Reklama

Portugalska choroba, czyli dziennik pewnej podróży

Portugalska choroba, czyli dziennik pewnej podróży

28.09.2003
Czyta się kilka minut
Dziesięć lat temu jeszcze się tam nie jeździło. Położona na skraju kontynentu, zepchnięta w cień przez marzenia turystów o Hiszpanii i flamenco, Portugalia była jakby nieobecna.
L

Lizbona nie miała wtedy jeszcze swego Expo ani filmu Wendersa. Płyty zespołu “Madredeus" wprawdzie były do kupienia we FNAC-u, tyle że to też nie było w Polsce. Portugalię zwiedzali głównie Francuzi. Ale od pierwszego dnia wynagradzała wszystko swoją dziwną anachronicznością. Na pierwszy rzut oka zatrzymana gdzieś w okolicach I wojny światowej, która zresztą była dla niej jedyną wojną.

Dzisiaj wiele tam wygląda inaczej. Na szczęście nie wszystko.

Pociąg do Lizbony

Dziesięć lat temu wylądowaliśmy w Faro, na południu. Był sierpień i kopce soli odparowanej z morza wyglądały jak przywidzenia wywołane upałem. Miasteczko w stanie rozpadu przypominało europejski przyczółek Ameryki Południowej. W pustym kościele, który miał być dla nas pierwszym zabytkiem oglądanym na portugalskiej ziemi, stała otwarta trumna z nieboszczykiem ubranym w pasiasty garnitur. Pewnie było słychać brzęczenie rozleniwionych upałem much, ale tego nie wiemy: widok był tak zaskakujący, że natychmiast wybiegliśmy na zewnątrz.

Otwarte trumny zniknęły z pustych kościołów, ale do Lizbony nadal nie ma regularnych połączeń. Poza Tiraną nie ma chyba drugiej stolicy w Europie, do której nikt z Polski nie lata, poza czarterami, które wożą do Faro właśnie, a stamtąd nad morze, do kurortów Algarve. Ta niedogodność wciąż daje szansę na przeżycie przygody odkrywcy. Zostawmy autokary i samochody i jedźmy do Lizbony koleją. Na przykład z pięknej i gorącej jak wnętrze pieca Évory.

Podróż nie będzie długa, ale za to też niezbyt wygodna. Koleje w Portugalii są państwem w państwie jeszcze dziwniejszym niż w Polsce. Dworzec w Évorze, położony za miastem, dalej niż garnizon wojskowy, nie wyglądał na miejsce, z którego odjedzie jakiś pociąg. A jednak pociąg się pojawił, oznaczony wprawdzie kierunkiem “Bareiro", a nie “Lizbona", ale kasjer i zawiadowca stacji w jednej osobie, nie mówiący w żadnym obcym języku, kazał wsiadać, mamrocąc kolejarską mantrę: “Lisboa, Bareiro, si". Pociąg dojeżdża do przemysłowej dzielnicy Lizbony położonej po drugiej stronie szerokiego jak morze Tagu. A dalej płynie się promem i zdobywa miasto od strony wody. Lepiej nie można.

Raz odwiedzona, Portugalia jest jak nieuleczalna choroba. Najpierw Lizbona i okolice. Sintra niesamowicie piękna, gdzie pieką cudowne ciasteczka z owczym serem, zaprawione cynamonem. Queluz z wielkim pałacem nieszczęśliwej królowej Marii. Mafra z ogromnym klasztorem i biblioteką, szalona jak szalony był król, który ufundował ją z wdzięczności za potomstwo. Batalha, zamierzona jako perła stylu manuelińskiego, dekorowana jak niewiarygodny tort i nagle porzucona, bo zaczęto budować klasztor Hieronimitów na przedmieściach Lizbony i tam przerzucono siły i środki. W głowie się kręci od tych niepokojących budowli i rozległych widoków. A jeśli dalej będziemy obracać kalejdoskop, trafimy pewnie na przylądek Cabo da Roca. To najbardziej zachodnia Europa. Urwisty klif, silny wiatr i woda wypływająca ze skały; podrywana wiatrem chlapie na turystów wypatrujących Ameryki.

Portugalska dieta

Owoce morza są drogie, a mięso źle przyprawione. Jedynie kurczak z rusztu ma nieopisany smak. Głównie jednak je się ryby, znakomite, z jednym może wyjątkiem.

Narodowy sport Portugalczyków to suszony dorsz, zresztą norweski. Można go kupić wszędzie i poznać po ostrym, nieprzyjemnym zapachu. W supermarketach kroją go na porcje bezceremonialnie piłą tarczową. Z dorsza robi się tu wszystko. Najpierw trzeba namoczyć go w morskiej wodzie, by odzyskał swą rybią miękkość, a potem nie ma ograniczeń. Drugi sport rybny to sardynki z rusztu, nigdy nie patroszone.

Wędliny tak różne od polskich, często surowe, lekko podwędzane, tłuste, grubo mielone. Sery stare, suche, świetne. Ciastka na ogół bardzo słodkie, lepkie, ciężkie. Tłusto i obficie. Ratunkiem są pomidory, zielone, posypane łagodną cebulą i polane oliwą z octem. To ulubiony element portugalskiej diety. Czasem jednak można stracić życie. W restauracjach, nawet drogich, menu bywa tylko po portugalsku. Wtedy trzeba zachować szczególną ostrożność. Zagrożenie stanowią na przykład skrzepy wieprzowej krwi podawane na gorąco z ziemniakami. Ratuje kawa, najkrótsza na świecie i najmocniejsza; wina, niektóre wspaniałe; porto - i macieira, tutejsza brandy wielkiej dobroci.

Od Coimbry do Rio de Honor

Zaczynamy coraz odważniej kręcić kalejdoskopem, kolejne podróże prowadzą coraz dalej. Trzeba pojechać do Coimbry, dawnej stolicy, tutejszej odmiany Krakowa. Ma własną odmianę fado, które tu przypomina studenckie pieśni miłosne. Katedrę małą i ciemną, ale rozświetloną tajemnym blaskiem; nawet najbardziej obojętny religijnie podróżny uwierzy w niej w bliską obecność Boga. I zaraz potem straci wiarę, wchodząc do kościoła św. Krzyża, gdzie od stu lat jedna z naw jest barem. By ukoić rozchwianie metafizyczne, trzeba obejrzeć willę łez, gdzie śmierć poniosła legendarna Inez de Castro. I odwiedzić Alcobaçę, by zobaczyć piękny nagrobek Inez, kolejne świadectwo strasznych portugalskich namiętności.

Jechać do Porto, koniecznie, to może być cel osobnej wyprawy. Opadające w dół rzeki miasto pociąga pięknem ambitnej prowincji. Widać próby imitowania Lizbony, ale przecież urok tu zupełnie inny. Ciasne centrum z wielkim placem otoczonym kamienicami, na jakie stać było możnych tego miasta. Raczej brudno. Na placu kłębią się gołębie, pożerane przez nadlatujące znad oceanu mewy. Lepiej jechać nad ocean, starym tramwajem, takim jak w Lizbonie. Wagoniki przemierzają długi nadmorski bulwar, nad spienionym morzem; tu zaskakuje elegancja bogatego przedmieścia. Albo przejść na drugą stronę rzeki dwupoziomowym żelaznym mostem i patrzeć, jak do rzeki spływa krew z pobliskiej rzeźni, a w niej buszują wielkie czarne ryby.

Zapomnienia szukać w porto. Całe nabrzeże usiane jest jego wytwórniami. W każdej można wziąć udział w degustacji, na ogół darmowej. Nauczyć się rozpoznawać jakość wina, jego rodzaje, odróżniać reserve od colheity, która powstaje tylko w dobrych latach i nie jest mieszana. Starzeje się, by tak rzec, samotnie. Inne wina miesza się, ustalając wiek podany na butelce (10, 20 lub 30 lat) jako średnią zmieszanych win.

A z Porto już ciągnie na północ. Do doliny Duero, czyli Douro, porośniętej winoroślą, która opada w dół stromymi tarasami. I w góry, zielone i żyzne, zupełnie inne od południa, gdzie dziesiątkami kilometrów ciągną się plantacje dębu korkowego i opustoszałe wsie. Braga, Bragança, Guimarăes (nazwa dla nas nie do wymówienia, a tu właśnie powstały zaczątki dumnej Portugalii). Wspaniałe Lamego i zapierające dech w piersi Bom Jesu do Monte, dwa sanktuaria z ciągnącymi się pielgrzymkowymi schodami, przypominające dekoracje do nieznanych oper.

Kalejdoskop nabiera tempa. Jak pogodzić Barcelos, gdzie odbywa się największy w Portugalii targ (sprzedają tu oczyszczone i wysuszone jelita baranie, przygotowane do produkcji kiszek i kiełbas), z wyrafinowaniem posiadłości Mateus, w której ogród przypomina raj dobrze uprawiany, pełen słodkich malin, winogron, fig i kiwi. Stąd do Lindoso, gdzie wysoko w górach zbudowano spichlerze przypominające dziwny cmentarz, jak ślad po nieznanej cywilizacji.

Może trzeba po prostu dotrzeć do kresu, do Rio de Honor, wsi, przez którą przebiega granica z Hiszpanią... Po jednej stronie płytkiej rzeki zapomniana wieś z kamiennymi domami, prawie bezludna, z pozapadanymi dachami. Po drugiej stronie w Hiszpanii porządek, kolorowe nowe domy, w skrzynkach zatknięte ulotki pobliskich supermarketów. Europa? Jeśli to słowo oznacza unifikację, to na pewno. I jak zachować Rio de Honor? Uchronić anachroniczność Portugalii wbrew wygodzie i interesom biednych tu bardzo potomków Vasco da Gamy?

Kruki świętego Wincentego

Nie można się zbliżyć do całej Lizbony, musimy coś wybrać. Można, jak bohater powieści Antonia Tabucchiego “Requiem", w Museu Nacional de Arte Antiga zatrzymać się tylko przed “Kuszeniem św. Antoniego" Boscha. My jednak tak nie zrobimy, bo to jest do szpiku portugalska wyprawa. Zatrzymamy się przed najważniejszym obrazem w dziejach portugalskiej sztuki.

“Adorację św. Wincentego" namalował Nuno Gonçalves. Gdyby tworzył w jakimś innym, bardziej centralnie położonym kraju, byłby bez wątpienia wielką figurą w dziejach sztuki, a tak jest największy dla Portugalczyków i tych, co tu dotarli i mają oko nie z guzika. Na sześciu częściach poliptyku widać przekrój całego ówczesnego społeczeństwa, od żebraka po króla. Ale najważniejsze jest portretowe mistrzostwo Gonçalvesa. Obraz wypełnia tłum postaci. Głównie są to mężczyźni, dwie kobiety to królowe. W tym tłumie wszystkie twarze mają indywidualny charakter. Są bardzo poważne. Dziś nadal spotykamy na ulicach te same twarze, jakby nic się nie zmieniło od około 1470 roku, gdy powstawało dzieło Gonçalvesa.

A czemu cały naród portugalski adorował św. Wincentego? Jest on jego patronem, szczególnie Lizbony, w której znalazł się w IV wieku, w cudowny sposób, przybywając z Walencji jako umęczony zewłok, na okręcie prowadzonym przez dwa kruki. Jego szczątki spoczęły w liz-

bońskiej katedrze, co nawet widać na poliptyku: jeden z duchownych trzyma w dłoni ułomek z czaszki świętego i pokazuje wszystkim stojącym przed obrazem. Na pamiątkę tego wydarzenia Lizbona w herbie ma statek i dwa kruki, a w mieście jest ich ulica, i plac, i dziedziniec kruków przy kościele Săo Vicente de Fora. Tylko żywe kruki odleciały z miasta, chyba już na zawsze.

Na uwagę zasługuje samo muzeum, gruntownie odnowione w 1994 roku, gdy Lizbona była kulturalną stolicą Europy. Można tu znaleźć jeszcze wiele wspaniałych obrazów, rzeźb i artystycznych wyrobów, zwiezionych z całego świata, bo przecież spory kawał naszego świata do Portugalczyków należał. Jest też jeszcze Muzeum Caluste’a Gulbenkiana, milionera urodzonego w Turcji, a wzbogaconego na irackiej ropie, który w czasie wojny znalazł się w neutralnej Portugalii i umierając zapisał jej swoje przebogate zbiory. Jednak znowu lepiej wybrać inne miejsce, inne muzeum, znacznie bardziej portugalskie.

Azulejos i miasto umarłych

W położonej dość daleko od centrum i bardzo brzydkiej okolicy, w bezpośrednim sąsiedztwie torów kolejowych znajduje się jeden z najważniejszych lizbońskich kościołów, sławne Convento da Madre de Deus. Kościół ma przebogate barokowe wnętrze i chętnie obecnie jest wybierany na miejsce ślubów. My jednak przybyliśmy tu w poszukiwaniu prawdziwie portugalskich specjałów. Museu Nacional do Azulejo dostarczy ich nam w wielkiej obfitości.

Azulejos to ceramiczne płytki, zgoła kafelki, czy jak to mówią u nas - flizy. Tu osiągnęły popularność większą niż gdziekolwiek, choć ich rodowód jest mauretański. Portugalczycy w kafelkowaniu przegonili wszystkich. Miały azulejos różne estetyczne i kolorystyczne fazy, ale wersja najpowszechniejsza jest oczywiście niebieska. I mimo że produkowano ich mnóstwo i czasami można mieć ich dosyć, to mieszkańcom tej ziemi wciąż było mało; posuwali się do tego, że owe flizy importowali. We wnętrzu kościoła Madre de Deus znalazły się płytki sprowadzone z Niderlandów.

Jeżeli ktoś muzeów nie lubi, może podziwiać błękitno-białe płytki w miejscu dla nich naturalnym. Palácio Fronteira został wzniesiony dla pierwszego markiza de Mascarenhas w 1640 roku jako pawilon myśliwski. Obecnie mieszka w nim dwunasty markiz i oglądając jego nieco nazbyt korpulentną sylwetkę, wiemy, że ma się nienajgorzej. Dziś niestety pałac przylega do paskudnej, choć sławnej klubem piłkarskim dzielnicy mieszkaniowej Benfica. Brzydkie otoczenie wynagradza sama rezydencja, niewielka, otoczona regularnym ogrodem z sadzawkami. Azulejos są tu wszechobecne i należą do najlepszych w dziejach portugalskiego kafelkarstwa.

Słabość do cmentarzy, jeśli ktoś na nią cierpi, w Lizbonie doczeka się spektakularnego spełnienia. Tutejszy cmentarz o nazwie dos Prazeres, wprawdzie nie tak wzorcowo malowniczy jak paryski Pére-Lachaise, może z nim konkurować. Oczywiście nie pod względem sławnych postaci na nim spoczywających, ale jedno na dos Prazeres, czyli “przyjemnościach", jest na pewno silniejsze niż w Paryżu: wrażenie, że oto wstępujemy do miasta umarłych. Spacer alejami i ulicami małych kamiennych domków, regularnych i starannych, bogatych i skromnych, wśród cyprysów, w oślepiającym świetle i ze wspaniałym widokiem na Tag, to naprawdę przyjemność.

Wśród sławnych spoczywających na Prazeres jeden jest najważniejszy: Fernando Pessoa. Spoczął w grobie swojej babki na wiele lat. Ostatnio jednak przeniesiono go w bardziej zaszczytne miejsce, do klasztoru Hieronimitów w Belem. Ale jego miejsce zajęła królowa serc wszystkich Portugalczyków, niezrównana pieśniarka fado Amalia Rodrigues. Wiele więc wskazuje na to, że to miasto umarłych wciąż będzie żywe.

Nad brzegiem Lete

Choć wcale nie mamy na to ochoty, trzeba opuścić Lizbonę i wspinać się ku górze mapy, na północ. Tam, pod samą hiszpańską granicą, nasza choroba jeszcze się nasila. Wszystko staje się jednością: najwspanialsze zielone pejzaże, doliny rzek, góry, niezwykłe wręcz zabytki znakomitej przeszłości i najserdeczniejsi ludzie, jakich spotkaliśmy.

W Lamego trwał właśnie festiwal portugalskich kiełbas niejadalnych, tak by go można nazwać, choć pewnie nie wypada. A w owym kiełbasianym, a raczej szynkowym Lamego, bo stamtąd właśnie pochodzi jedna z najsławniejszych suchych szynek, jest muzeum. Ulokowane w pałacu biskupim, posiada zaskakujące zbiory. Z jednej strony “Stworzenie zwierząt", przypisywane, chyba zupełnie słusznie, XVI-wiecznemu malarzowi Grăo Vasco, a z drugiej ogromna kolekcja naiwnie malowanych wotów dziękczynnych, dla patronki wspaniałego kościoła Nossa Senhora dos Remédios.

“Stworzenie zwierząt" to jedna z kwater poliptyku: Stworzyciel, sędziwy król w koronie, otoczony jest przez gromadę jakby nieco przeskalowanych zwierząt. Pionowy format obrazu sugeruje niepodzielne nad nimi panowanie, ale zarazem jest bardzo nieporęczny dla takiego akurat przedstawienia. Autor maluje całkiem po niderlandzku, gładko i precyzyjnie. Najlepszym zaś dowodem jego mistrzostwa jest “Św. Piotr" z Museu de Grăo Vasco w Viseu. Obraz teraz już emblematyczny, bo trafił na nalepki wina Dao, jednego z najlepszych w Portugalii, a produkowanego w tym regionie.

Nie ma rady, trzeba pomału kończyć tę wyprawę, która jest tylko pospieszną i chorobliwą relacją o przedziwnym uczuciu, które zjawiło się nieoczekiwanie i pozostaje na zawsze. Jeszcze tylko kilka słów o wysuniętym najdalej na północny zachód niewielkim regionie Minho. Minho wytycza granicę między Portugalią i Hiszpanią: te bliskie sobie kraje przy bliższym oglądzie zdają się sobie niemal przeciwstawne.

Środkiem Minho płynie rzeka Lima. Gdy starożytni Rzymianie dotarli nad jej brzeg, zadziwieni jej spokojnym nurtem i ciemną barwą wód byli przekonani, że to Lete, rzeka zapomnienia. Docierając tam, rzeczywiście chciałoby się o wszystkim zapomnieć i nad wodami Limy pozostać. Płynie jakby powoli i dostojnie, jednak gdy usiedliśmy nad jej brzegiem, okazało się, że ma wielką moc, a jej nurt jest bardzo wartki. Przelewała się przez ogromne głazy z jakąś szaloną siłą. Trudno było na niej postawić most, więc ten pierwszy był na łodziach i stąd nazwa miasta Ponte da Barca, wypełnionego domami z XVI i XVII wieku, z parkiem miejskim noszącym miano Jardim dos Poetas, czyli ogrodu poetów: może dlatego, że wyjątkowo tam pięknie. Obok inna mostowa mieścina, Ponte da Lima, w niej z kolei most wzniesiony przez Rzymian.

To w Minho właśnie jest Guimarăes, pierwsza portugalska stolica, w pobliskiej Bradze ma nadal swoją siedzibę arcybiskup. I tu też znajduje się Barcelos ze sławnym targiem, i Bom Jesus do Monte z niekończącymi się schodami i kolejką linową napędzaną wodą z pobliskiego potoka. A obok, nieco na uboczu, stoi najładniejszy rokokowy kościół Portugalii. To Falperra, założona jako pustelnia na cześć patronki Marii Magdaleny.

Pewnie tocząca nas choroba osłabia odporność na portugalskość, bo wszystko podoba się nam nadzwyczajnie i wydaje się najpiękniejsze na świecie. I zaczynamy nucić fado, choć bez słów, bo trudno je powtórzyć; starczy rozumieć, czym jest saudade, czyli tęsknota, słowo, które tak często w tych pieśniach powraca.

Mało? Można jeszcze lecieć za morze, na Maderę, wyspę zwaną nie bez racji krainą wiecznej wiosny. Zielone skały opadają stromo do morza, wysokie góry toną w wilgotnych chmurach. Stare cyrki wulkaniczne ofiarowują widoki wprost niewiarygodne.

Ta wyspa może być swoistym podsumowaniem Europy. Z gorącym południem i zimną, surową północą. Z odludnym wschodem i zaludnionym zachodem. Jedźcie na Maderę chorować dalej na Portugalię, wśród storczyków, strelicji, małych aromatycznych bananów. Poznajcie ludzi jeszcze uprzejmiejszych i łagodniejszych od tych na kontynencie. A potem zabierzcie nas na Azory, tam będziemy odkrywać razem nieznany jeszcze smak portugalski, kręcić zielonym kalejdoskopem i tęsknić za utraconymi koloniami.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]