Pojechać daleko

Patrzę na palmy i chcę wierzyć, że zaraz ich zobaczę więcej i więcej. To z oczekiwania, że nareszcie nastąpi odkupienie za podróż trwającą dobrze ponad dobę.
Czyta się kilka minut
Plaża Brava / fot. Patrick Zachmann / Magnum / EK Pictures /
Plaża Brava / fot. Patrick Zachmann / Magnum / EK Pictures /

Przysypiam i wypatruję czegoś z samochodu (nie za dobrze wiem, czego). Zmęczenie, niedospanie towarzyszy mi tu stale, jest jak stempel na tej podróży, na tym jeżdżeniu zygzakiem, od winnicy do winnicy, od miasta do miasta; miasta, którego niemal nie widzę, bo tylko miga gdzieś, bezładne klocki z betonu, kable splątane i kurz. Późne chodzenie spać, wczesne wstawanie, cały dzień w drodze. I napięcie, które każe się nieustannie patrzeć - bo przecież nie wiadomo, czy kiedyś znów tu przyjadę.

Domki robotników rolnych pobudowane na spłachetku ziemi jak chusteczka do nosa, domki jak pudełka zapałek. Czemu takie małe? Cicerone nie rozumie pytania. Odwraca się od kierownicy i patrzy w oczy, ale nie ma żadnej odpowiedzi, bo jak odpowiedzieć na coś, czego samemu się nie pojmuje. Więc to jest odpowiedź pierwsza, domyślna: zawsze takie były i takie zostały. Pojawi się jeszcze odpowiedź druga, ale kto inny jej udzieli, w innym miejscu i czasie: było przecież trzęsienie ziemi, a oni (oni oznacza: Indianie) budują chaty z niewypalanej cegły (ale jaka to cegła, to właściwie błoto, śmieje się ten, który wyjaśnia); więc wszystko się zawaliło, runęło, niektórym nawet udało się jakoś pomóc; no, ale nikogo nie stać na odbudowę, bo takich domów nie można ubezpieczyć. Odpowiedź trzecia, udzielona z równym zdziwieniem jak pierwsza: a po co im większe? (Wystarczy pytanie o domy robotników rolnych, a reakcja staje się lekko nerwowa; jakby to komunistyczna młodzieżówka pytała, wymachując pięścią przed nosem).

Tym mniejsze się wydają, że - kiedy już wyjechać z tych bezładnych miasteczek - cała przyroda, cały krajobraz dookoła jest jak monstrualny ogród, ogród rozpuchły i rozdęty, wdzierający się na Kordyliery i zawłaszczający wszystko: już nie ma dzikiej przyrody, nie ma w ogóle przyrody dzikiej, tak się zdaje, tylko wielka uprawa. Wszystko tej uprawie poddane. Droga, która przebija kraj z północy na południe, odbija od czasu do czasu na boki, zachodzące w doliny. Tu też pola zabierają całą przestrzeń bez zbytnich ceregieli, cały horyzont. Zaczynają się na poboczu i kończą nie wiadomo gdzie, bo rano jest mgliście - i dopóki cokolwiek widać, wszędzie coś rośnie równymi rzędami.

Winnice, uprawy pomidorów i awokado, sady pomarańczowe i cytrynowe, raptem kawałek Hiszpanii albo Grecji, bo wielkie sady oliwne, i znów winnice, zupełnie młode, jeszcze przy ziemi, albo kilkudziesięcioletnie. A w jadącym autostradą budzi się nawet nie znużenie tym pejzażem, tylko niechęć i wewnętrzny opór. Tak przecież nie może być: lecieć przez pół świata, żeby w nagrodę zobaczyć zieloną fabrykę. Nie zagmatwanie dzikiej przyrody, tylko proste rzędy, kąty proste, wygodne drogi i czyste maszyny.

I tylko te domki, jedyna rzecz na ludzką skalę. I ich mieszkańcy, którzy wieczorem wracają z winnic na rowerach, w tumanach kurzu.

Zasypiam.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 51/2010