Radzik: Pocztówka z Kościoła w kryzysie

Czyta się kilka minut
Fot. GRAŻYNA MAKARA /
Fot. GRAŻYNA MAKARA /

Miałyśmy poczucie, że przeniosłyśmy się do miasta przyszłości. Po ulicach jeździli rowerzyści, rolkarze i deskorolkarze, a kierowcy im ustępowali. Jezioro i rzeka były tak czyste, że ludzie kąpali się w nich w czasie lunchu. W budkach telefonicznych były aparaty pozwalające wysłać do domu e-maile, co próbowałyśmy robić, choć większość naszych rodziców internet miało w najlepszym razie w pracy, a najpewniej wcale. Patrzyłyśmy na te budki jak na statek kosmiczny, zastanawiając się, kiedy takie będą u nas – my, przybyszki z przedmieścia Warszawy przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Harcerki, którym miejscowi skauci użyczyli swojej skautówki na obrzeżach miasta, dzięki czemu (oraz dotacji z gminy, akcjom zarobkowym i zaradnej drużynowej z dobrym angielskim) pokonałyśmy mizerię domowych budżetów i pojechałyśmy na obóz letni za granicę.

Skoro to się udało, to być może wszystko było możliwe. Choć prawdę mówiąc, najbardziej wierzyłam w te budki telefoniczne. Czysta woda w Wiśle oraz to, że kiedyś jazda rowerem po mieście nie będzie równoznaczna z samobójstwem, były nie do pomyślenia. Nie do pomyślenia było jeszcze coś: ciotka drużynowej, która w swojej katolickiej parafii mówiła kazania.

To już nawet nie była postać z przyszłości, ale kompletne zakrzywienie rzeczywistości. Anomalia. Plotki o tym, że gdzieś w świecie są kościoły, w których podają komunię na rękę albo gdzie dziewczyny są ministrantkami, jeszcze do nas docierały. Ale to? Nie pamiętam, żebym była zaciekawiona, żebym próbowała zrozumieć. Byłam zbyt zaskoczona.

Zbyt zaskoczona byłam też 15 lat później, rozmawiając z Diann Neu o feministycznych rytuałach i modlitwach, omadlaniu ważnych momentów życia. Zaczęłam z rezerwą, ale opowieść o tworzeniu modlitw i rytuałów, które towarzyszą etapom życia kobiety albo onkologicznym pacjentom, kupowała mnie coraz bardziej. Być może dlatego, że pokazywała możliwość duszpasterstwa bliskiego, czułego i reagującego na to, co ważnego się dzieje. Duszpasterstwa w rękach świeckiej kobiety, czyli czegoś, czego wciąż z własnego doświadczenia zupełnie nie znałam.

W dodatku Diann poszła dalej niż szwajcarska kaznodziejka, swoje duszom towarzyszenie (bo pasterstwo jednak zakłada gatunkową różnicę) ustanowiła sama. Że biskup jej go nie da, nie miała wątpliwości, ale były kobiety, które chciały to towarzyszenie przyjąć. Nie wymyśliła tego wczoraj, ciągnie tak od 40 lat. Wiało wolnością prawie jak w sztormowy dzień w Ostendzie.

Przypomniało mi się to, gdy przeczytałam o noworocznym liście biskupów diecezji Chur, Basel i St. Gallen, który podkreślał, że wierni mają prawo do liturgii zgodnej z zasadami Kościoła rzymskokatolickiego. Wierni okazali się niezbyt tą troską zachwyceni. Przypomnienie, że tylko ksiądz ma prawo sprawować Eucharystię, sakrament pojednania oraz namaszczenia chorych, skojarzono błyskawicznie ze sprawą pożegnania pracownicy pastoralnej Moniki Schmid w parafii, w której pracowała. Podczas mszy z tej okazji przewodniczący liturgii zaprosił ją do ołtarza, do koncelebry. Drugim skojarzonym z listem przypadkiem była Charlotte Küng-Bless – ta, na prośbę rodziny i umierającej, która nie życzyła sobie księdza, przygotowała rytuał pożegnania przypominający namaszczenie chorych.

W odpowiedzi na pouczenie biskupów podniosło się wiele ostrych głosów, w tym samych zainteresowanych. Küng-Bless skomentowała, że może trzeba uzgodnić prawo kanoniczne z wolą Jezusa, a Monika Schmid odpisała hardym listem. Było w nim przypomnienie, że liturgia, którą znamy, jest efektem zmian soborowych poprzedzonych liturgicznymi „eksperymentami” wspólnot. Ale było też odwrócenie ostrza w stronę biskupów: gdybyście z taką skrupulatnością zajmowali się kwestiami molestowania, sprawy potoczyłyby się inaczej, a ofiary czułyby się traktowane poważnie. Kpiła też z ich lęku przed Rzymem i zaznaczała, że taki list to nie duszpasterska troska, tylko podkładka. Dowód, że starali się utrzymać porządek w szeregach. Schmid pracowała dla Kościoła 40 lat, uważając to za swoje powołanie. Dziś biskupom wytyka niesprawiedliwość wobec kobiet.

Oto pocztówka z czasów Kościoła w kryzysie. Do waszych skrzynek prosto z niemieckojęzycznej Szwajcarii. Czy zresztą tylko stamtąd? Trzeszczy, kruszą mu się mury, obłazi farba niczym w nawach kościoła w mojej brukselskiej dzielnicy, ale wciąż celebrans i dwóch ministrantów idą procesją przez główną nawę, choć w ławach zebrało się ze 30 osób. Chłód włazi w kości, bo nie ma dla kogo grzać. Ledwo pulsuje życie, ale liturgia, że mucha nie siada. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 4/2023