wpływowa, poza skuteczną kontrolą. Drużyna, która ogrywa nas (pisząc "my", mam na myśli naiwniaków, którzy, owszem, interesują się piłką, ale nie chcą za nią ginąć, którzy uznają, że ulice i podwórka nie mogą być areną walk na noże i maczety) z wirtuozerską wprost łatwością. Z taką samą,

z jaką wściekły kibic Legii uderza w twarz piłkarza swojej drużyny po przegranym meczu, jak miało to miejsce w minioną sobotę.

Aryjska świta

Być może jej narodziny i dynamiczny rozwój są jeszcze jednym dowodem na słabość państwa, które nie potrafi zawczasu rozpoznać wewnętrznych zagrożeń i skutecznie im przeciwdziałać. Być może stadiony stały się jednym z miejsc, gdzie ujrzymy wykrzywioną gniewem twarz polskiego wykluczenia. Piszę "być może", bo piłka w wydaniu na żywo przyciąga przecież nie tylko "skrzywdzonych i poniżonych", ale również tych, którzy na co dzień odnajdują się w społecznej rzeczywistości całkiem nieźle.

Niemodne słowo wydaje się tu jak najbardziej stosowne: duże połacie trybun są miejscem głęboko zdemoralizowanym, ponieważ obowiązuje na nich świat odwróconych wartości, kodeks więzienny, żargon urków. Złodziej jest godny szacunku, a ten, kto daje się okraść, zasługuje na pogardę; bandyta jest wodzem, a uczciwy co najwyżej frajerem; im mocniej nienawidzisz policji i przeciwników, im mocniej bluzgasz, bijesz, kąsasz, tym wyżej stoisz w hierarchii. W głębokim cieniu, jaki rzucają trybuny zasiedlone przez zło, giną normalni kibice.

Gdyby jeszcze złe emocje, jakimi naładowane są trybuny, nie wylewały się poza koronę stadionu, można byłoby taki stan rzeczy zaakceptować: są przecież miejsca, gdzie tolerancja i społeczne normy mają ograniczony posłuch, żaden papież tego nie zmieni, nawet ten, który chadzał na Cracovię. Jeśli jednak szukać odpowiednich metafor, to stadion bardziej przypomina garnek wypełniony po brzegi wrzącą cieczą. Kończy się mecz, kibice rozlewają się po mieście, z przesłaniem, które trudno uznać za pokojowe.

Przekonanie, że istnieje ścisły rozdział pomiędzy stadionem a niestadionem, że mecz kończy się po ostatnim gwizdku arbitra, jest mylne. Równie dobrze można powiedzieć, że wpływ szkoły kończy się wraz z ostatnim dzwonkiem. Nie: stadion promieniuje, stadion świeci, stadion zaraża. Granica między widowiskiem sportowym a areną, gdzie rozgrywane są sprawy polityczne i gangsterskie biznesy, jest coraz bardziej nieostra. I trudno doprawdy zrozumieć, czy setki kibiców Resovii Rzeszów, podążających na derby pod wielkim transparentem "Aryjska świta powraca" przygotowują się na widowisko sportowe, czy też biorą udział w zmartwychwstaniu jednej z najciemniejszych sił europejskich. A może jedno i drugie.

Śpiew urzędnika

Przykładów spolegliwości społeczeństwa polskiego wobec kiboli jest wiele. Ulegamy w autobusach i na ulicach, odwracamy głowy, zło nazywamy zabawą. Nic dziwnego, jeśli stawką bywa życie. Na poziomie ogólniejszym najbardziej spektakularny i najdroższy przykład przegranej można oglądać w Krakowie, gdzie nacisk skłóconych ze sobą na śmierć i życie środowisk Wisły i Cracovii doprowadził do wybudowania dwóch stadionów zamiast jednego. Łączny koszt inwestycji ze strony miasta to w tej chwili ok. 600 mln zł. Jednocześnie w 600-tysięcznym Krakowie, hojną ręką obdzielającym kibiców, działają zaledwie dwa duże parki z prawdziwego zdarzenia, z dobrze rozwiniętą infrastrukturą sportową i placami zabaw, które nie grożą kalectwem. Jednocześnie miasto nie ma pieniędzy na nowe przedszkola i tnie wydatki na kulturę.

Skąd ta szczodrobliwość? Oficjalna odpowiedź brzmi: z przywiązania do dobrej tradycji. Po jednej stronie Błoń Wisła, po drugiej Cracovia, niech tak zostanie. Jest i odpowiedź inna - podejmując decyzję o budowie dwóch stadionów, urzędnicy kierowali się uzasadnionym lękiem, że miasto, regularnie wstrząsane doniesieniami o zabójstwach kiboli, po raz kolejny zostanie zdemolowane przez rozwścieczonych fanów piłki nożnej, jak miało to miejsce w 2001 r. Pryskały szyby wystawowe, uciekali przechodnie. Dylemat wygląda na łatwy do rozwiązania: mimo że brakuje przedszkoli, magistrat nie musi się obawiać, że zdesperowani rodzice zaczną rzucać kamieniami w witryny sklepowe.

Pytanie o spolegliwość zaczyna brzmieć szczególnie niewygodnie w perspektywie nadchodzących mistrzostw Europy. Można oczywiście uznać, że ci, którzy podają w wątpliwość sens budowania horrendalnie drogiego stadionu narodowego, wskazując na kryzys i pilniejsze potrzeby, to tani populiści. Jeśli jednak przyjąć, że na nowych stadionach zasiądzie w dużej mierze nowa klasa społeczna, otrzymamy następujący ciąg zdarzeń: oto mamy w kraju armię agresywnych mężczyzn, która od lat terroryzuje, bije i kradnie. W ramach resocjalizacji i równania do Europy dajemy im w prezencie nowocześnie urządzone obiekty, licząc, że miłe i przyjazne otoczenie uspokoi nieco ich skołatane nienawiścią wnętrza.

Odpowiedzią jest szczególna zmiana: na coraz lepszych stadionach maleje liczba zadym. Nie dlatego jednak, że jest ich mniej - po prostu rozgrywają się gdzie indziej. Różnica dotyczy wyłącznie scenografii: kiedyś bandyci bili się głównie na stadionach, dzisiaj umawiają się głównie poza stadionami. W ogólnym krajobrazie zdziczenia nie czyni to zbyt wielkiej różnicy.

Ze spolegliwością łączy się zaś szczególne zaczadzenie umysłowe, w którym prawo do wolności myli się z prawem do nienawiści. Przykład najświeższy: we francuskim filmie o rzeszowskich derbach między Stalą a Resovią pojawia się urzędnik miejski Łukasz M., inspektor wydziału kultury, sportu i turystyki, a zarazem działacz Resovii. Kamera uchwyciła, jak krzyczy: "Stal to k..., tak jest". Urzędnik złożył co prawda dymisję, ale pojawiły się głosy w jego obronie. "Łukasz M. tłumaczy, że nie jest chuliganem, ale wieloletnim, oddanym sympatykiem Resovii. Jego słowa potwierdzają inni członkowie zarządu klubu, którzy nie mają najmniejszego zamiaru odwoływać kolegi ze stanowiska" - czytamy w portalu kibicowskim.

Być może w tym tkwi największy problem: uznaliśmy nienawiść za pełnoprawną uczestniczkę życia społecznego. Ma ona swój dobrze prosperujący przemysł (ciekawe swoją drogą, jakie zyski przynosi emblemat "JP" na bluzach i koszulkach), swoje strony internetowe, swoją muzykę, swoich świętych, na grobach których nieustannie płoną znicze, ma źródła finansowania, kontakty w klubach i świecie polityki. Nie ma jedynie postaci, która potrafiłaby ją zjednoczyć i zmienić na trwałe z rozproszonych płomieni w jedno ognisko. Kto jednak zaręczy, że, zgodnie z prawami statystyki, taka postać się nie pojawi?

I ty tam byłeś

Czy jest jakieś wyjście? Czy pomogą nam karty kibica i czytniki elektroniczne na stadionach, nieskuteczne zakazy stadionowe i sądy odbywające się jeszcze podczas meczów, nieformalne układy z kibolami? Czy nadal będziemy wysłuchiwać ze spokojem krętactw PZPN-u, wymijających odpowiedzi, przesuwania spraw w nieskończoność? Czy naszym marzeniem jest sytuacja z Poznania, gdzie ceną spokoju było powierzenie bojówkarzom współorganizacji meczów? Czy możemy zrobić coś, co sprawi, że na nasze ulice powróci spokój? Czy też sprawy zaszły za daleko i jedyne, co pozostaje, to likwidacja szkód i chłodna obserwacja spirali nienawiści, która rozkręca się bez przeszkód, bijąc na oślep kiboli i postronnych?

Od dziecka jestem zapalonym kibicem. Wyrosłem na trybunach, lubię chodzić na mecze, krzyczeć i dopingować. Ale patrząc na twarze kolejnych pokoleń kiboli - twarze, jak mi się wydaje, coraz poważniejsze i coraz bardziej bezwzględne - mam też coraz mniej wątpliwości.

Otoczenie polskiej piłki nożnej jest do spodu przeżarte złem. Dlatego Polska powinna stać się polem wielkiego eksperymentu społecznego. Dotychczasowe próby okiełznania kibolstwa okazały się nieskuteczne. Ani zakazy stadionowe, ani monitoring nie powstrzymały agresji. Skoro tak, sięgnijmy po środki bardziej radykalne, zepsujmy pełną hipokryzji atmosferę i zamknijmy na rok polskie stadiony. Spróbujmy wykonać gest, dzięki któremu zniknie pretekst do regularnych spotkań, marszów przez miasto, wrzasków i straszenia przechodniów. Wyjmijmy z tej piekielnej układanki jej najważniejszy element. Zaryzykujmy, żeby zobaczyć, jak poradzimy sobie bez sobót i niedziel spędzonych na trybunach. Stadion jest tym dla kibiców, czym kościół dla wierzących, miejscem formacji duchowej, formacji, podkreślmy, która w ostatnich latach prowadzi ku złu. Zamknijmy więc kibicowskie kościoły, zróbmy to, żeby po roku przeprowadzić rachunek zysków i strat.

Czy komukolwiek stanie się krzywda, czy też będzie to ratunek? Czy okaże się, że stadion jest wentylem, dzięki któremu uchodzą złe emocje społeczne, czy też miejscem, które potęguje w nas to, co złe? Czy ilość zadym pozostanie bez zmian czy też zmaleje? Obstawiam to drugie.

A jeśli to mrzonka, jeśli przekonanie o szkodliwym wpływie polskiej kultury piłkarskiej na życie społeczne nie będzie miało żadnego przełożenia na to, co dzieje się na trybunach? Jeśli stadiony nadal będą wylęgarnią nienawiści? W takim razie powinniśmy (pisząc "my", mam na myśli naiwniaków, którzy...) pożegnać się ze stadionami. Zwyczajni kibice nie cywilizują stadionów. To kibole zmieniają zwyczajnych kibiców na gorsze.

Zostawmy więc stadiony bandytom, żeby nikt nigdy nie mógł powiedzieć: "przecież i ty tam byłeś". Niech we własnym towarzystwie cieszą się prezentem, który dało im wspaniałomyślne i bezradne państwo.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz, reportażysta, pisarz, ekolog. Przez wiele lat w „Tygodniku Powszechnym”, obecnie redaktor naczelny krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Laureat Nagrody im. Kapuścińskiego 2015. Za reportaż „Przez dotyk” otrzymał nagrodę w konkursie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 15/2011