Nie mogę z prawdziwie czystym sumieniem napisać, że nienawidzę mediów społecznościowych, bo sam spędzam w nich stanowczo zbyt wiele czasu. Ale myślę, że za to rzucanie nas od ściany do ściany, za radykalizm ocen występów polskich piłkarzy, za zdania, których wypowiedzenia czasem żałujemy (ileż z nich dotyczyło debiutu Oyedele z Portugalią...), odpowiedzialne są w dużej mierze właśnie one. I cieszę się, że nie tylko wynik, ale także gra Polaków w meczu z Chorwacją skomplikują nieco zadanie tym, którzy po porażce z Portugalią zaczęli wznosić stosy gotowe do podpalenia pod Michałem Probierzem.
Jasne, przepaść, której doświadczaliśmy, patrząc na swobodę, z jaką Ronaldo i jego koledzy rozgrywali piłkę na Stadionie Narodowym, musiały stawiać pod znakiem zapytania rok pracy tego selekcjonera. Jasne, trudno się dziwić tym, którzy przypominali liczbę meczów z traconymi przez Polaków bramkami. Jasne, trudno było nie zauważyć, że akurat z Portugalią nasi nie zagrali aż tak odważnie i nie pressowali aż tak intensywnie, jak próbował nas przekonywać sam trener.
Ale też to, co pokazywali Polacy w czasie Euro i w poprzedzających je sparingach, kazało dawać Probierzowi kredyt zaufania i pozwolić na potraktowanie rozgrywek Ligi Narodów jako czasu na eksperymenty przed eliminacjami mistrzostw świata – czasu na wyselekcjonowanie ludzi świadomych tego, po co pojadą do USA; na doprowadzenie do końca wymiany pokoleniowej.
Przed golem Zalewskiego był pressing
Warszawski remis z Chorwacją sprawił, że oprocentowanie tego kredytu stało się korzystniejsze. I nie chodzi nawet o wynik, o odrobione straty czy naprawione błędy po tej kilkuminutowej katastrofie, w trakcie której goście strzelili trzy bramki (za pierwszą, fenomenalne uderzenie Sosy, trudno kogokolwiek winić).
Chodzi o tych całkiem sporo fragmentów spotkania, podczas których można było mieć poczucie, że piłkarze wiedzą, którędy we współczesnym futbolu wiedzie droga do sukcesu. O wysoko ustawioną linię obrony. O pressing, utrudniający Chorwatom cierpliwe rozgrywanie piłki. O doskok do ich bramkarza i obrońców, o wymuszanie błędów. Zanim w 44. minucie Zalewski po akcji Kamińskiego i kapitalnym zgraniu leżącego już na ziemi Zielińskiego zdobył gola na 2:3, Polacy przez kilkanaście sekund uganiali się za Chorwatami na ich połowie. To po prostu musiało się skończyć przejęciem piłki.
W taki właśnie sposób spotkanie się również zaczęło. Piłkarze Probierza od pierwszych sekund ruszyli na rywali, uganiając się za nimi jak ochroniarze za wbiegającymi na boiska całego świata fanami Ronaldo. W piątej minucie odbiór wysoko podchodzącego Bednarka umożliwił coraz zuchwalej radzącemu sobie w tej drużynie Urbańskiemu szybką kombinację z Zielińskim, zakończoną golem tego ostatniego.
Chorwaci mieli kłopoty z upilnowaniem dryblującego na lewej stronie Zalewskiego, z ruchliwością polskich pomocników, z naciskającym ich obrońców Świderskim. Przypadkowy, acz piękny gol Sosy pozwolił im odzyskać rezon, później nastąpiła owa kaskada pomyłek, po której komentatorzy TVP zaczęli już wygłaszać ponure podsumowanie w stylu wczesnego Dariusza Szpakowskiego, jednak udana seria skoków pressingowych pozwoliła Zalewskiemu strzelić wspomnianą bramkę kontaktową – a nam wszystkim odzyskać poczucie, że w tym meczu jeszcze niejedno może się zdarzyć.
Laga na Robercika i inne polskie atuty
I faktycznie się zdarzyło. Chorwaci po przerwie mieli wprawdzie inicjatywę: zaczęli dominować, stwarzać sytuacje, groźnie strzelać, zmuszać Bułkę do serii dobrych interwencji, ale po godzinie gry Michał Probierz dokonał trzech zmian. Na boisku pojawił się m.in., nieobecny w pierwszym składzie z powodu lekkiego urazu Lewandowski – przyjął dalekie podanie od Piątkowskiego (laga na Robercika zawsze na propsie…), zastawił się i wyłożył piłkę Szymańskiemu, który doprowadził do wyrównania.
Późniejsza czerwona kartka za wejście Livakovicia w polskiego kapitana pozwoliła nie martwić się o jeszcze jedną katastrofę w defensywie, a nawet nieśmiało myśleć o przebiciu sufitu, jakim byłaby wygrana z jedną z czołowych drużyn Europy. Czy napisanie, że nie udało się „jeszcze tym razem”, jest już nadmiarem optymizmu?
Zapewne: istnieją trenerzy, którzy w meczu z Chorwacją postawiliby na murowanie bramki, nisko ustawioną defensywę, szybkie kontry i szukanie szans ze stałych fragmentów gry (inna sprawa, że u Probierza również potrafiliśmy je wykonywać...). Nie jest to jednak gra odpowiadająca aspiracjom zarówno polskich kibiców, jak – co ważniejsze – polskich piłkarzy. W meczu z Chorwatami znów zobaczyliśmy ludzi, którzy chcą i potrafią grać w piłkę, a jeśli popełniają błędy, to z wiarą, że za cenę wysiłku można je wyeliminować.
Nie od razu reprezentację zbudowano
„Polska wyszła z twarzą, twarzą Urbańskiego” – napisałem w trakcie mistrzostw Europy i teraz miałbym ochotę powtórzyć te słowa, mając w pamięci nie tylko, jak pomocnik Bologni rozgrywał piłkę z Zielińskim czy Zalewskim, ale też jak uprzykrzał życie Modriciowi i jak w końcówce próbował samemu zdobyć czwartą bramkę. Ale, co równie ważne, uzupełniłbym tę frazę jeszcze o parę nazwisk, choćby Piątkowskiego, którego wejście na boisko pozwoliło ustabilizować grę obronną. Do tego, że Zalewski jest dla reprezentacji Probierza postacią pierwszoplanową, zdążyliśmy się już chyba przyzwyczaić, podobnie jak do Zielińskiego w roli lidera środka pola.
Hejterom z mediów społecznościowych powiedziałbym więc: dajcie selekcjonerowi jeszcze popracować. Nie skreślajcie Oyedele po godzinie gry z Portugalią, bo pół godziny z Chorwacją chyba wasze krytyki osłabiło. Wyobraźcie sobie plac budowy, na którym z daleka widać jeszcze sporo głębokich wykopów, ale kiedy podejść bliżej, da się w nich zauważyć wylane fundamenty. Termin oddania inwestycji to 2026 rok. Cierpliwości.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















