Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Po PO

Po PO

01.12.2013
Czyta się kilka minut
Po sesji o pisarstwie Tadeusza Różewicza we Wrocławiu, poruszającej, pociąg do Poznania, na korytarzu troje młodych ludzi, czilują: „No wiecie, czy się stoi, czy się leży, trzysta lajków się należy. Jak za komuny, nie?”.
.

...Wybuch śmiechu. Jak z Różewicza, pomyślałem.

Raz jeszcze okazało się, że miała rację Grażyna Borkowska, mówiąc, że Różewicz jest jak skalna ściana, na której trudno znaleźć podparcie. Właśnie tak, pisząc o nim, ześlizgujemy się w bezsilność i zawstydzenie. Wielkość polega na tworzeniu tajemniczego bodźca, który sprawia, że kolejne roczniki czytają, interpretatorzy interpretują, a zawrót głowy od myślenia o poezji i świecie nie ustaje. Wielkość, która unika samej siebie i często, coraz częściej, robi wiele, by wyglądać na małość, boi się złudzeń, nie chce dać się nabrać: „Czasem góry zasłaniają / To / co jest za górami / trzeba więc przesunąć góry / ale ja nie mam potrzebnych / środków technicznych / ani siły / ani wiary / która przenosi góry / więc nie zobaczysz tego / nigdy / wiem o tym / i dlatego / piszę”.
Nie unosi się pychą, a w każdym razie nie pęcznieje od wielkich słów, lecz nurza się w trzewiach, przeczesuje trywialności, by uzasadnić istnienie wiersza, a właściwie jego odbywający się, rozciągnięty w czasie koniec. Rozmówka kolejowa mogłaby zostać w którymś z tych wierszy zapisana, może nawet z aprobatą, bo przecież młodziki wykazały się autoironią i zmysłem historycznym.
To zastanawiające, jak „lubi się” Różewicza, a jak lubi się Wisławę Szymborską. Lubienie Różewicza to stwierdzenie do szpiku pokraczne, bo jak lubić to, co rani, drażni, nawet jeśli jest wstrząsająco przenikliwe albo krystalicznie piękne? Ale jak się bez tego obyć? Z Szymborską inaczej. Po niedawnej konferencji w Poznaniu, ciekawej, rodzi się we mnie przypuszczenie dość ryzykowne: Szymborska ma to do siebie, że będąc poetką wspaniale utalentowaną, dociekliwą, pomysłową, inteligentną, daje czytelnikowi szansę, by poczuł się inteligentny, wrażliwy i pomysłowy. Szymborska-ateistka, pesymistka, która humorem maskuje swe ciemne źródła, niekiedy mizantropka, odbiorcę stwarza na własne podobieństwo i tym samym dodaje mu wiary w siebie. Tkwi w tym ziarenko dydaktyzmu, coś z konsolacji, jednak nie da się powiedzieć, że naiwność albo łatwość. To też jest genialne.           
***
Ale po co pleciesz, człowieku, o wierszach? Kto je jeszcze czyta, prócz akademików, zresztą zmuszonych do tego przez system obowiązkowego ścibolenia publikacji i punktów? Już nawet gazet się nie czyta, z poznańskich liceów zniknęły klasy humanistyczne, ściślej zaś zmieniły nazwy na prawnicze, medialne, żeby wstydu nie było, obciachu, a przede wszystkim pustek, na studia filologiczne przyjmuje się wszystkich, analfabetów nie wyłączając, żeby tylko nie rozpędzono kierunków, a ty, człowieczku, o wierszach. Felieton nie jest od tego, w felietonie trzeba komuś dołożyć, ostrością pióra błysnąć, wykazać się dzielnością, po nazwisku napiętnować drani i, korzystając z okazji, wystrzelać osobistych wrogów.
Proszę mi wierzyć, zbierałem się do tego. Chciałem zacząć od kilku mocnych zdań o Donaldzie Tusku, premierze, za to, że na przełomie października i listopada okazał się niedużym Ziutkiem (czy to wystarczająco obraźliwe?), wykańczając w brzydki sposób jednego z niewielu facetów, którzy wyrastają ponad coraz bardziej poziomy platformiany poziom, ale nim zabrałem się do pisania, premier wytrącił mi z ręki zabójczo uzbrojone pióro. Genialnie (dzisiaj tylko o geniuszach mowa) wymienił ministrów, w tym i panie, które na bliski mi los humanistyki posiadają niemały wpływ. Platforma wprawdzie umarła, lecz jej życie pośmiertne przyniesie multum pożytków: będzie dobrze.
Wiem, proszę, nie pytajcie skąd, felietonista nie zdradza źródeł, że w szkole pod nowym zarządem mniej będzie nowomowy, może nawet zniknie całkiem, o wychowaniu człowieka na miarę czasów, więcej zaś starań o obudzenie w uczniu istoty myślącej. Na przykład na lekcjach polskiego będzie się czytało znowu, a do tego ciekawe książki, ba!, rozmawiało o nich swobodnie, a nie ćwiczyło schematy odpowiedzi na testy gimnazjalne i maturalne. Na horyzoncie edukacji widniał będzie krytyczny i namiętny czytelnik, osobnik mający z książek przyjemność, a nie funkcjonariusz świata bez literatury. Zakłada się bowiem, bądźmy realistami – jakieś założenie praktyczne jest przecież konieczne, że w neoliberalnej rzeczywistości ludzie o pewnej kulturze, mający jakieś rezerwy bezinteresowności, są per saldo bardziej przydatni i skuteczniejsi. Czy to nie ładne?
O ministrze nauki słyszałem, nie powiem od kogo, że jest stuprocentową antybiurokratką, antyformalistką, która wręcz nienawidzi statystyk, parametryzacji, metod oceny, opartych na sztywno zdefiniowanych normach, kryteriów ilościowych, odrywania uczonych od myślenia przez lawinowo rosnące wymagania instytucjonalne. Jest socjolożką, czyli humanistką, doskonale więc zdaje sobie sprawę, że instytucjonalizacja wcale nie służy wybitnym i ambitnym, jednostkom zaangażowanym, pasjonatom, a nawet tylko pracowitym mrówkom, lecz przede wszystkim obrotnym konformistom. Słyszałem od osoby dobrze poinformowanej, że pani profesor nie rozstaje się z oryginałem pewnej sławnej rozprawy: „Co się dzieje w procesie rozrostu i utwierdzania się instytucjonalizacji nauk? Jest to, ni mniej, ni więcej, zabezpieczanie pierwszeństwa procedury przed bytem (przyrodą i dziejami), który w danym czasie podlega uprzedmiotowieniu przez badanie. (...) Stąd też decydujący rozwój nowożytnej eksploatacyjności nauki urabia ludzi odmiennego pokroju. Znika uczony-erudyta. Zastępuje go badacz, którego sprawą są przedsięwzięcia badawcze. One to właśnie, nie zaś kultywowanie erudycji, nadają smak jego pracy. Badaczowi nie jest już potrzebna domowa biblioteka. Ponadto jest stale w drodze. Rozprawia na sympozjach, uczy się na kongresach. Uzależnia się od zamówień wydawców” (przeł. Krzysztof Wolicki). Wie, że to nie jest jednoznaczna krytyka nowożytnego porządku, lecz wskazanie treści do przemyślenia, pośród których spotwornienie nowożytności lokuje się na wysokim miejscu. Więc, Stanisławie, Zbyszku i Anno, jeszcze będzie pięknie!
I gadanie o poezji przestanie uchodzić za rodzaj wprawdzie niegroźnej, lecz i całkiem bezużytecznej choroby umysłowej.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]