Potomkowie Umberta Eco

Czyta się kilka minut

W 1980 r. czterdziestoośmioletni wówczas włoski teoretyk literatury, badacz dziejów estetyki i znawca kultury masowej, profesor Umberto Eco, wydał swoją pierwszą powieść - "Imię róży". Sześć lat później zadebiutował jako powieściopisarz trzydziestopięcioletni hiszpański dziennikarz i korespondent wojenny, Arturo Pérez-Reverte. Listę nazwisk można by bez trudu pociągnąć. Gdy dziś wejdziemy do którejkolwiek większej księgarni, znajdziemy z kilkadziesiąt powieści (w tym co najmniej kilka polskich), w których sensacyjno-kryminalna intryga umieszczona została w historycznym sztafażu - od starożytności po niemiecki Wrocław czasu klęski nazizmu - albo też, choć akcja toczy się współcześnie, rozwiązania zagadki szukać trzeba w odległej przeszłości. W ślad zaś za słowem pisanym idzie często kino, by wspomnieć choćby "Dziewiąte wrota" Polańskiego według Péreza-Reverte.

Oczywiście Umberto Eco nie był pierwszym pisarzem, który skrzyżował powieść kryminalną z historyczną (dorzucając przymieszkę traktatu filozoficznego) - jednak olbrzymi sukces prozatorskiego debiutu uczonego na pewno rozbudził zainteresowanie czytelników tego rodzaju literaturą, no i zachęcił naśladowców, których dzisiaj mamy legion. Produkcja ich jest bardzo zróżnicowana, zarówno jeśli chodzi o odmiany gatunkowe, jak i ambicje artystyczne. Trudno przecież porównywać wielopłaszczyznową, opartą na świetnej znajomości myśli średniowiecznej grę literacką, jaką jest "Imię róży", z bałamutną w sferze faktów, skrajnie zideologizowaną i dosyć w gruncie rzeczy marną opowiastką Amerykanina Dana Browna (rocznik 1964), która nieoczekiwanie stała się największym bestsellerem lat ostatnich. Cóż, potomstwo bywa bardziej lub mniej udane...

***

Ross King (rocznik 1962), Kanadyjczyk, który w 1992 r. przeniósł się do Anglii i mieszka dziś w Woodstock koło Oksfordu, ambicjami swymi sytuuje się zdecydowanie bliżej Eco niż Browna. Opublikował dwie książki o włoskim renesansie: jedna, "Brunelleschi's Dome", poświęcona jest budowie katedry we Florencji, druga, "Michelangelo and the Pope's Ceiling" - freskom Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej. W kolejnej ("The Judgment of Paris") zajął się epoką narodzin impresjonizmu w malarstwie, portretując dwóch francuskich artystów z przeciwnych obozów - Meissoniera i Maneta. Pierwsza jego powieść, "Domino", ma za tło Londyn drugiej połowy XVIII wieku. Rozrzut zainteresowań dosyć imponujący.

Akcja "Ekslibrisu" rozpoczyna się również w Londynie, tyle że sto lat wcześniej. Jest rok 1660, dopiero co zakończyła się burzliwa epoka rewolucji i rządów Cromwella (jego ciało zostanie wkrótce wywleczone z grobu w opactwie westminsterskim), przywrócono monarchię, a tron objął Karol II Stuart. Narrator, czterdziestoletni samotny wdowiec Isaac Inchbold, wiedzie życie spokojne i kontemplacyjne, z dala od spraw publicznych, w otoczeniu ksiąg - jest bowiem właścicielem jednej z księgarń na London Bridge. Jej siedziba, położony pośrodku mostu Nonsuch House, stanowi zarazem mieszkanie Inchbolda i jego pomocnika. Dodajmy, że Inchbold doskonale zna się na swoim fachu i należy do tego gatunku księgarzy, którzy książkami nie tylko handlują, ale też je czytają, a nawet kochają.

Astmatyk, chromający na jedną nogę, nie opuszcza właściwie Londynu. Gdy jednak otrzyma list od Alethei Greatorex, lady Marchamont, zapraszający "w przygnębiających sprawach nie cierpiących zwłoki" do jej siedziby w Dorsetshire - wiedziony niezrozumiałym impulsem wybierze się w niezwykłą dla siebie wyprawę, by odwiedzić nieznaną kobietę, jak się okaże - niezwykłą i nieco ekscentryczną. Wizyta w Pontifex Hall - podupadłym za czasów rewolucji cromwellowskiej pałacu ze wspaniałą, choć również podupadłą biblioteką oraz tajemniczym laboratorium - i zlecenie, jakie Isaac otrzyma od Alethei, staną się początkiem łańcucha wydarzeń, które narażą go na niejedną przygodę, a których sens zarówno bohater, jak i czytelnik poznają dopiero na ostatnich kartach.

Intrygi oczywiście nie zdradzę, wspomnę tylko, że kluczem do niej jest postać nieżyjącego już (zamordowanego!) ojca lady Marchamont, sir Ambrose'a Plessingtona, który wśród wielu innych zajęć trudnił się pozyskiwaniem rzadkich ksiąg - przede wszystkim dla praskiej biblioteki Rudolfa II, cesarza-alchemika. Równolegle zaś z opowieścią Inchbolda toczy się w książce narracja o cztery dekady wcześniejsza. Rozpoczyna się ona na praskich Hradczanach w początku wojny trzydziestoletniej, w ostatnich tygodniach panowania "zimowego króla" Ferdynanda, elektora Palatynatu powołanego na tron w Pradze przez stany czeskie. Towarzyszymy parze zakochanych - bibliotekarzowi z Hradczan Vilémovi Jiraskowi i Emilii Molyneux, dwórce żony "zimowego króla", Elżbiety Stuart - w ich odysei wraz ze skrzyniami pełnymi, jakże by inaczej, ksiąg z cesarskiej biblioteki. Celem będzie Anglia i nietrudno się domyślić, że obie historie mają ze sobą ścisły związek.

Fabularne rusztowanie podtrzymuje rozległy, pełen szczegółów i pobocznych wątków obraz burzliwej epoki, rozdzieranej konfliktami religijnymi i politycznymi, rywalizacją między katolickim cesarzem i protestanckimi książętami Rzeszy, Anglią i Hiszpanią, epoki tajemnych praktyk alchemicznych i wspaniałego rozwoju nauki. Mamy tu sir Waltera Raleigh i jego wyprawę do Gujany; pisma hermetyczne i odkrycia Galileusza; pokaźną dawkę wiedzy z dziedziny kartografii, kryptologii, funkcjonowania poczty (i cenzury listów), techniki produkcji papieru i wyrobu atramentów zwykłych oraz sympatycznych. Do tego smakowite opisy ksiąg, ich rozmaitych wydań i opraw - erudycyjny labirynt, w którym można się zgubić (zbyteczne chyba dodawać, że prawdziwy labirynt, ogrodowy, również odegra pewną rolę w akcji). Jak w każdym thrillerze, napięcie narasta, a zarówno biedny Isaac, jak i my sami dajemy się zwieść mylnym tropom. Jeśli powraca wciąż wątek dzieł składających się na "Corpus hermeticum", nie musi to wcale znaczyć, że "Ekslibris" okaże się kolejną powieścią poświęconą depozytariuszom ezoterycznej wiedzy tajemnej. Zresztą zdecydowanie racjonalistyczne poglądy Inchbolda (pisma alchemiczne to dlań "baliwernie szarlatanów") powinny dać czytelnikowi do myślenia...

Ów sympatyczny i nadzwyczaj oczytany bohater, który wyrusza w świat niczym Don Kichot (nie przypadkiem w jednej ze scen czyta angielski przekład powieści Cervantesa!), zdaje się być czasem wyposażony w rodzaj nadświadomości; jego wiedza o rzeczywistości i zdolność jej całościowej oceny przekracza chyba perspektywy człowieka jego czasów. Zdarza się też, że z kolei erudycja autora budzi wątpliwości - czy w 1660 roku w Londynie mogły już istnieć kawiarnie??? Nie zmienia to faktu, że powieść wciąga, a opisy rozmaitych zakamarków siedemnastowiecznej angielskiej metropolii bywają wprost niezrównane, zwłaszcza że uwzględniają także efekty zapachowe.

"Wonie wiodą nas w przeszłość żywiej i skuteczniej niż inne bodźce" - stwierdza Isaac, któremu "swojskie aromaty oliwy cedrowej i lanoliny z żywicznym akcentem świeżego drewna" w odnawianej właśnie bibliotece lady Marchamont przywiodły na myśl ukochaną księgarnię. W przypadku Londynu nie chodzi jednak raczej o zapachy miłe - jeden z rozdziałów rozpoczyna się brawurowym opisem porannego smogu zalegającego nad miastem. "Sadza już powlekła połcie wędzonego bekonu wiszące nad Leadenhall Market, podobnie wszystkie kołnierzyki, ronda kapeluszy, markizy i parapety okienne, jak miasto długie i szerokie. A zanosiło się, że będzie jeszcze gorzej; już wczesny poranek był zapowiedzią skwaru, gdzie zaś skwar, tam smród. Odór szlamu mieszał się nad Tamizą ze słodszymi wyziewami melasy, cukru i rumu napływającymi z na wpół walących się składów i wytwórni bezładnie stłoczonych na nabrzeżach i z drażniącą wonią wodorostów i ślimaków zostawionych przez odpływ. Z wiatrem ze wschodu, niezwykłym o tej porze roku, niósł się w górę rzeki cuchnący obłok, zasnuwał bezkresną siatkę ulic zabudowanych domami z cegły, uliczek i podwórzy nie znających słońca, wdzierał się w uchylone drzwi, okna, w każdy zakamarek i wnękę"...

***

"Ekslibris" przynosi więc godziwą rozrywkę na niezłym literacko poziomie. I przesłanie miłe sercu każdego bibliofila: oto wiedza zapisana w księgach bywała tak cenna, że stawały się one przedmiotem rywalizacji największych potęg świata. (Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2007, ss. 414. Przekład Wojsław Brydak.)

Lektor

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 34/2007