Przechodzące w owację

To naturalnie oklaski. Starzy jak ja pamiętają: jedno z koszmarnych, najbardziej ponurych symbolicznych zachowań epoki stalinizmu. Na gremiach partyjnych najwyższego szczebla, jak i na zebraniach masowych ten sam rytuał, potem odnotowywany przez prasę: oklaski jak teatralne didaskalia. Miały różny, starannie cyzelowany stopień natężenia. Sołżenicyn opisał to, co najbardziej ponure: nikt nie miał odwagi pierwszy przestać klaskać.
Czyta się kilka minut

To minęło bezpowrotnie, z jakąż ulgą. I jeszcze nie zdołało minąć tak całkiem, gdy odkryliśmy coś nieprawdopodobnego, nie do uwierzenia: my chcemy klaskać, chcemy bić brawo, chcemy podnosić masową owację. Na placu Zwycięstwa 2 czerwca 1979 r. po słowach Jana Pawła II: "człowiek sam siebie nie może zrozumieć bez Chrystusa", brawa trwały długie minuty. I odtąd zaczęły towarzyszyć całej pielgrzymce z jej niewiarygodnym entuzjazmem, radością, aprobatą. "Mówicie razem ze mną" - kwitował Gość, któremu nie przeszkadzało, że mu przerywamy. Wiedział, jak bardzo ważne to jest dla nas.

A jednak ostatniego dnia pielgrzymki, w Krakowie na Błoniach, kiedy zostawiał nam swój wstrząsający testament "Proszę was o to...", nie klaskaliśmy. Cisza milionowego zgromadzenia na Błoniach była tak wielka, że słychać było śpiew ptaków. Mam ją dotąd w uszach razem z głosem Papieża. Zawdzięczamy ją Prymasowi, który lepiej od nas wyczuwał, że oklaski mogą nas prowadzić nie tam, gdzie mamy dojść, i poprosił o skupienie. I to on miał rację.

Potem przyszła wolność i bardzo szybko odkryliśmy, że możemy używać ich w sensie najprostszym: jako znak wyborów co chwila czynionych, za i przeciw. Coraz częściej przeciw. Sięgało po tę broń coraz więcej mówców, nietrudno było się nauczyć, jak je wywoływać. Ale jedno było już nie do odrobienia: oklaski pozostały w kościołach. I są w nich do dzisiaj. Są w Kościele. Czy na pewno uprawnione, czy na pewno potrzebne? I czy na pewno nienadużywane czasem z całą świadomością?

Mogą być podziękowaniem za obecność. Mogą być znakiem wspólnej radości, najłatwiejszym więc i najbardziej spontanicznym. Mogą być sygnałem solidarności z tym, który przemawia. Wtedy odpowiedzialność spada na mówcę, on wie, czy podsuwa ludziom to, co Boże, czy to, co ludzkie. Ale w moim przekonaniu jest taka przestrzeń, kiedy nie ma na oklaski miejsca i być nie powinno. To jest ofiara Mszy Świętej, sacrum najwyższe i największe, jakie mamy. Nikt z ludzi wtedy obecnych nie zasługuje na to, by być wyróżnianym, witanym, nagradzanym za samą obecność czy za dostojeństwo. Nikt poza sprawującymi Ofiarę Mszy nie ma wtedy prawa do odzywania się, choćby to czynił najwznioślej. A głosiciel Słowa Bożego nie może zamieniać owego głoszenia w przemówienie wiecowe, choćby w najlepszej intencji. Inaczej będzie się działo coś niedobrego: to, co powinno być najważniejsze z ważnych, zostanie sprofanowane, stając się instrumentem w jakimś marnym celu użytym.

Dlatego z ogromną ulgą przyjęłam dziś, 6 czerwca, wiadomość, że pan prezydent RP nie przyjedzie na Lednicę na religijne zgromadzenie młodzieży, na którym zaraz po Mszy Świętej miał przemawiać. Dobrze, że tak się nie stało.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 24/2009