Reklama

Pokłócić się z Bogiem

Pokłócić się z Bogiem

28.08.2017
Czyta się kilka minut
Ks. Grzegorz Strzelczyk, teolog: Ludziom, którzy mówią: „Barcelona – miasto rozpusty, prosiła się o tragedię”, trzeba odpowiedzieć słowami Jezusa: jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie.
GRAŻYNA MAKARA
A

Artur Sporniak: Śmierć ludzi w stolicy Katalonii to przypadek, zrządzenie losu, kara, dopust Boży?

Ks. Grzegorz Strzelczyk: To skutek działania konkretnych ludzi, którzy podjęli konkretne decyzje. Za takimi wydarzeniami stoi człowiek.

A za klęskami żywiołowymi?

Przyroda. Świat jest niedoskonały. I to podwójnie. Po pierwsze, jest stworzony jako różny od Boga, czyli – jak to już w starożytnej metafizyce zwracano uwagę – nie może być doskonały, doskonały świat byłby tożsamy z Bogiem. Drugi wymiar niedoskonałości świata związany jest z wolnością człowieka – człowiek czasem wybiera źle, a skutki tych złych wyborów kształtują świat, w którym żyjemy. Oprócz tego, że wpływają na relację z Bogiem, czyli są grzechem, prowadzą też do konkretnego zła fizycznego. Na przykład nasza rabunkowa gospodarka na Śląsku przyczyniła się do tego, że tutaj średnia życia jest krótsza niż w innych częściach Polski. Czasami za tym stoi grzech, a czasami błąd, niewiedza. Ale człowiek potrafi popsuć ten świat. Nie wiemy, jakie są proporcje pomiędzy jednym a drugim, tzn. co by było, gdyby grzechu nie było. Jaki byśmy wówczas mieli ogląd świata? Nasza znajomość praw natury związana jest z naszą przemyślnością. Pytanie: na ile ta nasza przemyślność jest opóźniona przez grzech?

Co Ksiądz sądzi o takim tłumaczeniu zamachu w Barcelonie: to miasto rozpusty, więc prosiło się o tragedię?

Jezus raczej mówi: módlcie się za nieprzyjaciół, błogosławcie tym, którzy was nienawidzą! Pyta też: „Czy myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloe i zabiła ich, było większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”. Więc ludziom, którzy mówią: „miasto rozpusty prosiło się o tragedię”, trzeba odpowiedzieć: jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie.

Ten rodzaj wskazywania grzesznika i grzechu jako powodu nieszczęścia pochodzi dokładnie z tego rodzaju myślenia, które Jezus piętnuje. U Jezusa rozłączenie pomiędzy złem fizycznym a grzechem jest wyraźne. Gdy pytają o niewidomego – kto zgrzeszył: on czy jego rodzice? – Jezus odpowiada: ani on, ani jego rodzice. Bóg Jezusa to Bóg, który sprawia, że słońce świeci nad złymi i nad dobrymi. Deszcz pada na sprawiedliwych i na niesprawiedliwych.

Czym jest Boża opatrzność?

Nasze myślenie religijne jest rozpięte między dwoma skrajnymi sposobami rozumienia opatrzności. Jedna skrajność to myślenie wykluczające opatrzność – czyli myślenie deistyczne. Bóg w świat nie ingeruje, świat porusza się zgodnie z prawami przyrody, nie ma w nim żadnego nadprzyrodzonego działania, nawet żadnych cudów, łącznie ze Zmartwychwstaniem. A tym bardziej np. działania Ducha Świętego towarzyszącego ludzkiemu rozeznaniu przy decyzjach. Drugą skrajnością jest myślenie naiwno-magiczne, tzn. przekonanie, że Bóg „ręcznie” wszystkim kieruje. Jeżeli spadło nam jajko na podłogę – to sprawił Bóg. Jeżeli się ono nie rozbiło, to cud itd., itd. W takim świecie właściwie gubi się wolność człowieka, bo kwestia, czy spadną na człowieka konsekwencje jego czynów, czy też nie, jawi się jako każdorazowe działanie Boga. Ten naiwno-magiczny sposób patrzenia jest oczywiście nie do pogodzenia z naszym doświadczeniem.

Jak mi się wydaje, najzdrowsze jest myślenie, które idzie środkiem między tymi skrajnościami. Unikamy deizmu, wierząc, że Bóg może działać w świecie, zwłaszcza współdziałając ze stworzeniami – gdy działa wewnątrz albo równolegle do mojej wolności, inspiruje mnie itd. Może też działać wewnątrz praw, które sam ustanowił. Nie wiemy, jaki backdoor do świata Bóg sobie zostawił przy stworzeniu. On może mieć wejście do tego systemu, który nazywamy światem, a my go nigdy nie wykryjemy, jeśli nam go nie ujawni.

Myślę, że ta metafora informatyczna, choć niezbyt wyrafinowana, coś oświetla. Jeżeli programiści potrafią tak konstruować systemy, że my jako użytkownicy oprogramowania nie jesteśmy w stanie zauważyć ingerencji dokonujących się w czasie rzeczywistym, to równie dobrze Bóg mógł tak stworzyć świat.

Trudno jest wierzącemu myśleć, że Bóg się nim nie opiekuje.

Jeśli relacja z Bogiem ma być żywa, to zakłada troskę. Ale takie myślenie jest też w jakiejś mierze antropomorficzne i zależne od kultury. Czego innego oczekiwalibyśmy, żyjąc 3 tysiące lat temu, a czego innego dziś. Nasze oczekiwania ­względem Boga są mocno uwarunkowane kulturą.

Tak należy odczytywać starotestamentowe groźby, że Bóg będzie się mścił za nasze złe postępowanie?

Zdecydowanie tak. Obraz Boga ewoluuje, wraz z Jego objawianiem się. Jeżeli patrzymy chronologicznie na rozwój teologii Starego Testamentu, to Boga najbardziej mściwego odnajdziemy właśnie w najstarszych warstwach. Objawienie, oddziałując na Izrael, doprowadza do tego, co odkrywają i co głoszą prorocy – że zemsta nie wyjdzie poza tego, który zgrzeszył. Zginie tylko grzesznik. A Jezus dopowiada, że jeżeli on zginie, to dopiero po bardzo poważnej pracy Boga nad jego nawróceniem – „odnalezieniem”. Już starotestamentowe „oko za oko, ząb za ząb” było postawieniem tamy zemście – ona ma być proporcjonalna do krzywdy, a nie ciągnąca się z pokolenia na pokolenie.

Gdy dzisiaj myślimy o Bożej opatrzności, kierujemy się w stronę emocji. Chcielibyśmy poczuć bożą opiekę – mieć ją bardzo namacalną. To znowu pułapka magicznego myślenia. Chcielibyśmy, żeby Bóg nam załatwiał sprawy. Gdy to się dzieje, jesteśmy w stanie mówić „dziękujemy bardzo”. A jak się dzieje nie po naszej myśli, jesteśmy w stanie powiedzieć, że Bóg nas opuścił. Problem polega na tym, że jeżeli Bóg jest Bogiem, będzie działać niekoniecznie po naszej myśli. Bo niekoniecznie nasza myśl jest tą, która prowadzi do największego dobra.

Mówi się, że Bóg dopuszcza, by zło nas dotknęło.

Zło jest w świecie dopuszczone, tak jak grzech. Bóg, dając wolność człowiekowi, dopuszcza ten najgorszy rodzaj zła, jakim jest zło moralne – krzywdę, która na kogoś niewinnego spadnie. Odnosząc się do zamachu w Barcelonie – Bóg dopuścił, że ci ludzie dopełnią dzieła swojej złości i że to kogoś dotknie.

Musimy też pomyśleć, czy z punktu widzenia Boga zło fizyczne, które nas dotyka, jest problemem. Oczywiście takie myślenie nas oburza: jak Bóg może dopuszczać ból i śmierć niewinnych. Oczywiście nie mogę spojrzeć z perspektywy Boga, ale mogę próbować nabrać nieco dystansu do zwykłej ludzkiej perspektywy... Jeśli miałbym władzę podtrzymania życia tego, który umiera – tzn. wiem, że on traci jedynie fizyczne życie, ale w momencie śmierci po prostu złoży głowę w moich rękach, a poza tym ja go za chwilę wskrzeszę ponownie do życia – to nie postrzegałbym śmierci jako tak gigantycznego problemu.

W chrześcijaństwie mamy taką intuicję: dzięki temu, że Bóg oddziałuje w ludzkich sercach, z nieszczęścia i zła potrafi wyprowadzić na koniec dobro. To wydaje się nieludzkie, bo po ludzku pragnęlibyśmy uniknąć cierpienia za wszelką cenę. Wydaje mi się, że Bóg niekoniecznie tak postępuje. Na to wskazuje krzyż Chrystusa. Bóg działa według takiej logiki: priorytet ma dobro osiągnięte przez ludzkie wolne współdziałanie, a nie unikanie cierpienia. Jezus mógł uciec z Ogrójca, a jednak wybrał wytrwanie w cierpieniu. I my teraz w Wielkanoc śpiewamy te niepokojące słowa: „O szczęśliwa wino, skoro cię zgładził tak wielki Odkupiciel”. Bóg z grzechem człowieka, ze złem sobie radzi.

Radzi sobie dzięki ludzkiej wolności, bo przecież to była decyzja ludzkiej woli Jezusa, że bierze ten kielich. Tu się dokonuje właśnie praca opatrzności. Duch Boży działa w człowieczeństwie Jezusa od wcielenia. Bóg działa w historii. Wobec tragedii w Barcelonie i wobec wszystkich innych tragedii Bóg działa w sercach ludzi, którzy są ich świadkami i ofiarami, po to, żeby doprowadzić do przebaczenia, pojednania, żeby wyrosło z tego większe dobro.

Nie jest jednak tak, że Bóg prowokuje takie wydarzenia, żeby ludzie rośli. Zawsze jest konkretny grzesznik, którego wolność Bóg szanuje tak jak moją...

Podobnie jest z kataklizmami – są one wynikiem konkretnych związków przyczynowo-skutkowych...

...których Bóg nie powstrzymuje, i dopiero wobec których trzeba się potem odnaleźć.

Ciąg przypadków sprawił, że kiedyś spotkałem moją obecną żonę. Czy naiwne jest dostrzeganie w takich przypadkowych wydarzeniach znaków Bożej opatrzności?

Myślę, że ono jest bardziej wyrazem wiary niż naiwności. Znak ma zawsze swoje pierwsze „neutralne” znaczenie: np. jakieś wydarzenie to przecięcie się ciągów przyczynowo-skutkowych. Ale w relacji do konkretnego człowieka to wydarzenie może stać się znakiem. Ono do nas przemawia, być może właśnie dlatego, że Bóg je wykorzystuje do kontaktu z nami.

Nie lekceważyłbym tego, bo to jest wierzący ogląd świata. Ale oczywiście takie znaki powinienem poddać rozeznaniu. Jeżeli Bóg jest wielkim „ogarniaczem” świata, to moim zdaniem jest On w stanie podpowiadać sensy zdarzeń, kiedy się już wydarzyły. Niekoniecznie samo wydarzenie niesie sens, to wiara go rozpoznaje.

Jeżeli mam bliski kontakt z Bogiem, jeżeli dzięki modlitwie zyskuję Jego doświadczenie, to zaczynają mi się także wyświetlać sensy rzeczy, które stworzył. To klasyczne przekonanie w tradycji mistycznej.

Ks. Adam Boniecki przyznał, że czasem prosi swoją zmarłą mamę o pomoc i mama mu pomaga w różnych życiowych sytuacjach, np. w odnajdowaniu miejsca do zaparkowania, kiedy spieszy się na spotkanie z ludźmi.

Na końcu czasów sprawdzimy, ile razy była to kwestia tego, że tam było po prostu wolne miejsce, a ile razy było to coś więcej. Ale takiego podejścia nie wolno wyrzucić z pobożności, bo ono mówi, iż wierzymy w to, że Bóg się nami zajmuje. A wierząc, jednocześnie dopuszczamy do tego, żeby się nami Bóg zajmował. To właśnie paradoks wiary: wierząc, dopuszczam Boga do działania w sobie. Otwieram Mu przestrzeń do działania, uruchamiając swoją wolność. Moja decyzja wiary znaczy też: Boże, działaj, ja Ci ufam! Ostatecznie może doprowadzić też do Ogrójca: ufam Ci do końca, niezależnie od ceny!

Czasem cierpienie jest tak dotkliwe, że człowiekowi wali się świat razem z Panem Bogiem. Co wtedy?

Trzeba się szczerze pokłócić z Bogiem. Nierzadko wtedy bardziej lub mniej świadomie winimy Boga, że coś zrobił albo że nic nie zrobił. Pretensje trzeba wypowiedzieć do tego, kogo winimy. To jest niezwykle trudne, bo z Bogiem się niełatwo rozmawia ze względu na Jego...

...milczenie?

...czy niewidzialność. Ale większym problemem jest to, że często boimy się Bogu wygarnąć, bo nie wiemy, jak zareaguje. Na wszelki wypadek lepiej do Boga ostro nie przemawiać, bo może się zemścić – łatwo jest nam tak myśleć, zwłaszcza wtedy, gdy już obwiniliśmy Go za coś. Jeśli jednak naszych pretensji z Bogiem szczerze nie obgadamy, grozi nam zaskorupienie się w stanie rozżalenia. Wtedy może się długo nic nie rozjaśnić.

Jeśli jednak człowiek wykłóci się z Bogiem do końca – szczerze, do ostatniej pretensji i złości, to bardzo często odkrywa jeszcze, że z tego doświadczenia da się wyciągnąć jakieś dobro. Bóg to potrafi podpowiedzieć i potrafi pomóc przez to przejść. To jest bodaj jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie mogą się przytrafić w życiu, ale ta droga jest możliwa. Są ludzie, którzy nią szli, przeszli i potrafią towarzyszyć innym przy jej pokonywaniu.

Często nie potrafimy pogodzić myślenia o Bożej opatrzności z myśleniem o Bożej sprawiedliwości. Bóg jest tak sprawiedliwy, a ja tak grzeszny, że nie mam co liczyć na jego pomoc...

Naszą mentalność uwarunkowała interpretacja, w której sprawiedliwość staje się pierwszą cechą Boga. On staje się wręcz niewolnikiem własnej sprawiedliwości: musi ukarać. Trochę jest to specyfika polskiego duszpasterstwa, które od lat tłoczy do głów nieznane Kościołowi powszechnemu tzw. „główne prawdy wiary” (a wśród nich: „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”). Tymczasem Nowy Testament łączy Bożą sprawiedliwość z Bożym miłosierdziem. „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy nam je odpuści i wyzwoli od wszelkiej nieprawości” (1 J 1, 9).

Oczywiście, że Bóg w ostatecznym wymiarze będzie sądzić sprawiedliwie. Tylko ta idea sprawiedliwości jest taka, jak w przypowieści o robotnikach w winnicy: pierwsi, którzy pracowali od rana, myślą, że dostaną więcej od tych, którzy przyszli do pracy na końcu dnia i pracowali nędzną godzinę. Boża sprawiedliwość wygląda inaczej niż ludzka, i przez człowieka postrzegana jest jako niesprawiedliwość. Bo miłosierdzie jest niesprawiedliwe. Gdyby boża sprawiedliwość polegała na daniu nam tego, na co zasługujemy, to nie byłoby dla nas nadziei. Tymczasem Bóg właśnie jako wierny i sprawiedliwy odpuszcza grzechy.

Leon Wielki (V wiek) w liście do Flawiana mówi, że szatan ucieszył się z grzechu ludzkiego, bo był przekonany, że Bóg, ze względu na sprawiedliwość, musi teraz zmienić stosunek do człowieka. A Bóg w swym postępowaniu po prostu dokonał korekty polegającej na śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa.

W naszej polskiej religijności dość powszechnie występuje także nabożeństwo do Anioła Stróża. Czy da się je obronić?

To praktyka związana z ideą Bożej opatrzności, i to z jej częścią – moim zdaniem – teologicznie zdrową. Bóg realizuje swoją opatrzność nie tyle „ręcznie” czy bezpośrednio, ile za pośrednictwem wolnych stworzeń. W tym także duchowych, czyli aniołów. Oczywiście nie mamy jasności co do tego, co mogą robić i co faktycznie robią aniołowie. Dane objawienia są wielce skąpe w tym względzie...

A kiedy w zaufaniu do opatrzności zaczynamy ocierać się o zuchwałość, czyli grzech przeciwko Duchowi Świętemu?

Myślę, że wtedy, kiedy przestajemy brać odpowiedzialność za swoje działanie. Jeżeli opatrzność działa przede wszystkim przez stworzenia, to Bóg troskę o mnie realizuje najpierw przez moje własne działania: wstaję rano, idę do pracy, zarabiam na utrzymanie. Zwykle nie odczytujemy tego jako działania Bożej opatrzności, ale skąd się wzięło we mnie to, co mam na poziomie predyspozycji, uzdolnień itd.? A w wymiarze moralnym moment przekroczenia granicy następuje, gdy uznam, że nieważne, co zrobię, Bóg ma sobie poradzić ze skutkami. Będę jeździł z zepsutym katalizatorem i zanieczyszczał środowisko, nic nie szkodzi – niech Bóg to ogarnia. To zuchwałość.©℗

KS. GRZEGORZ STRZELCZYK jest teologiem, w latach 2004-12 był profesorem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Obecnie jest dyrektorem Ośrodka Formacji Diakonów Stałych Archidiecezji Katowickiej.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Kierownik działu Wiara w „Tygodniku Powszechnym”. Ur. 1966 r., absolwent Wydziału Mechanicznego AGH, studiował filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i teologię w Kolegium...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Przyjemnie czytało mi się tą rozmowę. Metafora informatyczna podoba mi się jako nowy język opowiadania o opatrzności. Pewnie z czasem taki będzie powstawał na miejsce tradycyjnego, który wygląda już nieco nudnawo dla współczesnych. Ale co mojego odbioru treści tej metafory pozostają mocne wątpliwości i nie wiadomo jak sobie z nimi radzić. Backdoor zakłada, że czasami możliwe jest wniknięcie dobra w świat i pokierowanie jakimś wydarzeniem, np. przez motywację jakiejś osoby do tego, żeby przyłożyła się do jakiegoś dobra, albo żeby zapobiegła cierpieniu. Trudno tutaj oponować, że to jest możliwe, skoro takie współdziałanie dobra i osoby jest niewykrywalne i niewidoczne, poza tym, że znosi cierpienie. Wiemy, że to się zdarza... Wydaje się to kuszące, ale ja biorąc je na serio pytam - dlaczego to współdziałanie jest takie wybiórcze? Raczej należy do rzadkości, a nie do czegoś co dzieje się często. Trudno mi to pogodzić sobie z opatrznością, w takim wszechobejmującym sensie, w którym nie wymyka się jej żadne poszczególne zło czy cierpienie czegoś co czuje. Dlaczego raczej wybiera współdziałanie w celu zniesienia cierpienia czasem i tylko wybiórczo? Są przecież takie cierpienia, które się dzieją i nikt nimi się specjalnie nie przejmuje, a tym bardziej nikt im nie zapobiega. Wystarczy wyobrazić sobie ile zwierząt cierpi w przemysłowych hodowlach, ile jest zabijanych na mięso. Może jesteśmy zdani na samych siebie? Może zwierzęta mogą liczyć tylko na człowieka? Być może tradycyjna idea opatrzności pozwala człowiekowi zamykać oczy na cierpienie. A co dopiero stwierdzenie, że Bóg dopuszcza zło, dzięki czemu hipotetycznie powstaje więcej dobra...Może ostrożniej jest założyć, że dobro jest słabe. Nie trzeba wtedy zakładać, że Bóg dopuszcza zło. Nie przemawia też do mojej wrażliwości stanowisko, że najgorszym rodzajem zła jest zło moralne, gdzie ktoś specjalnie popełnia krzywdę. Nie chcę uchodzić za znawcę zła, ale jak przyglądam się światu jaki jest widzę choroby, które dotykają dorosłych i dzieci i zwierzęta i wyobrażam sobie, co nie jest trudne, że nie tylko nie zawsze można im zapobiec, albo je wyleczyć i zapobiec cierpieniu, ale że np. zwierzęta chore muszą radzić sobie z bólem same, bez jakiejkolwiek pomocy, bez wsparcia Boga, bez wyobrażenia o nieśmiertelności, życia w przyszłym świecie. Czują tak samo jak my. Nikt normalny nie zniósłby cierpienia zwierzęcia, które jest w tym kompletnie bezbronne, gdzie mógłby pomóc - pewnie by pomógł - gdyby to działo się obok. Co się dzieje zatem z opatrznością, że to wszystko przegapia? Może uchodzę za rzecznika cierpienia zwierząt, niech jednak i tak będzie - one nie znając języka i zdane na bycie sobą, na los, cierpią w absolutnym milczeniu. Gdyby ten głos w pełni dotarł do człowieka, pewnie byśmy nie byli w stanie żyć. Wystarczy sobie wyobrazić ile rzeczy nie wiemy.

Szanowny Panie, wszystko staje się proste i zrozumiałe, kiedy przeprowadzi Pan pewien eksperyment myślowy. Otóż wystarczy założyć, że nie istnieje żaden Bóg, w szczególności taki, jakim przedstawiają go religie chrześcijańska,judaizm czy islam - osobowy, obecny i działający w 'naszym' świecie itede, szczegóły znamy aż za dobrze z lekcji religii. Ba, można pójść dalej, w kierunku powiedzmy 'orientalnym', i zrezygnować z konceptualnej dualistycznej klasyfikacji typu dobro - zło, białe - czarne itepe. I co się okazuje? Nie ma, zero, koniec kropka. Ból zostaje - jednak Pańskie problemy znikają. Mało tego - niewykluczone, że zechce Pan przy tej eksperymentalnej hipotezie wykluczającej istnienie PB pozostać, jak to z uwagi na jej niezwykłą prostotę, klarowność i dobroczynny wpływ na psychikę się wielu podobnie dociekliwym już przydarzyło. Z Panem Bogiem (albo i bez...)

Żyj bez Boga,ewentualnie,jakby go nie było,bo On nie jest do niczego potrzebny. Wtedy będziesz szczęśliwym człowiekiem. Naprawdę? A z kim się wtedy będziesz kłócił? Czy zwykła wredność, względem innych może to zastąpić? Na przykładzie Eddiego, wygląda, że tak.

Szanowny Pan najwyraźniej nie zrozumiał mojej krótkiej notki w temacie. Powtórzę, ból zostaje. Nic nie piszę o szczęściu. Co do wątku kłótni, to jakiś bigos Sz. Pan wysmażył. Że niby potrzebuję PB do kłótni?!... Quatsch. p.s. Przykro mi, że mnie Pan nie lubi, tak odbieram Pański tekst. Jestem naprawdę fajnym facetem, zaradnym, wesołym, niegłupim, dobrym ojcem itede, itepe. Owszem, czasem mnie ponosi, kiedy czuję w otoczeniu odór hipokryzji, swąd obłudy, fetor bezdennej głupoty - pocieszam się, że przecież nie jestem święty, a ewentualny PB musi mi to wybaczać w swym nieskończonym miłosierdziu. Szanownego Pana pewnie też na taki gest stać.

Bezmyślnie bić głową o posadzkę przed złotą skrzynką z czerwoną lampką, aż do ustania jakichkolwiek form samodzielnego myślenia? Czy może się jednak mylę i jest inny?

Czasem gęś potrafi zaszaleć. Biegnie po łące z rozłożonymi skrzydłami,strasznie przy tym hałasując.Chce się wzbić do lotu....... niestety nie może, bo jest za ciężka. Nawet jej wielkie skrzydła są za słabe, by ją unieść w powietrze. To jednak widzi zewnętrzny obserwator. Co myśli gęś? Kto to wie? Może jej wydaje się, że lata.....Pytasz się mnie o przepis na szczęście? Ja nie mam takiego, natomiast znam przepis uniwersalny, jaki został dany jakieś 2000 lat temu. Został dany przez Boga i Człowieka w Jednym. Został dany wszystkim i jednocześnie, każdemu z osobna. Ty Hugin-Muninie, jesteś za ciężki by go zrozumieć.Ostało ci się hałasowanie.

Kocham te "katolickie" obrzucanie guanem :) jest takie wyniosłe, w jedwabnych anielskich rękawiczkach, niemal bossssskie, fakt, jestem za "ciężki" na taką wyniosłość, jak obrzucam guanem to obrzucam, bez udawania, że pachnie, i że niby jakaś miłość bliźniego prze ze mnie przemawia ;p Napisz jeszcze coś "miłego" z radością poczytam, ksiądz Grzegorz co nieco mój obraz świata zaburzył, ale dzięki Ci Dru, przywracasz mnie na właściwe gęsie tory :))) gę, gę, gę. ps. jedyna nie latająca gęś to gęś domowa, wszystkie inne latają i to całkiem dobrze, czyli u Was w "katolickim domu" to te wasze gęsi nie latają, służą tylko na mięso i by je skubać, ale poza nim, inne gęsi dają sobie świetnie radę i o zgrozo dla Was, latają świetnie i daleko, :))) no i nie są białe, i bardzo dobrze, że nie są białe.

zajmujący, jednakowoż, ja pisałem o gęsi domowej, a ona jest biała i to nie podlega dyskusji. Ksiądz Grzegorz wstrząsnął( podobno) twoim światem? A ja niedobry, znowu wtłoczyłem cię w koleiny, owego złego,wyrachowanego katolickiego świata. Czyli co? Przywróciłem cię do prawdy i normalnego życia. Miało być coś miłego, to masz,taki już jestem.Niestety to wszystko, pic na wodę, fotomontaż. Księdzu Grzegorzowi, rzeczywiście udałoby się wstrząsnąć twoim utopistycznym światem, gdybyś nagle odkrył, że jak staniesz na Bożym Sądzie, to będziesz rozliczny ze swoich własnych grzechów a nie z grzechów całego KK.To po pierwsze, po drugie, wtedy na Krzyżu Chrystus umarł również za twoje grzechy, byś mógł zmartwychwstać. Lecz ty wolisz prowadzić niekończące sie dyskusje z których nic nie wynika. A stopień ich skomplikowania, jest tak wielki, ze nawet nić Ariadny by nie pomogła, znaleźć wyjścia z tego, twojego prywatnego labiryntu, który sam sobie stworzyłeś. Oczywiście masz do tego prawo, jednak nie wszyscy muszą udawać, że to muzyka, lekka, łatwa i przyjemna. Ps. Te inne gęsi, latają, ponieważ są zdecydowanie lżejsze od gęsi domowej.Potraktuj to jak metaforę.

co powiedzieć o gęsiach, co czekają na prawdziwe życie wieczne w piekarniku?...

ostała się w nich, jakaś resztka nadziei.

To pospolite głupie gęsi, z nadzieją na co najwyżej nadzienie. Smacznego.

założenie istnienia Boga jak i jego nieistnienia, mi osobiście w tym eksperymencie dało w obu przypadkach wynik fałszywy. Uznałem, że Bóg jest w czymś co można nazwać superpozycją, i jednocześnie jest, i Go nie ma. Co do jednego się jednak zgodzę, tzw. "wielkie religie monoteistyczne" operują fałszywym, nie do obronienia z logicznego punktu widzenia obrazem Boga, przynajmniej w wymiarze powszechnym, to że pojedynczy teologowie w ramach tych poszczególnych religii coś sensownego wymyślą w niczym nie zmienia istoty problemu. Ogół jest szantażowany jakimś chorym zwyrodniałym obrazem, wszyscy mają się dostosować, a jak nie to piekło, ostracyzm, obcięcie głowy, czy inna forma terroru.

Myśląc nad tym co Pan, napisałem kiedyś pewien tekst, może panu będzie pomocny? może do czegoś zainspiruje? a może tylko rozbawi? oto on: "Bóg jest wszystkim co nas otacza i jest jeszcze czymś, jeszcze o wiele większym", uprzedzając pytanie, tak Bóg jest nawet w ekspresie do kawy i nawet sraczu (nie ma wymogu oddawania czci sraczowi, ale jak kto lubi nie zabraniam). Myśl Boga sprawiła, że wszechświat zaistniał, Bóg jednak dał części swoich stworzeń wolną wolę, która jest możliwa tylko dlatego, że każdy z nas po części jest też Bogiem (zawieramy w sobie cząstkę Boga) oczywiście dominująca (niebotycznie dominująca) część boskości jest poza nami. Wolność nie jest jednak pełna, bo gdy zbyt wielka ilość istot ją ma, to te wolności nachodząc wzajemnie na siebie stanowią wzajemne ograniczenie. Pozostaje jednak wolność w formie intencji działań, natomiast skuteczność tych działań, a nawet sama potencjalna ich możliwość podjęcia bywa ograniczona przez wpływ innych wolnych istot. Niebo to możliwość ostatecznego współdziałania z główną Istotą, Piekło to konieczność tworzenia świata wyizolowanego. Człowiek ma pragnienie dążności do zrozumienia Boga co przy jednoczesnej świadomości niemożliwości osiągnięcia pełnego zrozumienia bywa irytujące, bo czy można powiedzieć, że rozumiemy małżonka, dziecko, rodziców? a skoro ich kochamy staramy się to zrobić i co czujemy gdy nie potrafimy tego dokonać? Oto też dla człowieka powstał Eden, jednak człowiek sam chciał stanowić o tym co dobre i złe niezależnie od tego co mu w Edenie mówiono, uczynił to pod wpływem Węża, zatem i Człowiek, i Wąż stanęli z woli Boga przed koniecznością tworzenia świata częściowo wyizolowanego od Edenu. I tak powstała Ziemia z jej cierpieniem i pięknem zarazem, bo jest w niej zarówno nieposłuszeństwo Człowieka, bunt Węża i tchnienie Boga. Nic co powstało, bez Boga nie powstało, lecz Wąż potrafi stworzone przez Boga elementy składać według swego pomysłu, bo też jest po części Bogiem (jako Jego stworzenie) w stopniu znacznie przewyższającym Człowieka i dlatego Człowiek powinien się go wystrzegać w sensie zbyt poufałej bliskości, bo łatwo Człowiekowi zacząć Wężowi składać hołd i wtedy Wąż staje się naszym pośrednikiem do Boga, a każdy pośrednik pobiera prowizję, a ten pośrednik zgarnia wszystko. Bóg pozwolił nam korzystać z tego co nam Wąż poskładał mówiąc "czyńcie sobie ziemię poddaną" co więcej polecił nam w ten sposób systematycznie w miarę możliwości pomniejszać na niej wpływy Węża, bo to Wąż poskładał Ziemię z boskich elementów, tych samych z których był Eden zbudowany. Eden jednak istnieje nadal, w myśli Boga istnieje, ale czy ten Eden który był, był boskim Edenem? Czy jakimś partactwem innego Węża? Jedni twierdzą, że był Edenem właściwym, inni że żałosnym partactwem. Co piekłem co rajem? któż to wie? Niech Bóg rozstrzygnie. Lecz to nie Bóg dał nam nakazy, nie Bóg dał nam śmierć, nie Bóg zsyła cierpienie, nie On, lecz w Nim to się dzieje. Jeśli Jest, jeśli czuje wyciągnie po nas swą dłoń, jeśli tylko żywiołem będzie co będzie. Czy Wąż kiedyś na powrót stanie się jednością z Bogiem czy nie? tego niech nikt nie próbuje odgadnąć, nam to do niczego nie jest potrzebne. Człowiek nie jest jeden, tak i Wąż nie jest jeden, człowiek buntuje się przeciw człowiekowi, i węże walczą z wężami. Bywa, że człowiek i wąż czują podobnie a to czucie mówi: Kto twierdzi, że jest Bogiem, jest moim wrogiem, bo gdy Bóg się pojawi nic się przeciw Niemu zbuntować nie zechce, bo jest Bogiem, a skoro pragnienie buntu czuję, to na pohybel uzurpatorom!!! Kim zatem jest Wąż? najwierniejszym z sług Boga i najwytrwalszym Jego poszukiwaczem? Czy zwykłym zdrajcą? Kto ośmieli się na to pytanie odpowiedzieć?

zmienię sobie nick na Mangusta mandarinia :))

Nie wiemy tego dokładnie jak cierpią inni, zwłaszcza jak cierpią zwierzęta. Ktoś tu niedawno w Tygodniku napisał, że wycie psa, które nas przecież przeraża, jest silnym środkiem znieczulającym dla tego zwierzęcia. Gdyby człowiek krzyczał w przypadku silnego bólu, czego obecnie unika, ponieważ się tego wstydzi, zapewne nie odczuwałby cierpienia w tak silnym natężeniu. Warto też sobie zadać pytanie o sens ludzkiego życia. Czy walka ze złem ( cierpieniem ) nie nadaje smaku ludzkiemu życiu ? Każdy jest w jakimś zakresie lekarzem w sensie niesienia pozytywnych rozwiązań służących bliźnim albo przynajmniej powinien starać się nim być. Trochę pokory nie zaszkodzi. Pokora mówi tak: "to, że ja tego świata nie ogarniam nie oznacza, że ten świat jest zły".

Gdyby ksiądz był głosem tego co dominuje w KK to zostałbym katolikiem z wiary, a nie tylko z urodzenia i z papierka (ale to najpewniej tylko do czasu, sumienie nie pozwala mi trwać w tej zakłamanej instytucji dłużej niż czas tych których moja apostazja mogłaby zranić), a teraz pewna moja uwaga, człowiek jest jaki jest nie do końca za własną sprawą, dzieło świadczy o Stwórcy, zatem albo Stwórca chciał nas takimi "grzesznymi" i wtedy raczej o karze za postępowanie zgodne z zamierzeniem, zgodnie z jakimikolwiek zasadami sprawiedliwości nie może być mowy, lub nasza natura nie jest do końca "Boża" a stwórcą (tym razem z małej) nie jest bezpośrednio Bóg. Sytuacja jest dosyć mocno skomplikowana i niejasna. Pycha pewności siebie, że rozumie się Boga w wykonaniu współbraci w wierze księdza, jak dla mnie jest niedopuszczalna.

.. tego wydarzenia. W sumie tyle wielkich słów, i tyle lekcji, i tyle cierpliwej retoryki. A chodzi o komentarz do bezdennej głupoty księdza redaktora, Henryka Zielińskiego z pisma "Idziemy". Tego samego pajaca, który twierdził, że kobiety jeżdżące do krajów arabskich, same proszą się o kłopoty.

No i mamy kolejnego myśliciela, który ogarnął Boga. Tak sobie myślę, że jak On tak sobie siedzi na tej czy innej chmurce, zresztą nieważne na czym, jak sobie tak obserwuje nasze poczynania, analizuje to co na jego temat sobie i innym wmawiamy, to musi mieć niezły ubaw. W katechizmie, z którego przygotowywałem się do I Komunii stało - Bóg jest nieskończenie doskonały… Cóż my możemy mieć za pojęcie o doskonałości. Jednak chytrość naszego mózgu jest tak zaawansowana, że nie dopuści do siebie myśli, że g… o niej wiemy, wymyślamy więc, że to, że tamto, taki i owaki, najważniejszy, że miłosierny i nam odpuści nasze grzeszki. W końcu najokazalsze przybytki powstawały jako wota za parszywe życie możnych tego świata. Nie ma to jak sobie wszystko dobrze wykombinować i wytłumaczyć, od razu się lżej na duszy robi.

Ja mam odmianę zdanie co do żywiołów. Obydwoje wiemy, że apokalipsa św. Jana jest księgą gniewu Bożego. Nie obrazuje ona koniecznie końca świata. Zawiera naukę i formy obrazowanie gniewu Bożego. Podtrzymywane NOWYM PRZYMIERZEM w Chrystusie. Skoro Bóg się nie gniewa to wyrzućmy do śmieci ewangelię św. Jana. Bo chyba pierdzieli w niej głupoty a zapisana jest tam przyszłość. Gatunek ludzki przyjął nauki apostołów, które wprowadził do filaru naszej wiary. I zawierają sugestie ożywiania wiary oraz formy obrazowanie gniewu Bożego. Sposoby doświadczania ludzkości. Widze, że Ks. Grzegorz Strzelczyk nie zgada się z apostołami . Bóg jest taki jak jego dzieło, które stworzył. Po jego dziele poznamy jego. A ten świat jest niebezpieczy również: https://www.youtube.com/watch?v=pDWCWeysJqQ

Dla mnie kościół na temat Boga cukruje jakby jego kapłąnie brali prozak. Bóg jest taki jak świat nas otaczający. Po dziele stworzenia poznamy jego prawdziwą naturę. Stworzył świat sprzyjający życiu i zagrażający również człowiekowi. Nie ma co cukrować. Bóg jest miłością i potrafi być niebezpieczny. Apostołowie uczyli się bać Boga. Kościół katolicki z Boga robi swojego przyjaciela i sługusa (POKORNEGO PACHOŁKA). Chyba im się role powaliły. To Bóg jest Bogiem a my tylko robaczkami u jego stópek i módlmy się, żeby nas nie rozdeptał. Kościół katolicki tworzy wiarę w Boga, bez Boga (bez jego ingerencji, bez dowodów). I taką tworzy wiarę i obraz Boga. Taki, który nie wymaga dowodów. Bóg to nie kolega. Jest surowy. Sam sposób odpuszczenia nam grzechu przez śmierć na krzyżu mówi wiele o nim. Chrystus nazwał nas przyjaciółmi nie sługami (tylko te słowa kierował do swoich apostołów). Tylko to był Syn Boży, który był na ziemi. O Ojcu mówił inaczej. Zresztą Bóg to temat rzeka. Wszechświat to bardzo niebezpieczne miejsce, które pokazuje nam prawdziwą naturę Boga. I nie bawmy się w ubarwianie. Nie twórzmy fikcji tylko pozwólmy Bogu działać, doświadczać. I pokazywać mu swoje prawdziwe oblicze i zaakceptujmy je takie, jakie jest. Chrystus był też Objawieniem Ojca (to ta dobra wiadomość). Mówił, że z Ojcem jedno jesteśmy. Tylko jeśli Ojca kazał się bać, to bójmy się też Chrystusa. Ludzkość się rozbestwiła. Błogosławieni ci, którzy boją się Boga: https://www.youtube.com/watch?v=DfgtTCaRyKM

Ja nie jestem zwolennikiem ani straszenia Bogiem, ani mówienia o jego nieskaczącej miłości. Raczej dmucham na zimne. Zresztą większość ludzi nie wierzy w Boga. I jest to wyłącznie jego winna. Nie winna kościoła. Kościół był zmuszony budować wiarę bez twardych dowodów na istnienia Boga. Gdyby Bogu zależało, żeby społeczeństwo wierzyło to z całą pewością cośby sam z tym zrobił. Pasuje mu układ świata, który nie traktuje wiary poważnie. I kościół jest zmuszony zwodzić ludzkość. I zawsze mnie zastanawiało dlaczego. Moi zdanie nie ufa człowiekowi albo wiara jest wymysłem człowieka. Wiara jest tak skonstruowana, żeby wierzyć w niemożliwe historię bez dowodów. Czyli uczy wiary w Boga bez Boga. Bez jego ingerencji. Co jest irracjonalne. Kościół łudzi ludzi miłością Boga. Uprawia złudzenie opiekuńczego Boga i Aniołów. Wartości modlitwy- jakby nasze modlitwy wznoszone do powietrza w myślach miały rozwiązywać nasze problemy. Dlatego nawet mi ciężko pomimo przyjęcia krwi, trudno uwierzyć w Boga. Ciężko mi uwierzyć w niematerialny inteligentny byt zwany choćby Duchem Świętym. Ciężko uwierzyć mi w istotę, która słyszy nasze myśli i jest wszechobecna. Ciężko mi uwierzyć we wszechwiedzącą istotę. Kościół mówi o niewidzialnych istotach opiekujących się nami. Wygląda to tak jak jakiś obłęd, któremu wszyscy ulegamy. Od dziecka pierze się nam tym mózgi. Ciężko mi uwierzyć w życie pozagrobowe. Dla mnie prawdopodobnie wiara to tylko interes i zmowa pewnego środowiska, które uczy o duchowych sprawach. Zastanawia się często czy Chrystus nie jest urojonym Bogiem. Co jest bardziej prawdopodobne. Ciężko się wierzy. Raczej jest we mnie więcej wątpliwości niż wiary. Przez całe życie dorastałem w przeświadczeniu, że wiara to głupota. Wiara to dochodowy interes, w którym sprzedaje się złudzenia. Nie realne szanse zdobycia życia. Mówi się, że Chrystus to szansa. Dla mnie Chrystus to złudzenie. Chodź nie miałbym Bogu zazłe, gdybym się mylił. Tylko zastanawia się co jest bardziej prawdopodobne i odpowiedzi nasuwają się same. Jestem racjonalistom. I wymagam dowodów domniemanych historyjek, wypływających z tradycji i ludzkiego obłędu. Czasy się zmieniły i poziom postrzegania wiary. Historia kościoła udowodniła ze wiara to tylko interes i głupota ludzkości, której z tradycji ulegamy i ze wpojonego wychowania tolerujemy naciąganie ludzi na te historię: https://www.youtube.com/watch?v=_j13d5eFgQk

Piotr podoba mi się co napisałeś, w przeciwieństwie do innych tutaj, o których lepiej milczeć. Ludzie wierzą, że świat, w którym można odróżnić dobro od zła, w którym rozum pozwala odkrywać co jest dobre i powiększa byt, a co złe i go pomniejszać, nie jest zły, a tym bardziej stworzony przez Boga, który wyładowuje na nim swój gniew, który podlega takim emocjom. To, że w ogóle da się coś powiedzieć, to już jest sprawa niecodzienna. Ale też doświadczenie odkrywa całe światy niedoskonałości. Cierpienie, przemijanie. Uwięzienie bytów jednostkowych w ciałach. Wieczne podleganie czasowi. Wiara jednak, ale też rozum pozwala pytać, czy to co jest, jest wszystkim co jest? Albo czy rzeczywistość taka, jaka jest jest ostateczna, czy podlega jakimś przemianom? Albo, jeżeli da się coś powiedzieć, co ma sens, czy jest to czystym przypadkiem, grą energii, która nie ma ani celu, ani żadnej racji, jak tylko tymczasowo nadawana przez nas? I tak dalej i tak dalej. Lepiej chyba już kierować swoją energię w tę stronę niż żyć w przeświadczeniu, że wiara to dochodowy interes... Szkoda na to czasu.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]