Pomarańcza od pątnika

Na długo zanim Bergoglio został papieżem, ks. January Budzisz realizował program jego pontyfikatu.
Czyta się kilka minut
Ks. January Budzisz w kościele w Chłapowie koło Władysławowa, 9 sierpnia 2015 r. / PARAFIA MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W CHŁAPOWIE / MATERIAŁY PRASOWE
Ks. January Budzisz w kościele w Chłapowie koło Władysławowa, 9 sierpnia 2015 r. / PARAFIA MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W CHŁAPOWIE / MATERIAŁY PRASOWE

Chodził w wytartym swetrze i w zniszczonych butach. Nie używał na ogół stroju księżowskiego, uważając, że w ten sposób uniknie dystansu, jaki stwarza klerykalizm. Nosił ciężką teczkę, a w niej książki i to wszystko, co potrzebne do sprawowania sakramentów. Był człowiekiem pokornym w sensie najgłębiej chrześcijańskim, całkowicie skupionym na innych. Obce mu były względy tego świata: zaszczyty, kariera, stanowiska, sukcesy zewnętrzne. Miał łaskę otwierania serc, którą Bóg daje ludziom pokornym.

Urodzony w 1938 r. we Władysławowie w rodzinie kaszubskiej i wyświęcony na kapłana w diecezji pelplińskiej, do Warszawy przyjechał pod koniec lat 60. ubiegłego wieku. Odbył studia filozoficzne na ATK, a po ich ukończeniu wykładał przez długie lata filozofię na tej uczelni. Jednocześnie rozpoczął działania duszpasterskie indywidualne, poza wszelkimi strukturami, których adresatami byli spotkani ludzie, często dalecy od Kościoła. Mieszkał głównie prywatnie, najczęściej u przyjaciół, co dawało mu niezależność, a miejsca kościelne wykorzystywał jako lokum dla spotkań z indywidualnymi osobami.

Dzięki przyjaciołom zatrudnionym na warszawskiej polonistyce uniwersyteckiej przyczynił się do powstania w tym środowisku grupy modlitewnej, której patronował przez długi czas, aż do połowy lat 90. Spotykaliśmy się po domach na wieczornej liturgii eucharystycznej, trwającej czasem kilka godzin. Potem zwykle była agapa. To było święto tego domu, który nas przyjmował. Spotkania te zbliżały nas między sobą i pozwalały spojrzeć innymi oczami na kolegów z pracy. Pozwalały też patrzeć „po bożemu” na wydarzenia społeczne i polityczne tamtych czasów.

Do rozmowy z księdzem Jarkiem – jak go nazywaliśmy – ustawiały się kolejki. Miał określony „dzień przyjęć” każdego tygodnia – początkowo u sióstr zmartwychwstanek na Żoliborzu. To „duszpasterzowanie” trwało najczęściej do późnych godzin wieczornych, co zakłócało rytm życia klasztornego. Z czasem konieczne stawało się szukanie innego miejsca. Ale najczęściej w nowym miejscu sytuacja się powtarzała.

Całkowite oddanie innym ludziom z zapomnieniem o sobie sprawiało, że potrafił ks. Jarek cały dzień spędzić z kimś, kto dawno nie był u spowiedzi, albo jechał daleko do osoby, która potrzebowała jego pomocy. Bywało też, że przyjeżdżał niespodziewanie z Pomorza do Warszawy, gdy się dowiedział, że umiera ktoś ze znajomych. Zaskakiwał również drobnymi oznakami przyjaźni. Jedna z naszych przyjaciółek wspominała ze wzruszeniem, jak po tym, gdy urodziła kolejne dziecko, odwiedził ją ks. Jarek wręczając bukiet kwiatów – gest nieczęsto spotykany u księży.

To „duszpasterzowanie na peryferiach” przejawiało się też w tym, że był gotów chrzcić dzieci osób, które miały jakieś trudności z własnym proboszczem. W takich sytuacjach prowadził jednak z tymi osobami rozmowy „katechizujące” o wadze wychowania chrześcijańskiego. Kiedyś okazało się, że matka dziecka, które miał ochrzcić, sama nie była chrzczona. W tej sytuacji ks. Jarek, zanim ochrzcił dziecko, poprzez indywidualną kilkumiesięczną katechizację doprowadził najpierw do chrztu jego matkę.

Bywało, że ktoś znajdujący się dosyć daleko od Kościoła, zetknąwszy się przypadkiem z ks. Jarkiem, był pod silnym wrażeniem jego niezwykłej modlitwy. Po jednej z mszy przez niego sprawowanej prof. Maria Renata Mayenowa, znany teoretyk literatury, powiedziała: „Chcę, żeby mnie chował ks. Budzisz”. I tak się stało w roku 1988.

Był ks. Jarek człowiekiem głęboko wrażliwym i współczującym. Przeżywał zło i niesprawiedliwość dziejące się w świecie. „Niósł w sobie” to cierpienie świata. Bolał nad krzywdzącymi osądami, które dotykały innych ludzi, ale także i jego samego. Z powodu niestandardowego sposobu życia i bezkompromisowości spotykał się często z niezrozumieniem, a swoją zapalczywością nieraz powodował konflikty. I chyba ciężko mu było z tym, że nigdzie nie mógł znaleźć swojego stałego miejsca. Zmarł 20 lutego.

Teraz, kiedy patrzymy na całe jego życie, postrzegamy go jako pielgrzyma, „Bożego Człowieka dobrze czyniącego”, niemającego Domu, niemającego w tym świecie stałego miejsca zamieszkania. Takim go zapamiętali przyjaciele, spotkani we Francji: wówczas przemierzał ulice Paryża, w plecaku mając tylko książki, Biblię, kromkę chleba i pomarańcze, którymi obdarowywał spotkanych.

Gdy pod koniec życia wskutek choroby zaczął odczuwać dotkliwe ograniczenia – przestał chodzić, czytać, mówił z trudem – powiedział w ostatniej rozmowie telefonicznej: „Wszystko zostało odjęte, pozostała modlitwa. I to jest wielka radość!”. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2021