Reklama

Rózga czy książka?

Rózga czy książka?

02.12.2009
Czyta się kilka minut
Ta strona jest przeznaczona dla wszystkich rodziców, którzy niezrażeni durnymi żądaniami swoich dzieci ("Kochany święty Mikołaju, przynieś mi quada") i dzielnie tłumiąc rodzicielskie skrupuły, są gotowi włożyć pod choinkę KSIĄŻKI. Zgoda, być może obok, a nie zamiast wymarzonego przez dzieci badziewia, ale dobre i to.
Z

Z braku miejsca rekomenduję dziś jedynie książki dla dzieci młodszych - od 2. do 8. roku życia. Te starsze muszą niestety poczekać na inną okazję. A niebawem znane już będą nagrody i wyróżnienia w konkursie "Książka Roku" Sekcji Polskiej IBBY (International Board of Books for Young People); w kolejnym numerze "Książek w Tygodniku" opiszemy je skrupulatnie.

od lat 2

Dick Bruna, seria "Miffy"

przeł. Magdalena van der Kroft, Wydawnictwo Format

Musiało upłynąć przeszło pół wieku od narodzin Miffy, aby ten najsłynniejszy króliczek na świecie, skutecznie rywalizujący z logo "Playboya", dotarł do Polski. W roku 1955 Holender Dick Bruna, podówczas młody ojciec, jednym pociągnięciem grubej czarnej kredki narysował dla syna sylwetkę królika. Rysunek zaczął obrastać w opowieści. Wkrótce z historyjek narodziły się kwadratowe, nieduże książeczki.

Miffy to dziewczynka (samiczka?). Jej sylwetka, prosta jak ideogram, syntetyczna jak znak drogowy, wędrowała bez przeszkód - nie gorzej od australijskiej plagi królików - po całym świecie. Obiegła Europę, podbiła Amerykę i Japonię (tam ma największą liczbę entuzjastów). Dick Bruna stworzył jak dotąd 116 książeczek o Miffy, czterowersowych rymowanek z ikonicznymi rysunkami, kolorowanymi za pomocą zawsze tych samych sześciu kolorów. Prostota okazała się kluczem do sukcesu - "Miffy" wydano dotąd w 85 milionach egzemplarzy (!!!). Polski przekład jest toporny, ale i tak warto zawrzeć znajomość z króliczką.

Eva Eriksson, Mela na rowerze; Mela na zakupach

przeł. Agnieszka Stróżyk, Wydawnictwo Zakamarki

Eva Eriksson jest obecnie najsłynniejszą ilustratorką w Szwecji. Stworzyła modę na oryginalny rodzaj ilustracji - pastelowe, bezpretensjonalne, trochę jakby dziecinne rysunki kredką, okraszone dużym poczuciem humoru. Ma na swoim koncie wiele książek autorskich, obrazkowych - takich jak te o śwince Meli.

Każda książka to jeden króciutki epizod, opisany z punktu widzenia dziecka. Niewiele tekstu, dużo obrazków. Zaczynają się zawsze od kwestii: "Mela jest duża i mądra. Potrafi nawet..." - i tu następuje jakaś świeżo nabyta umiejętność. W istocie Mela nie radzi sobie tak dobrze, jak by chciała, i - czy to podczas jazdy na rowerze, czy podczas samodzielnych zakupów - zdarza jej się jakaś niefortunna przygoda. Z pomocą babci przezwycięża jednak porażki. Pyszne książeczki! - mają arcyśmieszne rysunki, są dowcipne i wzmacniają u małych czytelników poczucie, że maluchy dadzą radę przeciwnościom.

Tomi Ungerer, Trzej zbójcy

przeł. Michał Rusinek, Wydawnictwo Format

Tomi Ungerer to światowej sławy gwiazda ilustratorska. Urodzony w Alzacji, przez lata związany z "New York Timesem", mieszkający w Irlandii Francuz zilustrował ponad 70 książek dla dzieci, za które nagrodzony został w roku 1998 Medalem Andersenowskim (tzw. Małym Noblem). Najsłynniejsze z nich to "The Three Robbers" (1961) i "Moon Man" (1966). Dziecięcych książek Ungerera dotąd nie publikowano w Polsce. I oto wydawnictwo Format - chwała mu za to! - postanowiło naprawić błąd. "Trzej zbójcy" to optymistyczna historia o cudownej przemianie tercetu zbójeckiego w dobroczyńców, pod wpływem pewnej małej dziewczynki. Otóż Tiffany, złotowłosa sierotka, znaleziona we wnętrzu obrabowanego powozu, zadaje zbójcom naiwne pytanie: po co im mianowicie nagromadzone w skrzyniach łupy zbójeckie? Zawstydzeni zbójcy idą po rozum do głowy i za zrabowane skarby fundują dom dla sierot. A kiedy z czasem przygarnięte dzieci dorosną - z wdzięczności budują trzy wieże o dachach w kształcie zbójeckich kapeluszy.

Ungerer, wybitny rysownik dla dzieci, znany jest także jako karykaturzysta, twórca rysunków erotycznych i politycznych, a także projektant najzabawniejszego szaletu w Niemczech (Plochingen).

Simms Taback, Płaszcz Józefa

wersja polska Dorota Hartwich i Magdalena van der Kroft, Wydawnictwo Format

Amerykański Medal Caldecotta to najbardziej prestiżowe wyróżnienie, jakie może otrzymać autor picture book - książki obrazowej. Simms Taback, wychowany na Bronksie potomek żydowskich imigrantów z Polski, należy do tego elitarnego grona szczęściarzy. Co znamienne, Medal otrzymał za ilustracje do książki "This Is the House That Jack Built" - tradycyjnej anglosaskiej wyliczanki, której korzenie sięgają jakoby XVI wieku. Tej samej wyliczanki, którą w roku 1878 zilustrował Randolph Caldecott - amerykański twórca książek dla dzieci, od nazwiska którego pochodzi nazwa Medalu.

Jako młody człowiek Taback współtworzył w roku 1963 Push Pin Studio - kultowe studio designerskie, amerykański matecznik najwybitniejszej grafiki użytkowej tej epoki. Wydawnictwu Format zawdzięczamy odkrycie Tabacka dla polskiej publiczności. Książka "Płaszcz Józefa" ("Joseph had a little overcoat") to dziecinna piosenka, przetłumaczona z języka jidysz. Każda zwrotka mówi o kolejnych "reinkarnacjach" płaszcza, w miarę jak się zużywał. A więc najpierw przybrał postać kurtki, potem kamizelki, potem szalika, potem krawata, chustki i wreszcie... ostatnim szczątkiem materiału Józef obszył guzik. Zachwycające ilustracje przypominają wiejskie dywaniki zszywane z jaskrawych skrawków. Każda scena utkana jest drobnymi rysunkowymi detalami, które z czułością i nostalgią portretują barwną małomiasteczkową egzystencję żydowskiej familii w dalekiej, egzotycznej Polsce.

Janusz Minkiewicz, Od A do Z

ilustrował Bohdan Wróblewski, Wydawnictwo Dwie Siostry

Znane z udanych książkowych liftingów wydawnictwo tym razem wznowiło po pięćdziesięciu (!) latach sympatyczne ilustrowane abecadło. Na grubych tekturowych stronach każda litera alfabetu przybiera postać, odpowiednio: A - atlety, G - górala, J - jabłuszka, K - kukułki... itd. Świetne rysunki - syntetyczne, lapidarne. W późnych latach 50., tuż po pogrzebie socrealizmu, wydawały się z pewnością bardzo zuchwałe i awangardowe. Nie zestarzały się do dziś i nadal zachwycają elegancką prostotą.

Astrid Lindgren i Björn Berg, Skąpy nie jestem, powiedział Emil; Mała Ida też chce psocić

przeł. Anna Węgleńska, Wydawnictwo Zakamarki

Para Lindgren-Berg to jeden z tych magicznych duetów, tak harmonijnych, że nie sposób ich rozdzielić. Astrid sama wybrała Björna Berga na ilustratora opowieści o Emilu, a on wywiązał się z zadania genialnie. Jego dosadne, komiczne ilustracje pysznie oddają klimat szwedzkiej prowincji i charakter Emila - największego urwipołcia, jakiego kiedykolwiek widziała wieś Lönneberga. Pyzate dzieci, o płowych czuprynach i zarumienionych od mrozu policzkach, są samą esencją "dziecięcości" - kapitalnie uchwycone w ruchu, żywiołowe, uczestniczące w wiejskich zabawach i zawsze będące utrapieniem dorosłych. Wszystkie opowieści o Emilu to arcyśmieszny zapis daremnych prób okiełznania dziecka obdarzonego niestandardową wyobraźnią, niespożytą energią i poczuciem humoru. Spośród wszystkich książek Astrid Lindgren te o Emilu, stworzone w duecie z Bergiem, należą do moich ulubionych.

od lat 5

Zodia Stanecka, Marianna Oklejak, seria "Basia" Wydawnictwo LektorKlett

O tej udanej serii pisałam już niejednokrotnie, więc tylko powtórzę: tak, warto kupić "Basię". To postać, z którą łatwo się dziecku zaprzyjaźnić. Seria ma przyjazny, rodzinny klimat i czytelne ilustracje z mnóstwem intrygujących detali. Autorka ładną polszczyzną mówi o radościach i kłopotach przedszkolaka. Seria "Basia" to świetna biblioteczka kilkulatka, regularnie powiększająca się o nowe tomy.

Księżniczka Märtha Louise,

Dlaczego rodzina królewska nie nosi koron na głowach ilustrował Svein Nyhus, przeł. Waldemar Szyngwelski, Wydawnictwo EP Publishing

Märtha Louise, księżniczka norweska, jest żywym banerem reklamowym. Od kiedy wyznała, że rozmawia z aniołami, i założyła Szkołę Umiejętności Nadprzyrodzonych - każda jej aktywność jest przedmiotem zainteresowania mediów. Absolwentka Oksfordu, dyplomowana psychoterapeutka, pisze także książki dla dzieci. Do zilustrowania swojej najnowszej książki bardzo roztropnie wybrała Sveina Nyhusa - prawdziwe objawienie pośród skandynawskich ilustratorów ostatnich lat. Cokolwiek zilustruje, z księżniczką czy bez - kupię bez wahania. Mamy już w Polsce jedną autorską książkę tego fantastycznego artysty ("Tato!" - wydawnictwo EneDueRabe) i oto pojawiła się kolejna.

"Dlaczego rodzina królewska nie nosi koron na głowie" to całkiem udana historyjka, oparta na wspomnieniach dziadka Jej Książęcej Mości, króla Olava, przybyłego do Norwegii wraz z rodzicami z Danii w drugim roku życia. Oto mały Olav, następca tronu, ma za zadanie poznać norweskie obyczaje. A że Norwedzy lepią bałwany, zjeżdżają na sankach i szusują na nartach - chłopiec nie uchyla się od tych obowiązków, przeciwnie, oddaje im się z przyjemnością. Problem w tym, że podczas poznawania norweskich tradycji korona książęca raz po raz ląduje w śniegu, gubi drogocenne kamienie, a nawet traci formę. Niebawem królewscy rodzice pójdą w ślady syna i przypną do butów śmieszne deseczki. A kiedy korony królewskie ucierpią podczas tej przygody - zapadnie decyzja, że odtąd monarchowie norwescy "korony nosić będą w sercu, a nie na głowie".

Tyle fabuła. Koniecznie trzeba mieć tę książkę, przez wzgląd na Jego Wysokość Sveina Nyhusa, króla norweskich ilustratorów, autora rewelacyjnych obrazków.

Stian Hole, Ulica Garmanna

przeł. Milena Skoczko, wyd. FISO - Fundacja Inicjatyw Społecznie Odpowiedzialnych

Druga po "Lecie Garmanna" autorska, obrazkowa książka Norwega Stiana Hole. Pierwsza uzyskała Bologna Ragazzi Award - nagrodę przyznawaną na światowych targach w Bolonii. Niezwykle oryginalna oprawa graficzna książki przyciągała uwagę wszystkich gości targów, niezrażonych hermetycznym językiem.

Dziwne, nastrojowe obrazy, sklejone z fotografii i rycin, mają zagadkowy klimat idylli zmieszanej z grozą. Groteskowe, karykaturalne wizerunki starych ludzi, jakich nigdy nie oglądaliśmy wcześniej w książkach dla dzieci, prowokują pytania o przemijanie, śmierć, niedołęstwo. Starość dla Garmanna jest abstrakcją, ale i on ma swoje lęki. Boi się szkoły, a kiedy już do niej trafi - boi się Roya, osiłka i prześladowcy z czwartej klasy. Za namową Roya mały Garmann robi coś bardzo głupiego. Na szczęście błąd można naprawić, a nagrodą jest przyjaźń starego Pana Znaczka - trochę dziwaka, kolekcjonera znaczków pocztowych...

Niełatwo opowiedzieć tę historię - to nie jest popularny szlagier, raczej trudny utwór muzyczny, którego trzeba słuchać po wielekroć. Fascynująca, tajemnicza książka.

Michael Bond, Miś zwany Paddington

tłum. Kazimierz Piotrowski, Wydawnictwo Znak

Klasyczne, wpisane w kanon literatury dla dzieci opowiadania o Paddingtonie w nowej edycji Znaku można kupić pod postacią niewielkich, poręcznych tomików z czarno-białymi ilustracjami. Te lubimy najbardziej. Wychodzą sukcesywnie, łącznie będzie ich jedenaście. Są też pojedyncze epizody ujęte w kształt książki obrazkowej (np. "Paddington i świąteczna niespodzianka"). Dla dzieci młodszych pod choinkę najbardziej jednak nada się edycja "luksusowa", a zarazem obszerna - wydanie specjalne na 50-lecie Misia. Jubileuszowy wstęp odautorski i osiem pierwszych przygód, z kapitalnymi ilustracjami Peggy Fortnum.

Ciarki przechodzą po plecach, kiedy się czyta niewinnie brzmiące pierwsze zdanie: "Państwo Brown po raz pierwszy ujrzeli Paddingtona na peronie stacji kolejowej". Pomyśleć tylko - to jak cud życia. Od tego niewinnego zdania począł się miś w kłapciatym kapeluszu i budrysówce, który sławą może równać się jedynie z Kubusiem P. Dziś niewiele ode mnie młodszy, ale zawsze tak samo rozczulający, z mordką wypaćkaną pomarańczowym dżemem.

Mikołajek - kalendarz 2010

Wydawnictwo Znak

Obok właśnie opublikowanych "Nieznanych przygód Mikołajka" gorąco zachwalam - tym razem już nie dzieciom, a rodzicom - Mikołajkowy kalendarz na rok 2010. To najładniejszy kalendarz, jaki znajduję w księgarniach: logicznie zakomponowany, przejrzysty, a przy tym opatrzony tu i ówdzie cudownymi ilustracjami Jacques’a Sempé, wyjętymi z książek o Mikołajku.

Kalendarium zaczyna się od ostatniego dnia listopada, a kończy w drugiej dekadzie stycznia 2011 - bardzo sensowna "zakładka". Ponadto zawiera mapę Polski, telefony alarmowe i informacyjne, miejsce na notatki, wstążeczkę do zakładania i - co najważniejsze - pyszne fragmenty opowiadań René Goscinnego. Bezpretensjonalny, sympatyczny prezent. Być może na - jakżeby inaczej - Świętego Mikołaja?

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]