Jeśli za miarę przyjąć liczbę ofiar - wedle oficjalnej wersji chińskiej: 156 zabitych i ponad tysiąc rannych (a źródła ujgurskie podają wyższe liczby) - to w Chinach doszło do największych zamieszek od czasu maoistowskiej rewolucji kulturalnej. Walki prowadzono tradycyjnie przy pomocy kijów, lecz iskra, która je rozpaliła, była na miarę XXI wieku: stała się nią internetowa plotka (ponoć fałszywa), pochodząca z miejsca oddalonego o ponad
4 tys. kilometrów.
Oto pod koniec czerwca pewien internauta napisał, że ujgurscy muzułmanie, robotnicy z fabryki zabawek w mieście Shaoguan w południowej prowincji Guangdong, zgwałcili dwie chińskie kobiety. Żądni pomsty Chińczycy wdarli się do kwater Ujgurów i wywołali bitwę, w której zginęło dwóch muzułmanów. Gdy kilka dni później ta wieść dotarła do położonego na przeciwległym krańcu Chin miasta Urumczi (stolicy muzułmańskiego Xinjiangu), Ujgurzy wyszli na ulice. Policja przystąpiła do pacyfikacji protestu, co jeszcze bardziej rozsierdziło muzułmanów. Ujgurzy zaczęli bić chińskich imigrantów, demolować ich sklepy, podpalać samochody... A następnego dnia Chińczycy wzięli odwet.
Chiński Goliat i ujgurski Dawid
Ujgurzy to ośmiomilionowy naród pochodzenia tureckiego, żyjący w autonomicznej prowincji Chin - przez Ujgurów nazywanej Turkiestanem Wschodnim, a przez Chińczyków Xinjiang. Zanim przed 60 laty władzę w kraju zdobyli komuniści, tylko 5 proc. ludności tego ogromnego obszaru, zajmującego jedną szóstą terytorium Chin, stanowili Chińczycy. Dziś jest ich 40 proc., tyle samo co Ujgurów. W Urumczi chińscy imigranci stanowią już trzy czwarte mieszkańców.
Przyjeżdżają oni do Turkiestanu zachęceni państwowymi subsydiami i wyższymi płacami. Na rubieżach zawsze łatwiej się dorobić: tak było w czasach wojen krzyżowych, podboju Dzikiego Zachodu czy ekspansji stalinowskiej Rosji. I zawsze przybycie obcych rozsierdza tubylców. W Chinach tym bardziej, że Hanowie - czyli etniczni Chińczycy, stanowiący 91 proc. mieszkańców Państwa Środka - nieodwracalnie podbili ich ziemie, a swoje porządki narzucają bezpardonowo.
Ujgurzy skarżą się na dyskryminację: Chińczycy wypierają ze szkół ich język ojczysty, każą muzułmanom zatrudnionym w urzędach jeść podczas ramadanu, islamskiego miesiąca postu. Niedawno rząd zapowiedział zburzenie zabytkowej części Kaszgaru, kulturalnej stolicy Ujgurów, i wzniesienie "nowego starego miasta". Aby Xinjiang nadrobił gospodarcze zapóźnienie, budżet centralny pompuje weń ogromne fundusze - tyle że korzystają z nich głównie chińscy przybysze zamieszkujący miasta, a nie muzułmańscy chłopi.
Sytuacja w Xinjiangu przypomina walkę ujgurskiego Dawida z chińskim Goliatem. Ale można też spojrzeć na nią inaczej: jako na konflikt dwóch narodów, które wzajemnie się siebie boją. Przeciętnemu Chińczykowi Ujgur kojarzy się z religijnym fundamentalistą, separatystą i terrorystą. Taki wizerunek muzułmanów promują chińskie media państwowe, celowo wyolbrzymiając zagrożenie ze strony radykałów.
A Chińczycy zamieszkali w Xinjiangu też czują się dyskryminowani: nie podobają się im przywileje, jakimi cieszą się mniejszości (np. "polityka jednego dziecka" ma zastosowanie tylko do Hanów). Dlaczego, pytają, zamiast pozamykać tych brodatych barbarzyńców, przyznaje się im jakieś specjalne prawa? "Są rozpuszczeni jak pandy. Rabują, gwałcą, zabijają, a rząd im wybacza" - narzekał cytowany w mediach chiński sklepikarz.
Turkiestan jak Tybet
W Chinach codziennie dochodzi do tysięcy drobnych buntów. Ludzie wychodzą na ulice w proteście przeciw okradaniu ich przez skorumpowanych urzędników, samowoli policji, bezprawnemu wywłaszczaniu przez deweloperów, zanieczyszczaniu środowiska... Dopóki protesty pozostają lokalne i nie przeradzają się w ruch ponad podziałami społecznymi, władze w Pekinie im pobłażają. Potrafią nawet przyznać protestującym rację. Bo choć liczne niepokoje pokazują wewnętrzną słabość Chin, nie stanowią zagrożenia dla władzy partii komunistycznej.
Z Xinjiangiem i Tybetem jest inaczej. Tu nie ma pobłażania. Bunty wybuchłe na niepokornych terenach mniejszościowych są duszone z całą bezwzględnością. Partia najwyraźniej czuje, że jej legitymacja do panowania nad Lhasą czy Kaszgarem jest wątła. Podejmując nagłą decyzję o powrocie ze szczytu G8 we Włoszech, prezydent Hu Jintao pokazał, że problem traktuje poważnie.
Ale nie łudźmy się: te zamieszki nie zagrażają rządom komunistów. Giełda w Szanghaju nie zareagowała na walki w Xinjiangu. - Dla Chińczyków mają one przede wszystkim znaczenie symboliczne. Reagując brutalnie, pokazują, kto tu rządzi. I odstraszają innych chętnych do buntu - mówi "Tygodnikowi" prof. Icchak Szichor z Uniwersytetu w Hajfie, specjalista od Ujgurów. - Xinjiang i Tybet są dla Chin marginalne, jednak protesty podważają ich reputację międzynarodową - dodaje prof. Gardner Bovingdon z Uniwersytetu Indiana.
Losy Ujgurów i Tybetańczyków są bliźniaczo podobne. Oba kraje zostały "pokojowo wyzwolone" w 1949 r. przez armię Mao Zedonga. Lipcowe zajścia w Xinjiangu przypominają zamieszki w Tybecie z marca 2008 r. Wtedy chiński rząd oskarżał o ferment Dalajlamę. Dziś obwinia Rebiję Kadeer, przewodniczącą emigracyjnego Światowego Kongresu Ujgurów, o podsycanie zamieszek "przez telefon i internet". W Xinjiangu, tak jak w Tybecie, Chińczycy rabunkowo eksploatują surowce naturalne. Plany "odnawiania" Kaszgaru przypominają burzenie starej Lhasy, a zakaz ramadanowego postu - choćby zakaz palenia kadzideł w dniu urodzin Dalajlamy.
Są też różnice. Choć w Xinjiangu jest więcej chińskich imigrantów niż w Tybecie, Ujgurzy skuteczniej bronią się przed asymilacją językową. Ich solidarność wydaje się silniejsza. Jednak nie potrafią przebić się ze swoimi racjami do świadomości Chińczyków ani świata. Brakuje im lidera pokroju Dalajlamy. Odmowa jakiegokolwiek dialogu z Chińczykami pogłębia ich izolację.
Jedno państwo, jeden naród, jedna kultura
Wspólnym mianownikiem nieszczęść obu narodów jest chińska polityka wobec mniejszości. Opiera się ona na przekonaniu, że wszyscy mieszkańcy terytoriów, nad którymi Pekin sprawuje władzę, są Chińczykami. Nie wymyślili tego komuniści. Już Sun Yat-sen (pierwszy przywódca Republiki Chińskiej po obaleniu cesarstwa w 1911 r.) utrzymywał, że państwo i naród to w Chinach synonimy. Twierdził, że zagłada mniejszości nie ma znaczenia w obliczu potrzeby zachowania narodowej jedności.
Mao dołożył do tego marksistowski pogląd, wedle którego tożsamość klasowa musi przeważyć nad tożsamością narodową; jeśli tylko dać małym narodom wybór, te rozsądnie zdecydują się na ekonomicznie korzystną unię z większym i lepiej rozwiniętym krajem, a nie na niepodległość. Ale prawo do wolnego wyboru i secesji istniało tylko w teorii. Rewolucyjna niecierpliwość i szowinizm sprawiały, że większościowe kierownictwo (Rosjan w ZSRR czy Hanów w ChRL) samo dokonywało "jedynie słusznego" wyboru w imieniu mniejszości.
Drugim dogmatem Chin jest wiara w wyższość wyimaginowanej "jedności kulturowej" nad różnicami etnicznymi. W praktyce oznacza to instytucjonalne wymuszanie dominacji kultury chińskiej. Mniejszościom wprawdzie obiecywano autonomię, ale celem było zasymilowanie ich w "jedną wielką chińską rodzinę narodów". Barbarzyńców należało wchłonąć. W tym duchu można odczytać np. uruchomiony w 2006 r. program przesiedlania młodych Ujgurek - nierzadko pod przymusem - do metropolii wschodnich Chin. Rząd nie ukrywał, że chodzi nie tylko o zmniejszenie bezrobocia w Xinjiangu, ale i o dostarczenie żon tamtejszym Hanom. "Lebensraum" zwolniony przez Ujgurów mogą zaś zająć Chińczycy.
Jak się okazało, represje i próby asymilacji mniejszości nie osłabiły ich patriotyzmu. Przeciwnie - potęgują go. Zaniknięcie w Chinach egalitarnego (równi w biedzie) komunizmu na rzecz dzikiego kapitalizmu wytworzyło pustkę, którą wypełnił nacjonalizm. Ściślej: skierowane jeden przeciw drugiemu nacjonalizmy Hanów i mniejszych narodów. Dziś wzajemna wrogość narasta. Chiny wtłoczą do Xinjiangu jeszcze więcej sił bezpieczeństwa, co zwiększy frustrację Ujgurów. Ekstremiści mogą wykorzystać sytuację, podkładając bomby. - Zapowiada się kontynuacja polityki twardej ręki. Od protestów na Placu Tiananmen partia pamięta, że ustępstwa prowadzą do eskalacji kłopotów - zauważa prof. Bovingdon.
- Wielu chińskich intelektualistów zwracało uwagę, że polityka Pekinu wobec mniejszości jest fatalna - mówi dziś prof. Szichor. - Sam próbowałem przekonać Chińczyków do jej zmiany. Ale biorąc pod uwagę ich arogancję i pogardę dla innych, jestem sceptyczny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















