Polska buduje siły zbrojne, które mają być regionalną potęgą

Sądząc po ostatnich zamówieniach, nie zabraknie nam nowoczesnego uzbrojenia. Gorzej z żołnierzami.

06.06.2022

Czyta się kilka minut

Premier Mateusz Morawiecki i minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak  przed konferencją prasową w sprawie zakupu dla Sił Zbrojnych RP systemu mobilnych wyrzutni rakietowych Himars, 1. Warszawska Brygada Pancerna, luty 2019 r. / MATEUSZ WŁODARCZYK / FORUM
Premier Mateusz Morawiecki i minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak przed konferencją prasową w sprawie zakupu dla Sił Zbrojnych RP systemu mobilnych wyrzutni rakietowych Himars, 1. Warszawska Brygada Pancerna, luty 2019 r. / MATEUSZ WŁODARCZYK / FORUM

Gdy w 2002 r. Ministerstwo Obrony Narodowej podpisało umowę na 48 samolotów F-16, zamówienie okrzyknięto „kontraktem stulecia”. Produkt krajowy brutto Polski dobijał do 200 mld dolarów, czyli mniej więcej do ubiegłorocznego poziomu Ukrainy. Na amerykańskie myśliwce wydaliśmy 3,2 mld dolarów, co stanowiło ok. 1,5 proc. ówczesnego PKB.

Od tamtej pory polska gospodarka urosła jednak trzykrotnie i w ubiegłym roku wartość jej PKB przekroczyła 2,6 biliona zł – czyli ok. 620 mld dolarów. Z tej perspektywy „kontrakt stulecia” sprzed dwóch dekad wypada blado na tle zrealizowanych już i planowanych inwestycji w obronność. Za sprawą ustawy o obronie ojczyzny, która podnosi wydatki na cele wojskowe do „co najmniej 3 proc. PKB”, już w przyszłym roku – jeśli oczywiście po drodze nie dopadnie nas głęboki kryzys – w kasie MON powinno wylądować blisko 100 mld zł. Niemal dwa razy więcej niż jeszcze dwa lata temu.

Zbudujemy drugi Izrael

Armia zbroi się dziś w tempie i na skalę niespotykaną dotąd nie tylko w Polsce, ale także w większości krajów rozwiniętych (może nie licząc Izraela, który rokrocznie wydaje na zbrojenia ok. ­4,3-4,6 proc. PKB). Tylko w zeszłym miesiącu MON zadeklarował chęć zakupu sześciu baterii amerykańskiego systemu obrony powietrznej Patriot za ok. 42 mld zł oraz aż 500 wyrzutni rakietowych M142 Himars. One także przypłyną z USA, a kosztować będą – w zależności od ostatecznie wybranej konfiguracji – od 30 do ponad 50 mld zł. Gdyby dodać do tego umowę na drony i amunicję krążącą z programu Gladius, które ma dostarczyć polska firma WB Electronics, a na dokładkę zlecenie dla Huty Stalowa Wola na dwa dywizjony (zapewne 48 sztuk) polskich armatohaubic Krab, to rachunek MON jedynie za maj dobije w okolice 100 mld zł.

To nie wszystko. W kwietniu minister Mariusz Błaszczak zatwierdził umowę wykonawczą pomiędzy Agencją Uzbrojenia a Konsorcjum PGZ-Narew na dostawę wybranych elementów dwóch jednostek ogniowych systemu obrony powietrznej krótkiego zasięgu, zwanego Małą Narwią. Ten drobny na tle innych kontrakt wedle nieoficjalnych informacji kosztować będzie podatników ok. 1,5 mld zł, ale to tylko jeden element systemu obrony powietrznej o kryptonimie „Narew”, który łącznie pochłonie od 40 do 60 mld zł, a powstać ma w ciągu najbliższych 5-7 lat.

Do rachunku trzeba dopisać też olbrzymie zamówienie na 250 amerykańskich czołgów M1 Abrams wraz z blisko 30 wozami wsparcia technicznego i logistycznego, amunicją i symulatorami szkoleniowymi, które łącznie kosztować będą ok. 21 mld zł. Drugie tyle zapłacimy za 32 myśliwce F-35 zamówione jeszcze w 2020 r. A przecież na liście zakupowej resortu znajdują się również śmigłowce szturmowe (nieoficjalnie mówi się o ­24-32 maszynach, a MON zdaje się łakomie spoglądać zwłaszcza w stronę sprawdzonego na polu walki amerykańskiego AH-64 Apache) oraz około tysiąca nowych bojowych wozów piechoty, najpewniej zbierających bardzo pochlebne recenzje polskich Borsuków. Jest też wciąż nieskreślony z planów, ale po zakupie Abramsów coraz mniej prawdopodobny w realizacji program „Wilk”, którego owocem stałby się nowoczesny polski czołg, zapewne opracowany w kooperacji z którymś z renomowanych dostawców tego typu uzbrojenia. Jak dotąd jedyną ofertę takiej współpracy złożył koreański koncern Hyundai Rotem, który swojej armii dostarcza wozy K2 Black Panther, a Warszawę czaruje zmodyfikowaną, lepiej opancerzoną wersją, nazwaną roboczo K2PL. Nawet jeśli polsko-koreański czołg ostatecznie nie powstanie, zakup kilkuset kolejnych wozów za miliardy złotych wydaje się kwestią czasu.

I ostatni element. Zwiększeniu – czy raczej przywróceniu – zdolności operacyjnych polskiej marynarki na Bałtyku służyć ma program budowy trzech nowoczesnych fregat rakietowych Miecznik, na które wydamy około 9 mld zł.

Polskie czy z półki?

W ubiegłym roku Inspektorat Uzbrojenia podpisał 38 nowych umów o łącznej wartości 9,9 mld zł, z czego 95 proc. zawarto ze spółkami należącymi do Polskiej Grupy Zbrojeniowej, czyli konglomeratu ponad 50 państwowych firm z sektora obronnego. Gdyby zestawić tamte zakupy z tegorocznymi, można dojść do wniosku, że priorytet, jakim dotychczas miało być wydawanie pieniędzy na zbrojenia u krajowych dostawców, pod wpływem wojny w Ukrainie błyskawicznie ustąpił miejsca zakupom interwencyjnym, które w szybszym tempie zwiększą potencjał obronny polskiej armii.

W rzeczywistości wspieranie rodzimego przemysłu obronnego zamówieniami MON od lat stanowi rodzaj politycznego zaklęcia. Kierunek modernizacji polskiej armii od dawna pozostaje z grubsza ten sam, a są nim zakupy w Stanach Zjednoczonych z tzw. półki, czyli sprzętu w specyfikacji typowej dla armii USA, bez dopasowywania go do wymogów polskiego wojska. Poza nielicznymi wyjątkami, jakie stanowią dziś np. systemy radarowe czy wspomniane wcześniej haubice Krab oraz drony i amunicja krążąca z Ożarowa, polski przemysł zbrojeniowy nie jest jeszcze w stanie zaoferować armii produktów, które byłyby alternatywą dla oferty zagranicznej. A bez dużych zleceń od MON rodzime firmy nie są w stanie przeskoczyć z kolei wysokiego progu, jakim są nakłady na badania i rozwój nowych produktów. Koło się zamyka.

Na razie w planie ­modernizacji technicznej polskiej armii na lata 2021-2035 zapisano wydatki na poziomie 544 mld zł. Przedstawiając ten plan opinii publicznej, PiS chętnie stawia go w opozycji do działań koalicji PO-PSL. Politycy Zjednoczonej Prawicy przemilczają jednak fakt, że decyzje budżetowe poprzedników zapadały w innych realiach politycznych. Frontalny atak Rosji na naszego wschodniego sąsiada pokazał, że polskie siły zbrojne muszą w ekspresowym tempie przeobrazić się z armii szykowanej głównie do udziału w misjach w ramach NATO w wojsko zdolne do samodzielnego odpierania ataków napastnika tak długo, aż nadciągnie wsparcie sojuszników. Temu właśnie służyć ma zapowiedziane zwiększenie stanu osobowego armii docelowo do 300 tys., z czego aż 250 tys. stanowiliby żołnierze kontraktowi i zawodowi. Z nieoficjalnych informacji wynika, że może jeszcze w tym miesiącu MON wraz ze sztabem generalnym ogłoszą utworzenie piątej dywizji, która dołączyłaby do czterech istniejących.

Nadal sznurem za mundurem?

Wśród samych wojskowych zakupowa ofensywa MON budzi mieszane odczucia. Aprobatę zyskało oczywiście odważne odkręcenie kurka z pieniędzmi dla armii, na której niemal wszystkie poprzednie rządy przede wszystkim oszczędzały. Ponurą sławą wśród mundurowych cieszy się zwłaszcza minister Bogdan Klich, za czasów którego (2007-2011) MON nie kompromitował się wprawdzie wizerunkowo tak jak za Antoniego Macierewicza, za to pieniędzy nie było właściwie na nic – może poza utrzymywaniem wybranych sił w zdolności do uczestniczenia w misjach NATO.

Zakupy budzą również pytania o to, czy w budżecie zbrojącej się szybko armii wystarczy pieniędzy dla samych żołnierzy. Przed uchwaleniem ustawy o obronie ojczyzny, która zagwarantowała większe wydatki na obronność, z każdych 100 zł wydawanych na wojsko blisko 40 szło na koszty osobowe. W tym roku MON ogłosił podwyżki, po których przeciętne wynagrodzenie brutto w wojsku wyniesie 6830 zł, ale średnią windują mocno zarobki niezbyt licznej wyższej kadry oficerskiej i dodatki za wysługę lat. Tak naprawdę, na tle sektora cywilnego armia nadal pozostaje mało atrakcyjnym kierunkiem poszukiwań dla tych, którzy wchodzą dopiero na rynek pracy.

– Z mojej kompanii w ciągu dwóch lat odeszło do cywila czterech podoficerów zawodowych – wylicza major wojsk zmechanizowanych z ponad dziesięcioletnim stażem, stanowczo prosząc o niepodawanie nazwiska. – Faceci koło trzydziestki, po kilku latach służby, czyli już fachowcy w swojej robocie. Teraz jeden pracuje w serwisie samochodowym, inny robi właśnie jakiś kurs z logistyki, bo poszedł do firmy spedycyjnej. Obaj twierdzą, że chętnie by zostali w służbie, bo kochali tę robotę, ale nie chcą żyć za takie pieniądze, jakie płaci wojsko. Na rękę zarabiają teraz tyle, ile w armii mieli brutto.

Według stanu na 31 października 2021 r. zawodową służbę wojskową w Siłach Zbrojnych RP pełniło łącznie 113 302 żołnierzy (nie licząc 32 tys. w Wojskach Obrony Terytorialnej). Przez 10 miesięcy roku 2021 armia pozyskała 8298 nowych ludzi, co po odliczeniu tych, którzy odeszli do innych zajęć lub przeszli na emeryturę, dało ostatecznie przyrost liczebności naszych sił zbrojnych o 3202 żołnierzy. Wynik ten – jak ­podkreślał w ­komunikacie Gabriel Brańka, szef departamentu kadr MON – zaskoczył wojskowych planistów, którzy zakładali mniejsze zainteresowanie służbą, ale nawet przyjmując za dobrą monetę ten urzędowy optymizm, nie sposób nie zauważyć, że w takim tempie zwiększenie liczebności polskiej armii zawodowej do 250 tys. zajęłoby 41 lat.

Rezygnacje to coś, co spędza sen z powiek polskim sztabowcom, choć oczywiście nikt oficjalnie nie zauważa problemu. Tymczasem statystki MON pokazują, że w latach 2018-2020 zwolniono z zawodowej służby wojskowej 13,5 tys. żołnierzy. Stało się tak m.in. dlatego, że po ograniczeniu przywilejów emerytalnych mundurowych (wydłużenie czasu służby z 15 do 25 lat) prysł czar wojskowego socjalu, który rekompensował w pewnym stopniu codzienną mizerię żołdu. To oznacza jedno – że wojsko będzie nadal tracić doświadczonych ludzi na rzecz sektora cywilnego, jeśli nie zacznie płacić lepiej.

– Czytam w komunikacie MON, że oni kupują na przykład Patrioty za 40 mld zł i aż mam ochotę dopisać do niego, że przeszkolenie żołnierzy do obsługi tego sprzętu trwa minimum półtora roku. A naprawdę dobrych specjalistów uzyskuje się po jakichś czterech-pięciu – kontynuuje major. – Jeśli nie ustabilizujemy kadr, będzie fatalnie. Jak w teamie F1 z super bolidami, ale bez doświadczonych kierowców.

Nie porysować kamery

Armii z pewnością nie pomoże demografia, bo ludność Polski będzie się zmniejszać, a społeczeństwo starzeć. Już dziś w gronie 1,7 mln rezerwistów aż 870 tys. to osoby w wieku od 51 do 60 lat. Niewiele lepiej jest ze służbą kontraktową i zawodową. Z danych GUS wynika, że w latach 1989-2020 liczba mieszkańców Polski w wieku 18-44 zmalała równo o milion, choć w tym samym czasie przybyło nas łącznie ponad 300 tysięcy. Jeszcze gorzej wyglądają statystyki osób niepełnoletnich. Pomiędzy 1989 a 2020 liczba mieszkańców kraju poniżej 18. roku życia stopniała z 11,2 do 6,9 mln.

Autorzy ustawy o obronie ojczyzny dostrzegają ten problem, bo wprowadza ona ochotniczą zasadniczą służbę wojskową (obowiązkowa już nie wróci). Po krótkim szkoleniu podstawowym, a potem jedenastomiesięcznym specjalistycznym, żołnierze będą mieli prawo wstąpić do zawodowej służby wojskowej – albo wrócą do cywila. Po służbie zyskają jednak gwarancję pierwszeństwa w rekrutacji do administracji publicznej. Rząd przewiduje także stypendia dla studentów kierunków, których nie prowadzą uczelnie wojskowe, a które mogą być przydatne dla armii. Po obronie dyplomu kandydaci musieliby przejść w zamian kurs oficerski i odsłużyć w wojsku pięć lat. MON obiecuje również uelastycznienie ścieżki awansu, a także podwyżki dodatków za wysługę lat, które zatrzymywałyby w służbie najcenniejszych, bo doświadczonych ludzi. Gwałtowny wzrost zainteresowania służbą zawodową i Wojskami Obrony Terytorialnej, który nastąpił tuż po napaści Rosji na Ukrainę, z pewnością wlał w serca sztabowców nieco optymizmu, muszą jednak zdawać sobie sprawę z tego, że fala patriotycznego uniesienia kiedyś opadnie.

– I jeszcze jedno – kończy major. – W wojsku od zawsze brakowało sprzętu. Boję się, że jak się teraz pojawi ten supernowoczesny i zarazem bardzo drogi, to generałowie po staremu będą się o niego trząść. Sam słyszałem, jak na poligonie dowódca opieprzał szefa kompanii czołgów tylko za to, że ten poprowadził swoje wozy przez lasek. Gałęzie mogły przecież uszkodzić kamery termowizyjne. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Na zakup marsz