Rozpiętość skrzydeł

Cenione za wysoki poziom, krytykowane za wysokie, izolujące od świata mury. Szkoły katolickie.

07.10.2013

Czyta się kilka minut

W głowie – jak te skrzydła, o których siostra dyrektor mówiła niedawno rodzicom – trzepoczą myśli. „Pod naszymi skrzydłami będzie jej dobrze”.

Szukający wjazdu na parking samochód drugi raz okrąża dwumetrowe betonowe mury, które oddzielają budynek szkoły od miasta. Za nimi kryją się jeszcze: połączony ze szkołą podziemnym przejściem internat dla dziewczyn i klauzura sióstr. Jest koniec sierpnia. Ostatnie dni na przeprowadzkę.

Na zakrętach daje o sobie znać zapakowany w bagażniku pokój Natalii, piętnastolatki, która za kilka dni ma rozpocząć naukę w liceum katolickim.

Nie zabrała za dużo: trochę ubrań (na co dzień chodzi się tu w mundurkach), książki (tyle, ile zmieści się na dwóch półkach regału, które jej przysługują w trzyosobowym pokoju), parę drobiazgów.

Myśli trzepocą coraz intensywniej. „Pod naszymi skrzydłami będzie jej dobrze”. Będzie dobrze...

WYBÓR

We wrześniu blisko 6 proc. polskich uczniów rozpoczęło naukę w ponad pięciuset szkołach katolickich. Gdy kończył się komunizm, było ich tylko 24. Z każdym rokiem szkolnym powstają nowe. Kilka tygodni temu działający w Polsce od 370 lat zakon pijarów otworzył np. podstawówkę i gimnazjum w Bolesławcu. Pod opieką 18 nauczycieli uczy się tam 125 uczniów.

Szkoły katolickie mogą prowadzić nie tylko zakony – także diecezje i parafie. Te z nich, które funkcjonują na zasadach szkół publicznych, są dotowane przez państwo i gminy tak samo jak wszystkie inne szkoły.

Wśród zalet katolickiego szkolnictwa wymienia się najczęściej wysoki poziom nauczania, dbałość przykładaną do wychowania oraz bezpieczeństwo, które zapewniają wychowankom. Trafiają tu najróżniejsi uczniowie. Zwykle łączy ich świetne świadectwo. Dzieli powód, dla którego wybrali szkołę katolicką.

– Nauczyciel historii zapytał nas na pierwszej lekcji, dlaczego tutaj jesteśmy – opowiada Natalia (liceum katolickie skończyła sześć lat temu). – Odpowiedzi padły najróżniejsze: „rodzice mi kazali”, „podobno szkoła ma świetny poziom”, „chciałam uciec z domu rodzinnego”, „tu wreszcie mogę z kimś zjeść śniadanie”, „jestem bardzo religijna, w normalnej szkole nie mogłabym uczestniczyć w tych wszystkich nabożeństwach”.

Motywy wyboru szkoły są oparte na wyobrażeniu o tym, jak działają szkoły katolickie. Dzieci, które często na podstawie opinii starszych koleżanek i kolegów same wybierają placówki z internatem, to, jak szkoły funkcjonują od środka, sprawdzają na własnej skórze.

ŚWIATŁO

Pokój Natalii jest trzyosobowy. Przez kraty przymocowane do sięgających pod sufit okien widać ogród. Wiosną i jesienią podobno spacerują tamtędy siostry, odmawiając różaniec. To one zarządzają światłem w internacie. O 6.45 zapala się we wszystkich pokojach, o 17.00 rozświetla biurka licealistek (w internacie mieszkają tylko dziewczyny), o 22.00 gaśnie.

W internacie wszystkie dni są do siebie podobne. Po pobudce – wspólne śniadanie (7.15); apel i modlitwa w szkolnej kaplicy (7.50); pierwsza lekcja (8.00). Zajęcia, prowadzone przez siostry zakonne, ale także przez nauczycieli świeckich, kończą się z reguły po 15.00. Przez następne dwie godziny licealistki, które mieszkają w internacie, mogą wyjść ze szkoły. Równo o 17.00 zaczyna się dwugodzinne „studium”, czyli indywidualna nauka w pokojach. Przy otwartych na oścież drzwiach swoich pokojów dziewczyny odrabiają lekcje. Ciszę korytarza mącą jedynie kroki spacerującej siostry. Później kolacja w szkolnej stołówce.

O 21.00 mieszkanki internatu spotykają się na Apelu Jasnogórskim odprawianym w kaplicy, która znajduje się na poddaszu internatu. Na karteczkach spisują intencje, które prowadząca Apel odczytuje w czasie modlitwy. O 22.00 idą spać.

PÓŁZAMKNIĘTE

Nie wszystkie internaty prowadzone przy szkołach katolickich są tak samo zamknięte. Jedno z podkrakowskich liceów katolickich, funkcjonujące jako szkoła publiczna, bardziej niż zamknięty za murami klasztor przypomina kampus amerykańskiego uniwersytetu. Ma własny kościół, basen i boiska sportowe. A między nimi, oddzielone równo przystrzyżonymi trawnikami, stoi kilka wygodnych domków, które składają się na miejscowy internat. W każdym z nich pracuje wychowawca, który opiekuje się młodzieżą po lekcjach.

– Nie wchodzimy w nocy do pokojów uczniów. Nie ma „rączek na kołderce”. Nie polujemy na tych, którzy piją piwo, tylko po to, aby odhaczyć złapanych w statystykach – zapewnia kierownik internatu. – Chodzi o to, że przychodzisz tu dobrowolnie. Jeśli łamiesz tak prostą regułę jak zakaz alkoholu, mogę domniemywać, że jako dorosły wsiądziesz po pijanemu do samochodu.

W tej szkole zasady są proste: im dłużej jesteś w porządku, tym bardziej wychowawca będzie ci ufał. To nie seminarium ani obóz przetrwania. Wychowawcy powtarzają: uczniowie mają sporo swobody, obowiązują natomiast proste zasady – prawdomówność, uczciwość, przyznanie się do błędu, jeśli ten błąd się popełni. Nikt tu za nikim nie biega, nie sprawdza, jak się prowadzisz. Chyba że sam dasz powód.

Z drugiej strony, pilnuje się nauki. Obecność jest sprawdzana skrupulatnie. Jeśli uczeń nie dotrze na lekcje, dowiadują się o tym od razu wychowawca i pedagog.

Kierownik internatu przyznaje: czasem szkoła, bardziej niż z dziećmi, musi walczyć z rodzicami. Na przykład – o zwolnienia z wuefu. Jeśli komuś nie pasuje gimnastyka, ma do wyboru basen. Ale rodzice mówią czasem: dziecko nie lubi ćwiczyć, ma problemy z sercem. Wtedy dyrektor proponuje kółko szachowe.

STRACH

Dla niektórych internat jest szansą. Liceum pod Krakowem, choć wymaga od kandydatów 160 punktów ze świadectwa i egzaminu gimnazjalnego (na 200 możliwych), daje szansę na dostanie się także młodym pochodzącym z zagrożonych rodzin. Rozmowy rekrutacyjne zaczynają się już w marcu – i są prawdziwym poligonem socjologii.

– Jak dotąd, tylko trzy razy zdarzyło się tak, że razem z dzieckiem przyjechali oboje rodzice i matka mówiła otwarcie o chorobie alkoholowej ojca. Zwykle matki nic nie mówią, i sami musimy się domyślać, albo ojciec w ogóle nie przyjeżdża – opowiada kierownik internatu.

Na początku jest strach. Bo w wieku 16 lat to za wcześnie na rozstanie z rodziną i zamieszkanie w kilku­osobowym pokoju z nieznanymi rówieśnikami. – Zdarzyło się, że nowo przyjęta dziewczyna zemdlała ze stresu. Ale to skrajne, rzadkie przypadki. Rodzicom pierwszoklasistów mówię zwykle: proszę dać dziecku wrzesień na wypłakanie się. Samo przestanie – mówi jedna z pracujących w liceum wychowawczyń.

To moment, w którym nowe środowisko po raz pierwszy w życiu przejmuje funkcje wychowawcze.

– Posłanie dziecka do internatu wiąże się z decyzją, że jego wychowaniem zajmują się od teraz koledzy, a nie rodzice – wyjaśnia psycholog Ryszard Izdebski. – W wieku 16 lat dziecko jest jeszcze wciąż kruche. Jeżeli nie ułoży mu się dobrze relacja z rówieśnikami, zostanie w internacie samotne.

Psycholog podkreśla, że im młodsze dziecko, tym trudniej odnaleźć mu się poza domem: – W szkole bez internatu jest się codziennie w domu i rodzicom można powiedzieć o problemach nawet w sposób pośredni, np. przez chorobę, ból brzucha, przez coś, co pokazuje, że jest problem. Dzieci w internacie nie mają takiej szansy.

Wychowawcy z liceum pod Krakowem zapewniają jednak, że samotność i zagubienie z początku pobytu w internacie z reguły znika po kilku tygodniach – a pomagają w tym spotkania i rozmowy z dziećmi. – Nasi absolwenci mówią zwykle, że internat pomógł im wejść w dorosłość – mówi szkolna wychowawczyni. – Każdy z nas ma pod opieką 29 osób. Kiedy mają gorączkę, bywa, że sami muszą znaleźć sobie termometr. Ale radzą sobie nieźle. Niektórzy trzecioklasiści, ucząc się do matury, pracują już weekendowo.

NA WŁASNĄ MIARĘ

W bardziej zamkniętych internatach zasad jest więcej: obowiązkowe mundurki na co dzień, zakaz nawet najbardziej delikatnego makijażu, zakaz wychodzenia w godzinach wieczornych z internatu, udział w „wieczorkach powołaniowych” (siostry opowiadają wtedy, jak trafiły do zakonu), obowiązkowe nabożeństwa.

Skrojony w pierwszym tygodniu września mundurek musi wystarczyć na najbliższe trzy lata. Biodra, pas, klatka piersiowa. Potem długość od pasa do kolan i od ramion do zgięcia łokci. Wszystko trwa kilka minut. Jedna pani mierzy, druga zapisuje. I następna osoba. Po kilku dniach mundurek jest już do odebrania.

Na co dzień: granatowa bluza dla wszystkich. Od święta: biała koszula z kołnierzem i granatowa spódniczka za kolana. Na zimniejsze dni do spódnicy granatowa bluzka z długim rękawem. Dziewczyny kręcą nosami, bo bluzy za duże, spódnice za szerokie. Bluzę zakłada się codziennie przed apelem.

RÓŻNE WIARY, RÓŻNE ZWIĄZKI

Choć do liceum pod Krakowem trafiają dzieci z rodzin wierzących, w szkole ustalono: msze i modlitwy są w większości nieobowiązkowe. Opiekujący się mieszkańcami kampusu katecheta mówi, że internat to okres, gdy uczniowie często pierwszy raz zaczynają się zastanawiać nad swoją wiarą. – Już nie są zaganiani do kościoła przez rodziców. Ustaliliśmy, że obowiązkowa będzie tylko Msza odprawiana w czwartki po południu. Kiedyś obowiązkowe były też dziesiątki różańca – ale źle odbijało się to na podejściu do wiary – opowiada katecheta.

– Częściowa izolacja od świata ma tę dobrą cechę, że uczniowie mogą najpierw wzmocnić swoje wartości, upewnić się w nich, a potem wyjść z nimi na zewnątrz – mówi jedna z wychowawczyń. – Nie wszystkie dzieci są bardzo prokatolickie. Przychodząc do nas, mają różne doświadczenia, rozmawiają o nich w swojej grupie.

– Nie próbujemy ich tu chronić przed światem. Mają prawo wychodzić, mają prawo czasem pomylić się na zewnątrz. Nie jest tak, że od razu wtedy na nich krzyczymy. Zaczynamy, i najczęściej kończymy, na rozmowie – dopowiada szkolny katecheta.

Ale takie liceum to nie tylko związek z Bogiem – czasem również z chłopakiem lub dziewczyną. Podkrakowska szkoła jest koedukacyjna. Jednak ze względu na rozkład zajęć pary nie mają dla siebie zbyt dużo czasu. Po lekcjach są tylko dwie godziny wolnego; za zgodą wychowawcy można się wspólnie uczyć. Plus trochę czasu wieczorem.

– Raz ksiądz dyrektor nieco się zdziwił, gdy zobaczył, że nasi uczniowie chodzą po kampusie za rękę. Powiedziałem mu: ludzie w tym wieku szukają siebie, szukają drugiej osoby. Lepiej, żeby robili to otwarcie, niż mieli się chować – mówi kierownik internatu. Wspomina też, że kiedyś pary mogły się spotykać wyłącznie w świetlicy. Ale szybko to zmieniono: – Wyobraziłem sobie siebie w wieku 17 lat, z dziewczyną, z którą chciałbym sobie porozmawiać. Nie byłbym zadowolony, gdyby co chwilę ktoś mi w tym przeszkadzał.

Niezależnie jednak od podejścia dyrekcji do związków uczniów, za szkołami i internatami katolickimi wciąż ciągnie się odium miejsc, w których miłość i związki są owocem zakazanym. A ich uczniowie muszą zmierzyć się z dwoma skrajnie różnymi stereotypami na swój temat. Zwłaszcza dziewczyny mieszkające w zamkniętych, przyklasztornych internatach – przez jednych są postrzegane jako pobożne i wycofane, przez drugich wręcz odwrotnie: za kobiety, które po zakończeniu szkoły mają problem w relacjach z mężczyznami.

***

To, że uczniowie szkół katolickich osiągają bardzo dobre wyniki w nauce, potwierdza m.in. ogólnopolski ranking liceów przygotowywany przez „Perspektywy” w 2012 r. Na 500 liceów, które osiągnęły najlepsze wyniki znalazło się 51 liceów katolickich. Jeśli chodzi o wyniki maturalne, 12 proc. najlepszych liceów to szkoły katolickie. Pierwsze miejsca w rankingach zajęły licea katolickie w województwach: opolskim, podkarpackim i świętokrzyskim. W pierwszej dziesiątce najlepszych szkół licea katolickie znalazły się aż w 11 województwach. 

Z dwudziestoosobowej klasy Natalii szkołę odwiedza tylko kilku absolwentów.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka i redaktorka „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do 2012 r. dziennikarka krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”. Laureatka VI edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego (… więcej
Marcin Żyła jest dziennikarzem, od stycznia 2016 do października 2023 r. był zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Od początku europejskiego kryzysu migracyjnego w 2014 r. zajmuje się głównie tematyką związaną z uchodźcami i migrantami. W „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 41/2013