Reklama

Pokłócić się z Bogiem

Pokłócić się z Bogiem

28.08.2017
Czyta się kilka minut
Ks. Grzegorz Strzelczyk, teolog: Ludziom, którzy mówią: „Barcelona – miasto rozpusty, prosiła się o tragedię”, trzeba odpowiedzieć słowami Jezusa: jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie.
GRAŻYNA MAKARA
A

Artur Sporniak: Śmierć ludzi w stolicy Katalonii to przypadek, zrządzenie losu, kara, dopust Boży?

Ks. Grzegorz Strzelczyk: To skutek działania konkretnych ludzi, którzy podjęli konkretne decyzje. Za takimi wydarzeniami stoi człowiek.

A za klęskami żywiołowymi?

Przyroda. Świat jest niedoskonały. I to podwójnie. Po pierwsze, jest stworzony jako różny od Boga, czyli – jak to już w starożytnej metafizyce zwracano uwagę – nie może być doskonały, doskonały świat byłby tożsamy z Bogiem. Drugi wymiar niedoskonałości świata związany jest z wolnością człowieka – człowiek czasem wybiera źle, a skutki tych złych wyborów kształtują świat, w którym żyjemy. Oprócz tego, że wpływają na relację z Bogiem, czyli są grzechem, prowadzą też do konkretnego zła fizycznego. Na przykład nasza rabunkowa gospodarka na Śląsku przyczyniła się do tego, że tutaj średnia życia jest krótsza niż w innych częściach Polski. Czasami za tym stoi grzech, a czasami błąd, niewiedza. Ale człowiek potrafi popsuć ten świat. Nie wiemy, jakie są proporcje pomiędzy jednym a drugim, tzn. co by było, gdyby grzechu nie było. Jaki byśmy wówczas mieli ogląd świata? Nasza znajomość praw natury związana jest z naszą przemyślnością. Pytanie: na ile ta nasza przemyślność jest opóźniona przez grzech?

Co Ksiądz sądzi o takim tłumaczeniu zamachu w Barcelonie: to miasto rozpusty, więc prosiło się o tragedię?

Jezus raczej mówi: módlcie się za nieprzyjaciół, błogosławcie tym, którzy was nienawidzą! Pyta też: „Czy myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloe i zabiła ich, było większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”. Więc ludziom, którzy mówią: „miasto rozpusty prosiło się o tragedię”, trzeba odpowiedzieć: jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie.

Ten rodzaj wskazywania grzesznika i grzechu jako powodu nieszczęścia pochodzi dokładnie z tego rodzaju myślenia, które Jezus piętnuje. U Jezusa rozłączenie pomiędzy złem fizycznym a grzechem jest wyraźne. Gdy pytają o niewidomego – kto zgrzeszył: on czy jego rodzice? – Jezus odpowiada: ani on, ani jego rodzice. Bóg Jezusa to Bóg, który sprawia, że słońce świeci nad złymi i nad dobrymi. Deszcz pada na sprawiedliwych i na niesprawiedliwych.

Czym jest Boża opatrzność?

Nasze myślenie religijne jest rozpięte między dwoma skrajnymi sposobami rozumienia opatrzności. Jedna skrajność to myślenie wykluczające opatrzność – czyli myślenie deistyczne. Bóg w świat nie ingeruje, świat porusza się zgodnie z prawami przyrody, nie ma w nim żadnego nadprzyrodzonego działania, nawet żadnych cudów, łącznie ze Zmartwychwstaniem. A tym bardziej np. działania Ducha Świętego towarzyszącego ludzkiemu rozeznaniu przy decyzjach. Drugą skrajnością jest myślenie naiwno-magiczne, tzn. przekonanie, że Bóg „ręcznie” wszystkim kieruje. Jeżeli spadło nam jajko na podłogę – to sprawił Bóg. Jeżeli się ono nie rozbiło, to cud itd., itd. W takim świecie właściwie gubi się wolność człowieka, bo kwestia, czy spadną na człowieka konsekwencje jego czynów, czy też nie, jawi się jako każdorazowe działanie Boga. Ten naiwno-magiczny sposób patrzenia jest oczywiście nie do pogodzenia z naszym doświadczeniem.

Jak mi się wydaje, najzdrowsze jest myślenie, które idzie środkiem między tymi skrajnościami. Unikamy deizmu, wierząc, że Bóg może działać w świecie, zwłaszcza współdziałając ze stworzeniami – gdy działa wewnątrz albo równolegle do mojej wolności, inspiruje mnie itd. Może też działać wewnątrz praw, które sam ustanowił. Nie wiemy, jaki backdoor do świata Bóg sobie zostawił przy stworzeniu. On może mieć wejście do tego systemu, który nazywamy światem, a my go nigdy nie wykryjemy, jeśli nam go nie ujawni.

Myślę, że ta metafora informatyczna, choć niezbyt wyrafinowana, coś oświetla. Jeżeli programiści potrafią tak konstruować systemy, że my jako użytkownicy oprogramowania nie jesteśmy w stanie zauważyć ingerencji dokonujących się w czasie rzeczywistym, to równie dobrze Bóg mógł tak stworzyć świat.

Trudno jest wierzącemu myśleć, że Bóg się nim nie opiekuje.

Jeśli relacja z Bogiem ma być żywa, to zakłada troskę. Ale takie myślenie jest też w jakiejś mierze antropomorficzne i zależne od kultury. Czego innego oczekiwalibyśmy, żyjąc 3 tysiące lat temu, a czego innego dziś. Nasze oczekiwania ­względem Boga są mocno uwarunkowane kulturą.

Tak należy odczytywać starotestamentowe groźby, że Bóg będzie się mścił za nasze złe postępowanie?

Zdecydowanie tak. Obraz Boga ewoluuje, wraz z Jego objawianiem się. Jeżeli patrzymy chronologicznie na rozwój teologii Starego Testamentu, to Boga najbardziej mściwego odnajdziemy właśnie w najstarszych warstwach. Objawienie, oddziałując na Izrael, doprowadza do tego, co odkrywają i co głoszą prorocy – że zemsta nie wyjdzie poza tego, który zgrzeszył. Zginie tylko grzesznik. A Jezus dopowiada, że jeżeli on zginie, to dopiero po bardzo poważnej pracy Boga nad jego nawróceniem – „odnalezieniem”. Już starotestamentowe „oko za oko, ząb za ząb” było postawieniem tamy zemście – ona ma być proporcjonalna do krzywdy, a nie ciągnąca się z pokolenia na pokolenie.

Gdy dzisiaj myślimy o Bożej opatrzności, kierujemy się w stronę emocji. Chcielibyśmy poczuć bożą opiekę – mieć ją bardzo namacalną. To znowu pułapka magicznego myślenia. Chcielibyśmy, żeby Bóg nam załatwiał sprawy. Gdy to się dzieje, jesteśmy w stanie mówić „dziękujemy bardzo”. A jak się dzieje nie po naszej myśli, jesteśmy w stanie powiedzieć, że Bóg nas opuścił. Problem polega na tym, że jeżeli Bóg jest Bogiem, będzie działać niekoniecznie po naszej myśli. Bo niekoniecznie nasza myśl jest tą, która prowadzi do największego dobra.

Mówi się, że Bóg dopuszcza, by zło nas dotknęło.

Zło jest w świecie dopuszczone, tak jak grzech. Bóg, dając wolność człowiekowi, dopuszcza ten najgorszy rodzaj zła, jakim jest zło moralne – krzywdę, która na kogoś niewinnego spadnie. Odnosząc się do zamachu w Barcelonie – Bóg dopuścił, że ci ludzie dopełnią dzieła swojej złości i że to kogoś dotknie.

Musimy też pomyśleć, czy z punktu widzenia Boga zło fizyczne, które nas dotyka, jest problemem. Oczywiście takie myślenie nas oburza: jak Bóg może dopuszczać ból i śmierć niewinnych. Oczywiście nie mogę spojrzeć z perspektywy Boga, ale mogę próbować nabrać nieco dystansu do zwykłej ludzkiej perspektywy... Jeśli miałbym władzę podtrzymania życia tego, który umiera – tzn. wiem, że on traci jedynie fizyczne życie, ale w momencie śmierci po prostu złoży głowę w moich rękach, a poza tym ja go za chwilę wskrzeszę ponownie do życia – to nie postrzegałbym śmierci jako tak gigantycznego problemu.

W chrześcijaństwie mamy taką intuicję: dzięki temu, że Bóg oddziałuje w ludzkich sercach, z nieszczęścia i zła potrafi wyprowadzić na koniec dobro. To wydaje się nieludzkie, bo po ludzku pragnęlibyśmy uniknąć cierpienia za wszelką cenę. Wydaje mi się, że Bóg niekoniecznie tak postępuje. Na to wskazuje krzyż Chrystusa. Bóg działa według takiej logiki: priorytet ma dobro osiągnięte przez ludzkie wolne współdziałanie, a nie unikanie cierpienia. Jezus mógł uciec z Ogrójca, a jednak wybrał wytrwanie w cierpieniu. I my teraz w Wielkanoc śpiewamy te niepokojące słowa: „O szczęśliwa wino, skoro cię zgładził tak wielki Odkupiciel”. Bóg z grzechem człowieka, ze złem sobie radzi.

Radzi sobie dzięki ludzkiej wolności, bo przecież to była decyzja ludzkiej woli Jezusa, że bierze ten kielich. Tu się dokonuje właśnie praca opatrzności. Duch Boży działa w człowieczeństwie Jezusa od wcielenia. Bóg działa w historii. Wobec tragedii w Barcelonie i wobec wszystkich innych tragedii Bóg działa w sercach ludzi, którzy są ich świadkami i ofiarami, po to, żeby doprowadzić do przebaczenia, pojednania, żeby wyrosło z tego większe dobro.

Nie jest jednak tak, że Bóg prowokuje takie wydarzenia, żeby ludzie rośli. Zawsze jest konkretny grzesznik, którego wolność Bóg szanuje tak jak moją...

Podobnie jest z kataklizmami – są one wynikiem konkretnych związków przyczynowo-skutkowych...

...których Bóg nie powstrzymuje, i dopiero wobec których trzeba się potem odnaleźć.

Ciąg przypadków sprawił, że kiedyś spotkałem moją obecną żonę. Czy naiwne jest dostrzeganie w takich przypadkowych wydarzeniach znaków Bożej opatrzności?

Myślę, że ono jest bardziej wyrazem wiary niż naiwności. Znak ma zawsze swoje pierwsze „neutralne” znaczenie: np. jakieś wydarzenie to przecięcie się ciągów przyczynowo-skutkowych. Ale w relacji do konkretnego człowieka to wydarzenie może stać się znakiem. Ono do nas przemawia, być może właśnie dlatego, że Bóg je wykorzystuje do kontaktu z nami.

Nie lekceważyłbym tego, bo to jest wierzący ogląd świata. Ale oczywiście takie znaki powinienem poddać rozeznaniu. Jeżeli Bóg jest wielkim „ogarniaczem” świata, to moim zdaniem jest On w stanie podpowiadać sensy zdarzeń, kiedy się już wydarzyły. Niekoniecznie samo wydarzenie niesie sens, to wiara go rozpoznaje.

Jeżeli mam bliski kontakt z Bogiem, jeżeli dzięki modlitwie zyskuję Jego doświadczenie, to zaczynają mi się także wyświetlać sensy rzeczy, które stworzył. To klasyczne przekonanie w tradycji mistycznej.

Ks. Adam Boniecki przyznał, że czasem prosi swoją zmarłą mamę o pomoc i mama mu pomaga w różnych życiowych sytuacjach, np. w odnajdowaniu miejsca do zaparkowania, kiedy spieszy się na spotkanie z ludźmi.

Na końcu czasów sprawdzimy, ile razy była to kwestia tego, że tam było po prostu wolne miejsce, a ile razy było to coś więcej. Ale takiego podejścia nie wolno wyrzucić z pobożności, bo ono mówi, iż wierzymy w to, że Bóg się nami zajmuje. A wierząc, jednocześnie dopuszczamy do tego, żeby się nami Bóg zajmował. To właśnie paradoks wiary: wierząc, dopuszczam Boga do działania w sobie. Otwieram Mu przestrzeń do działania, uruchamiając swoją wolność. Moja decyzja wiary znaczy też: Boże, działaj, ja Ci ufam! Ostatecznie może doprowadzić też do Ogrójca: ufam Ci do końca, niezależnie od ceny!

Czasem cierpienie jest tak dotkliwe, że człowiekowi wali się świat razem z Panem Bogiem. Co wtedy?

Trzeba się szczerze pokłócić z Bogiem. Nierzadko wtedy bardziej lub mniej świadomie winimy Boga, że coś zrobił albo że nic nie zrobił. Pretensje trzeba wypowiedzieć do tego, kogo winimy. To jest niezwykle trudne, bo z Bogiem się niełatwo rozmawia ze względu na Jego...

...milczenie?

...czy niewidzialność. Ale większym problemem jest to, że często boimy się Bogu wygarnąć, bo nie wiemy, jak zareaguje. Na wszelki wypadek lepiej do Boga ostro nie przemawiać, bo może się zemścić – łatwo jest nam tak myśleć, zwłaszcza wtedy, gdy już obwiniliśmy Go za coś. Jeśli jednak naszych pretensji z Bogiem szczerze nie obgadamy, grozi nam zaskorupienie się w stanie rozżalenia. Wtedy może się długo nic nie rozjaśnić.

Jeśli jednak człowiek wykłóci się z Bogiem do końca – szczerze, do ostatniej pretensji i złości, to bardzo często odkrywa jeszcze, że z tego doświadczenia da się wyciągnąć jakieś dobro. Bóg to potrafi podpowiedzieć i potrafi pomóc przez to przejść. To jest bodaj jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie mogą się przytrafić w życiu, ale ta droga jest możliwa. Są ludzie, którzy nią szli, przeszli i potrafią towarzyszyć innym przy jej pokonywaniu.

Często nie potrafimy pogodzić myślenia o Bożej opatrzności z myśleniem o Bożej sprawiedliwości. Bóg jest tak sprawiedliwy, a ja tak grzeszny, że nie mam co liczyć na jego pomoc...

Naszą mentalność uwarunkowała interpretacja, w której sprawiedliwość staje się pierwszą cechą Boga. On staje się wręcz niewolnikiem własnej sprawiedliwości: musi ukarać. Trochę jest to specyfika polskiego duszpasterstwa, które od lat tłoczy do głów nieznane Kościołowi powszechnemu tzw. „główne prawdy wiary” (a wśród nich: „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”). Tymczasem Nowy Testament łączy Bożą sprawiedliwość z Bożym miłosierdziem. „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy nam je odpuści i wyzwoli od wszelkiej nieprawości” (1 J 1, 9).

Oczywiście, że Bóg w ostatecznym wymiarze będzie sądzić sprawiedliwie. Tylko ta idea sprawiedliwości jest taka, jak w przypowieści o robotnikach w winnicy: pierwsi, którzy pracowali od rana, myślą, że dostaną więcej od tych, którzy przyszli do pracy na końcu dnia i pracowali nędzną godzinę. Boża sprawiedliwość wygląda inaczej niż ludzka, i przez człowieka postrzegana jest jako niesprawiedliwość. Bo miłosierdzie jest niesprawiedliwe. Gdyby boża sprawiedliwość polegała na daniu nam tego, na co zasługujemy, to nie byłoby dla nas nadziei. Tymczasem Bóg właśnie jako wierny i sprawiedliwy odpuszcza grzechy.

Leon Wielki (V wiek) w liście do Flawiana mówi, że szatan ucieszył się z grzechu ludzkiego, bo był przekonany, że Bóg, ze względu na sprawiedliwość, musi teraz zmienić stosunek do człowieka. A Bóg w swym postępowaniu po prostu dokonał korekty polegającej na śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa.

W naszej polskiej religijności dość powszechnie występuje także nabożeństwo do Anioła Stróża. Czy da się je obronić?

To praktyka związana z ideą Bożej opatrzności, i to z jej częścią – moim zdaniem – teologicznie zdrową. Bóg realizuje swoją opatrzność nie tyle „ręcznie” czy bezpośrednio, ile za pośrednictwem wolnych stworzeń. W tym także duchowych, czyli aniołów. Oczywiście nie mamy jasności co do tego, co mogą robić i co faktycznie robią aniołowie. Dane objawienia są wielce skąpe w tym względzie...

A kiedy w zaufaniu do opatrzności zaczynamy ocierać się o zuchwałość, czyli grzech przeciwko Duchowi Świętemu?

Myślę, że wtedy, kiedy przestajemy brać odpowiedzialność za swoje działanie. Jeżeli opatrzność działa przede wszystkim przez stworzenia, to Bóg troskę o mnie realizuje najpierw przez moje własne działania: wstaję rano, idę do pracy, zarabiam na utrzymanie. Zwykle nie odczytujemy tego jako działania Bożej opatrzności, ale skąd się wzięło we mnie to, co mam na poziomie predyspozycji, uzdolnień itd.? A w wymiarze moralnym moment przekroczenia granicy następuje, gdy uznam, że nieważne, co zrobię, Bóg ma sobie poradzić ze skutkami. Będę jeździł z zepsutym katalizatorem i zanieczyszczał środowisko, nic nie szkodzi – niech Bóg to ogarnia. To zuchwałość.©℗

KS. GRZEGORZ STRZELCZYK jest teologiem, w latach 2004-12 był profesorem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Obecnie jest dyrektorem Ośrodka Formacji Diakonów Stałych Archidiecezji Katowickiej.

Autor artykułu

Kierownik działu Wiara w „Tygodniku Powszechnym”. Ur. 1966 r., absolwent Wydziału Mechanicznego AGH, studiował filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i teologię w Kolegium...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]