Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Raport z oblężonego miasta

Raport z oblężonego miasta

14.12.2010
Czyta się kilka minut
Znakomity reportaż o Iranie - kraju paradoksów, gdzie przykłady niecodziennego w realiach islamskich liberalizmu sąsiadują z przejawami anachronicznego konserwatyzmu.
B

Brutalność islamskiego reżimu zupełnie wyparła z naszej świadomości obraz Iranu jako wielkiej antycznej cywilizacji mogącej poszczycić się wspaniałymi osiągnięciami w dziedzinie architektury, sztuki, poezji. Ryszard Kapuściński w sławnym "Szachin-

szachu" pisał, że nad Iranem zawsze wisi czarna chmura i nigdy nie ma w nim spokoju. Irańczycy posiedli jednak zdumiewającą umiejętność zachowywania niezależności w warunkach zależności, o czym przypomniała niedawno światu Marjane Satrapi w poruszającym "Persepolis".

Marek Kęskrawiec, dziennikarz i reportażysta, dwukrotny laureat nagrody Grand Press za teksty publikowane na łamach "Newsweeka", a ostatnio - nagrody imienia Beaty Pawlak, przyznaje, że kiedy po raz pierwszy leciał do Iranu, niewiele o nim wiedział. Wyobrażenia zupełnie rozminęły się z rzeczywistością: "Jadąc z teherańskiego lotniska do północnej dzielnicy Tadżrisz zobaczyłem świat zupełnie nieprzystający do obrazu surowej islamskiej republiki, jaki miałem w głowie: ujrzałem potężne węzły autostrad, wysokościowce, neony, billboardy reklamujące nieziemsko drogie zegarki, salony Dolce & Gabbany i Armaniego, parki pełne gimnastykujących się ludzi". Podkreśla jednak, że wszechobecna była też świadomość kontroli, ciągłej presji ze strony władzy, która zmusza do prowadzenia podwójnego życia.

Autor przyglądał się wydarzeniom poprzedzającym sfałszowane wybory prezydenckie w czerwcu 2009 roku oraz dramatycznym wypadkom, które nastąpiły tuż po nich. Dla wielu teherańczyków przedwyborcze manifestacje były pierwszym od trzydziestu lat, czyli od czasów rewolucji islamskiej, głębszym oddechem wolności. Symboliczny wydawał się nawet widok dziewczyny na rolkach bez obowiązkowej chusty: "Wtedy, w połowie ciepłego, słonecznego kwietnia byłem pewny, że rozwiane włosy dziewczyny to sygnał, iż świat radykalnej islamskiej rewolucji się kończy. Że system jest już bardzo słaby i zmęczony, skoro nawet nastolatki nie boją się zrzucać chust z głów". W hotelu nikt nie zareagował, gdy kucharz rzucił szmatą w ekran telewizora, na którym zobaczył wymądrzającego się mułłę...

Wszyscy zastanawiali się wówczas, dlaczego znienawidzony prezydent Ahmadineżad był taki opanowany, dlaczego pozwalał, by tłumy manifestowały na ulicach Teheranu. Dziś wiadomo, że był spokojny, ponieważ jeszcze przed głosowaniem znał jego rezultat. Władza przypomniała żelazną zasadę obowiązującą w dyktaturach: "Głosowali, jak chcieli, a wybrali, kogo trzeba". Ale fałszerstwo wyborcze przyspieszyło proces wyzbywania się przez Irańczyków jakichkolwiek złudzeń. Jak ujął to jeden z rozmówców autora, naród przestał być grzeczny, przestał prosić, by mułłowie posunęli się trochę i zrobili miejsce dla przywódcy irańskiej opozycji - Musawiego: "Teraz już nie myślimy o tym, by posadzić go obok tych zmurszałych starców. Teraz zastanawiamy się, jak im wytłumaczyć, by sami wysiedli z tego samochodu".

Równocześnie rośnie w siłę kasta pragmatycznych duchownych, dla których rządy radykałów są przeszkodą w robieniu interesów z zachodnimi korporacjami. Chcieliby bez obawy korzystać z majątków zgromadzonych na tajnych kontach w Szwajcarii i płynnie przejść od reżimu do kontrolowanej półdemokracji. Zdecydowana większość ajatollahów wcale nie marzy o tym, by zamienić Iran w szyicką wersję afgańskiego Talibanu. Nie wiadomo jednak, jak długo potrwa agonia systemu, który na razie trzyma się mocno, o czym świadczą powyborcze represje: "Zabitych jest najpierw dziesięciu, potem trzydziestu, w końcu liczba ta urasta do siedemdziesięciu dwóch i licznik staje" - notuje przed wyjazdem autor. Ludzie oddychają z ulgą: "Jak na irański reżim, to i tak niewiele" - mówią.

Iran, tłumaczy Kęskrawiec, to jeden wielki paradoks. Przykłady niecodziennego w realiach krajów islamskich liberalizmu sąsiadują z przejawami anachronicznego konserwatyzmu. Na przykład kobieta w świetle irańskiego prawa jest właściwie "półczłowiekiem": jeśli padnie ofiarą przestępstwa, sprawca zostanie potraktowany dwukrotnie łagodniej, niż gdyby zaatakował mężczyznę. Ma obowiązek zakrywania włosów, a za nieodpowiedni strój grozi jej siedemdziesiąt batów, i to już w wieku dziewięciu lat. Równocześnie współczesne Iranki emancypują się i buntują w stopniu nieznanym w żadnym innym islamskim państwie. Wspomnienie względnej swobody obyczajowej panującej za szacha mobilizuje je do walki o swoje prawa. Pomaga w tym fakt, że stanowią prawie 60 procent studiujących.

Jednym z przejawów rewolucji obyczajowej jest teherańska korporacja taksówkarska złożona z 700 taksówek prowadzonych przez same kobiety i wożących również tylko kobiety. Gabinety piękności wyrastają w Teheranie jak grzyby po deszczu, stał się on też światową stolicą... operacji nosa. Istnieje nawet żeńska piłka nożna, choć mecze rozgrywane są bez udziału męskiej publiczności, a kobiety występują w długich dresach i chustach na głowach. Trzeba jednak pamiętać, że ta elementarna swoboda dotyczy jedynie miast. Parwane, malarka, nie ma złudzeń: "Muszę stąd wyjechać, zanim się przyzwyczaję, zanim obowiązkowa chusta wrośnie mi w mózg i w serce".

W Iranie dostępne są amerykańskie produkcje, najczęściej filmy akcji. Nie można zobaczyć w nich jednak scen kręconych w dyskotekach, no i oczywiście seksu, choćby chodziło tylko o niewinne pocałunki. Cenzura wycina je albo pokazuje w takim zbliżeniu, by wszystko się rozmywało. Zbyt intymne dialogi są dubbingowane, dzięki czemu miłosne rozmowy zmieniają się w pełną troski konwersację o losach kraju. Seksualność bywa zresztą traktowana w sposób dla nas zaskakujący: ajatollah Chomeini jedną ze swoich nauk poświęcił rozważaniu, czy mężczyzna, który odbył stosunek z kurczakiem, może go potem zjeść na kolację. W świecie, w którym seks jest sferą tabu, niektórzy ulegają głębokim frustracjom i nawet ajatollahom nie wydaje się to dziwne. W sprawie kurczaka okazało się, że ani mężczyzna, ani jego krewni nie mogą spożyć kurczaka, ale już obcy mu ludzie - tak...

Książka zawiera interesujące wątki polskie. Okazuje się, że tak jak Wałęsa jest autorytetem dla irańskiej opozycji, tak "papieżem" intelektualistów i artystów stał się Krzysztof Kieślowski. Irańczycy kochają "Dekalog", "Podwójne życie Weroniki" czy "Trzy kolory". Z kolei "Bolek i Lolek" oraz "Reksio" to w Iranie kultowe kreskówki.

"Czwarty pożar Teheranu" stawia drażliwe pytanie: dlaczego kraj, któremu tak naprawdę nigdy nie udowodniono prac nad bronią nuklearną, traktowany jest przez Zachód jako zagrożenie większe niż Korea Północna, choć ona tę broń już od dawna posiada i rządzona jest przez nieprzewidywalną rodzinę Kimów. Odpowiedzi trzeba szukać w historii skomplikowanych stosunków między Iranem a najważniejszym bliskowschodnim sojusznikiem USA - Izraelem. Cytowany w książce wieloletni szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej i laureat Pokojowej Nagrody Nobla Mohamed ElBaradei uważa, że nie należy przesadzać z zagrożeniem ze strony Iranu. W dodatku ewentualny atak Stanów na Iran mógłby być, paradoksalnie, na rękę reżimowi, wzmocniłby bowiem jego popularność i stał się okazją do rozprawienia z opozycją.

A religia? Z badań Instytutu Gallupa, przeprowadzonych w 140 krajach, wynika, że dla 82 procent mieszkańców globu religia jest najważniejszą częścią ich życia: Iran znalazł się w środku stawki, na poziomie amerykańskiej Alabamy. Kęskrawiec przemierzył Iran wzdłuż i wszerz, ale tylko kilka razy widział ludzi modlących się o ustalonych porach na poboczach dróg, choć w innych krajach islamskich taki widok jest na porządku dziennym.

Trudno jednak mówić o masowym odchodzeniu od religii; jeśli Irańczycy od czegoś odchodzą, to raczej od meczetów i duchownych niż od samej wiary. Jak przekonuje autora jego przyjaciel Dżawad, w erozji religijności kryje się nadzieja na przyszłość: "Jesteśmy narodem religijnych materialistów. Jedyna pociecha, że ta sama choroba dotyka konserwatystów i rozmywa ich surową, ascetyczną ideologię. Oni też uwielbiają te wszystkie gadżety: telewizory, mikrofalówki, wielofunkcyjne komórki. Z tego można się tylko cieszyć. Może kiedyś znudzą się islamem jak komuniści Leninem"...

Marek Kęskrawiec, Czwarty pożar Teheranu, Warszawa 2010, Wydawnictwo W.A.B.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]