Polska bez stosów

Po takim meczu wypada jednak powiedzieć „dziękuję”. I trochę też „przepraszam”. Polska zremisowała z Hiszpanią i wciąż jeszcze ma o co grać na tych coraz piękniejszych mistrzostwach Europy. A my -...

Reklama

Polska bez stosów

Polska bez stosów

20.06.2021
Czyta się kilka minut
Po takim meczu wypada jednak powiedzieć „dziękuję”. I trochę też „przepraszam”. Polska zremisowała z Hiszpanią i wciąż jeszcze ma o co grać na tych coraz piękniejszych mistrzostwach Europy. A my - zamiast rozmawiać o charakterze narodowym, wstawaniu z kolan, husarii i tym podobnych, możemy w końcu rozmawiać o futbolu.
Mecz Hiszpania-Polska, Sewilla, 19 czerwca 2021 r. / Fot. Andrzej Iwańczuk / Reporter / East News
N

Najpierw spróbowałem zapomnieć, że oglądam Polaków. Zresetowałem cały ten bagaż, powodujący, że tak wielu z nas przeżywając mecze reprezentacji oczami wyobraźni widzi jakieś wraże wojsko szturmujące jasnogórskie mury albo słyszy szumiące pod Kircholmem skrzydła husarii. Powiem to na początku i później już do tego nie wrócę, obiecuję: kiedy Jan Bednarek przywołał tę ostatnią w trakcie przedmeczowej konferencji prasowej, przeszedł mnie dreszcz przerażenia, potem zachciało mi się śmiać, jeszcze później przypomniałem sobie te wszystkie bitwy, w których konie grzęzły na grząskiej murawie, a jeźdźcy mieli zbyt krótkie kopie, a w końcu jednak zadumałem się nad tym, jak głęboko to wszystko tkwi w naszej podświadomości - jak widać nie tylko wśród ludzi mojego pokolenia i starszych, ale także wśród biegających za piłką dwudziestoparolatków.

Kultura przeszłości i mecz przyszłości

Co zobaczyłem, oprócz oczywiście - to również wypada powiedzieć na początku - mającej swoje problemy, przede wszystkim ze skutecznością (karny Moreno! dobitka Moraty!) Hiszpanii, uprawiającej ten rodzaj tiki-taki, o której Pep Guardiola po przyjściu do Bayernu mówił, że jej nienawidzi i definiował jako posiadanie piłki dla samego posiadania? Otóż zobaczyłem drużynę mającą swoją koncepcję gry, której trzymała się konsekwentnie nawet w sytuacji, gdy musiała gonić wynik. Drużynę, która nie tylko nie przestraszyła się faworyzowanego rywala: która od pierwszej do ostatniej minuty próbowała doskakiwać do każdego kolejnego hiszpańskiego zawodnika, jemu nie pozwalając nabrać tchu przy piłce, a grze jego kolegów - nabrać płynności. Drużynę, która naciskała, odbierała piłki już na połowie Hiszpanów, robiła wślizgi, nie bała się wchodzić w starcia, ale zarazem nie traciła zimnej krwi na tyle, by dokończyć spotkanie w jedenastu. Która (dodajmy, zważywszy na pewien szczególnie absurdalny wątek krytyki, jaka spadła na Polaków po porażce ze Słowacją) wytrzymała mecz kondycyjnie - w czym wydatnie pomogły zresztą dokonywane przez Paulo Sousę zmiany.


Czytaj także: Michał Okoński: Mecz idealny


Kiedy portugalski selekcjoner Polaków mówił przed spotkaniem z Hiszpanami na łamach „El Pais” o tym, że nad Wisłą usiłuje zerwać z piłkarską kulturą przeszłości; że chce stworzyć zespół dominujący i potrafiący utrzymać się przy piłce także dlatego, że właśnie z piłką przy nodze piłkarz się rozwija; że zawodnik nie stanie się lepszy tylko się broniąc albo kontratakując - nie sposób było mu nie przyklasnąć. Jedyne, nad czym można się było zastanawiać, to czy czasu nie miał zbyt mało albo czy, zważywszy na to ograniczenie, nie próbował zmienić zbyt wiele, i tak ostatecznie - zwłaszcza w kontekście kontuzji Milika - będąc zmuszonym do improwizowania z taktyką i doborem składu. Ze Słowacją te improwizacje się nie powiodły: podobnie jak w sparingach i mimo obiecującego początku indywidualne błędy musiały rzutować na ocenę całości. Z Hiszpanią jednak w końcu wszystko wskoczyło na swoje miejsce, a symbolem tego, o czym mówił Sousa, była oczywiście akcja bramkowa.

Odwaga i szczęście

Większość opisujących ją dziennikarzy skupia się na strzelcu gola, Robercie Lewandowskim. Podkreśla, że to był jego moment; że w końcu pokazał klasę w wielkim turnieju, zdobywając bramkę, która naprawdę zaważyła na tym, iż Polacy mają jeszcze o co grać. Chwali siłę i precyzję; chwali sposób, w jaki snajper Bayernu unieszkodliwił próbującego go kryć Laporte. Ale przecież zanim Lewandowski mógł wybić się w powietrze, popracowała cała drużyna: to nie był desperacki zryw albo kontra, tylko przygotowany atak pozycyjny, w którym Moder odważnie uwolnił się spod opieki Pedriego i Moraty, zagrał do Klicha, ten zaś odegrał na skrzydło do Jóźwiaka i dopiero wtedy polski wahadłowy mógł dośrodkować na głowę swojego kapitana. To tę odwagę Modera należałoby zauważyć i docenić w pierwszej kolejności. To, że nie próbował schować się na boisku, że nie zasłonił się podaniem do najbliższego albo wycofaniem piłki na własną połowę, tylko podjął ryzyko, które się opłaciło.

Ale okazji Polaków było w tym meczu więcej. Zaatakowali wszak od początku, a w trzeciej minucie, po stracie Moraty, mogli mieć karnego za faul na Zielińskim. W szóstej z dystansu uderzał Klich. Już po golu dla Hiszpanów Lewandowski dośrodkował z prawej strony, a Świderski zdecydował się na akrobatyczną próbę sięgnięcia piłki nogą zamiast próbować uderzenia głową - była 35. minuta, a osiem minut później piłkarze Sousy odebrali piłkę Hiszpanom po raz kolejny i wypracowali obu swoim snajperom doskonałą okazję, w której Świderski trafił w słupek, a dobitkę Lewandowskiego zatrzymał bramkarz Simon. Zaiste: przy całej przewadze w posiadaniu piłki Hiszpanów nie był to bynajmniej mecz do jednej bramki.


Czytaj także: Michał Okoński: Serce do gry


Oczywiście szczęścia także było w tym meczu co niemiara - choćby wtedy, kiedy w 79. minucie Wojciech Szczęsny niemal wypuścił prostą piłkę pod nogi Ferrana Torresa i podczas późniejszego zamieszania, o rzucie karnym dla Hiszpanów nie wspominając. W 84. minucie szczęściu pomógł także polski bramkarz, zatrzymując uderzenie Moraty. Później jednak - znów kłania się odwaga - Jóźwiak potrafił wyjść spod pressingu rywala na naszej połowie i rozpocząć akcję podaniem zamiast desperackim wykopem, ba: miało się wrażenie, że kolejne wślizgi i pressing reprezentacji Polski w końcówce służą przygotowaniu akcji, która może się skończyć zdobyciem zwycięskiej bramki.

Robert i jego drużyna

Ostatecznie Polacy zremisowali i mają o co grać w ostatnim meczu ze Szwedami. Paulo Sousa przekonał nie tylko ich, ale także nas, że nadal warto wierzyć w marzenia. On również zresztą wykazywał się odwagą, choćby wprowadzając w miejsce rutynowanego i mającego za sobą świetny sezon w Premier League Klicha siedemnastoletniego zaledwie pomocnika szczecińskiej Pogoni Kozłowskiego, albo wystawiając od pierwszej minuty Świderskiego (jak on pracował, na całym boisku, nie tylko w ofensywie, uganiając się za Rodrim - jeszcze na chwilę przed zejściem z boiska, przerywał akcję Hiszpanów wślizgiem…).

Na taki mecz czekaliśmy. Na mecz, po którym zamiast o narodowym charakterze, możemy rozmawiać o futbolu. O jakości pressingu, szybkości doskoku, umiejętności wyprowadzenia piłki pod presją ze strony rywala. O świetnej grze Lewandowskiego - nie tylko strzelca bramki, ale także zawodnika, który wielokrotnie odciążał drużynę utrzymując na moment futbolówkę przy nodze, przeprowadzając kilkudziesięciometrową szarżę albo po prostu zastawiając się tak skutecznie, że jedyną odpowiedzią Hiszpanów mogło być tylko kopanie go po kostkach. O ofiarności Glika, ale też o bardzo dobrym występie Bereszyńskiego, niezależnie od tego, że przy golu Moraty nie zdążył w porę cofnąć stopy i złapać zawodnika Juventusu na spalonym.

Pisałem przed tym meczem, że chciałbym zobaczyć w Sewilli Polaków grających jak Dania, Walia, Szkocja czy Węgry. Z wielkim sercem i bez nadmiernego szacunku dla rywala. Z poświęceniem w obronie. Z solidarnością wewnątrz drużyny. Przyznam, że zobaczyłem to wszystko (nawet w końcówce kocioł w polu karnym Szczęsnego był jakoś porównywalny z tym, jaki zrobili dzień wcześniej Szkoci z Anglikami…), ale zobaczyłem coś więcej. Potwierdzenie wpajanego przez Sousę piłkarzom od początku przekonania, że także nad Wisłą możliwa jest kulturowa zmiana. Że mogą o meczach reprezentacji rozmawiać językiem nie tylko spójnym z tym, którym operują na codzień ich klubowi szkoleniowcy, ale także będącym na miarę wyzwań, jakie stawia im współczesny futbol. Bez puszczanych na odprawach przedmeczowych (zdarzało się nawet w nieodległej przeszłości…) scen batalistycznych z „Krzyżaków” czy innych „Czterech pancernych”). Bez nakładania na siebie presji innej niż ta, która wiąże się z realizacją własnych marzeń i ambicji.


Czytaj także: Michał Okoński: Mistrzostwa zmęczonych


To ważny aspekt sprawy, często zapominany przez tych uczestników polskiej debaty publicznej, która w Lewandowskim i jego kolegach widzi po prostu świetnie zarabiających i obnoszących się ze swoją zamożnością (och, te luksusowe zegarki…) celebrytów. Otóż gra dla reprezentacji dla żadnego z nich nie jest kwestią pieniędzy i sławy, a zwyczajnego spełnienia chłopięcych marzeń, w których koszulka z orzełkiem na piersi odgrywała rolę niebagatelną. W tym sensie naprawdę nic nie różni kapitana Polaków od kapitana Walijczyków: choć Gareth Bale, zdobywca Ligi Mistrzów, najdroższy niegdyś piłkarz świata, cieszy się wciąż astronomicznym kontraktem w Realu Madryt i w zasadzie mógłby oddać się zasłużonemu wypoczynkowi na polu golfowym, to przecież kolejny raz przyjechał na kadrę, wziął udział w zgrupowaniu, a potem dał z siebie tyle, ile mógł - ani więcej, ani mniej. Bo mu zależało, bo cieszyło go to, że reprezentuje swój kraj, bo frajdę sprawiało mu bycie częścią tej grupy zawodników.

Piłkarze i chórek

To ostatnie wydaje się również istotną kwestią - i pomeczowy krąg, utworzony na boisku przez drużynę świadczy o tym równie dobitnie, jak osławiona przedmeczowa kolacja w Gdańsku, w trakcie której miało dojść do wyczyszczenia głów po klęsce ze Słowacją. Spisywani na straty, wyśmiewani przez aż zbyt dobrze znajomy chórek, ogłaszający wszem i wobec, że (cytuję słowa pana Muńka Staszczyka po porażce ze Słowacją) ma dość patrzenia na tych nieudaczników i frajerów - pokazali, że nie są nieudacznikami i frajerami. Nigdy zresztą nimi nie byli, Szanowny Panie Muńku. Kapitanem tej drużyny jest może najlepszy w ubiegłym roku piłkarz, a z pewnością najlepszy napastnik świata. Rozgrywającym - jeden z najlepszych kreatorów gry w Serie A. Bramkarzem - mistrz Włoch. Wyliczankę mógłbym kontynuować, gdyby nie było mi szkoda czasu na pisanie oczywistości.


Polecamy: Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w specjalnym serwisie "Tygodnika Powszechnego"


Zgoda: w reprezentacji swoją jakość udowadniali rzadko - ale nie wykluczam, że jedną z przyczyn uwierzenia w propozycję tak radykalną jak ta Paulo Sousy była owa toksyczna więź łącząca ich z kibicami; świadomość, że oto cały naród wiąże z nimi wszystkie niemożliwe do zaspokojenia gdzie indziej fantazje, tylko po to, żeby chcieć spalić ich na stosie przy pierwszym potknięciu. Patrząc z tej perspektywy również wypada mówić o szczęściu - i nie chodzi tylko o to, że po porażce ze Słowakami wiele się już po nich nie spodziewano. W ogóle tym razem zainteresowanie mistrzostwami Europy było na tyle mniejsze, że naprawdę mogło się się przełożyć także na zmniejszenie odczuwanej przez zawodników presji - nieporównywalnej z czasami, gdy telewizje informacyjne na żółtych paskach donosiły, że zechcieli zjeść śniadanie. Żadne medium nie zajmowało się całą dobę tak zwanym pompowaniem balonika. Żaden polityk czy celebryta nie próbował się z reprezentantami Polski fotografować. Żaden lider opinii nie wciągał ich w nasze spory - na całe szczęście zresztą, bo choć sam pewnie wolałbym czasem, by głos naszych piłkarzy w kwestiach dotyczących równości czy praw człowieka był równie donośny jak ich kolegów z klubów, które reprezentują na codzień, to przecież sam widzę, że jednym z przekleństw dzisiejszych czasów jest to, że wszyscy muszą natychmiast mieć mocną opinię na każdy temat. Otóż nie muszą - i sam od chwili zawału Christiana Eriksena uczę się raczej niewydawania pochopnych sądów, kto i co powinien był zrobić, i niejednego napisanego już twitta po chwili refleksji wykasowałem.

Pilch i Polacy

Może trudno się zresztą tej emocji dziwić. Istotą piłki nożnej nie jest ani mistrzostwo, ani wicemistrzostwo Europy, można by przecież napisać na koniec, tylko trochę parafrazując pierwsze zdanie jednego z felietonów Jerzego Pilcha. „Nie jest nią historia rozgrywek, ewolucja przepisów, przebieg turniejów - ciągnął nieodżałowanej pamięci autor „Wielu demonów”. - Nie są nią legendarne mecze, atomowe strzały, fenomenalne zagrania. Nie są nią niebywale zdobyte albo niebywale puszczone (he, he, he) bramki”. Od razu mówię: wyliczenie zaledwie tu zasygnalizowane, u Jerzego trwało bite pięć akapitów, zawierających zdania tak mocne jak te, że istotą nie jest także trzepot piłki w bramce czy poczucie niebywałej harmonii, gdy piłka siądzie na nodze. Nawet mityczne obrazy dzieciństwa, choć są istotą rzeczy, nie są istotą piłki.

Istotą piłki jest bowiem, nie tylko zdaniem Pilcha przecież, pytanie „jak wypadną nasi?”. Pytanie unoszące się nad naszą umęczoną ojczyzną z nową nadzieją od chwili wymiany trenera. Pytanie nietracące na aktualności przed i w trakcie każdego sparingu, w którym ją poprowadził. Pytanie nabrzmiewające z wielką siłą przed rozpoczęciem Euro, z kulminacją podczas ostatnich godzin przed pierwszym meczem, o którym Pilch zawsze zresztą powtarzał, że nie powinien być zbyt dobry, bo na turniejach ci, którzy zaczynają z rozmachem, z rozmachem również kończą. Pytanie powracające także po tym, jak ten pierwszy mecz, by użyć piłkarskiej nowomowy, ewidentnie się nam nie ułożył. Pytanie zadawane z goryczą, zwłaszcza kiedy się patrzyło, że Szkot, Walijczyk czy Węgier potrafi, a potem z odradzającą się po raz kolejny (doprawdy: kibicowanie to przypadłość nieuleczalna) nadzieją - nadzieją, która przed kilkoma godzinami zwyczajnie się spełniła.

Jak wypadli nasi? Otóż, kochany Jerzy, wypadli dobrze.


Eurodostęp 2021 - oferta specjalna
https://www.tygodnikpowszechny.pl/sklep
Eurodostęp 2021 - oferta specjalna

Kup roczny dostęp do strony TygodnikPowszechny.pl i odbierz w prezencie książkę Michała Okońskiego "Światło bramki". Nie czekaj, oferta ograniczona! Sprawdź →

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Dziękuję za tę perspektywę spojrzenia na ten mecz. Niech dzieje nowe

Występy polskiej reprezentacji na turniejach międzynarodowych oglądam od 1986 r. Wg mnie to był najgorszy mecz Polaków pod względem stylu i umiejętności. Mój stopień zażenowania szybko osiągnął zenit w trakcie meczu i potem już tylko śmiałem się z meczu, nawet po tym jak wyrównaliśmy. Nasi potykali się o piłkę i przewracali. Filozofia gry to było dojście do piłki i wykopanie do przodu pod wszystkimi możliwymi kątami. Jak się nie udało dojść do piłki, to przynajmniej udawało się sfaulować przeciwnika. Ten wynik to chyba wymodlony cud. Polacy tak zdemoralizowali swoim poziomem mecz, że mimowolnie Hiszpania dostosowała się do niego, co zaowocowało fatalnym wykonaniem karnego. Najbardziej się śmiałem, jak po meczu polski piłkarz chciał powiedzieć, co było kluczowe w polskiej grze dla wyniku i zaciął się, bo naprawdę i szczerze nie bardzo wiedział co powiedzieć. Memy dzisiejsze i komentarze prasowe nie wyłączając niniejszego to wyraz zupełnego odlotu, jaki dał wynik. Prawda jest taka że gra był zła, bardzo zła, tylko wynik dobry. Jak może rozwijać się polska piłka przy takiej ślepocie albo braku szczerości? Skoro nasza filozofia i zachwyt określa się w wynikach, a nie stylu piłki, to nie dziwcie się, że polskie drużyny klubowe nie istnieją w Europie, a reprezentacja męczy się beznadziejnie w grupowych meczach. W tym meczu z Hiszpanią nie byliśmy rywalem, tylko przeszkodą dla przeciwnika. 1:1, więc - Polacy nic się nie stało, jesteśmy w grze. Na zdrowie!

35 lat zatem poszło, jak krew w piach :) Bylo to jedno z najlepszych spotkań Polaków, jakie widziałem, w końcu grali w piłkę zamiast nastawiać się na kontry, w koncu, tak samo jak zresztą ze Słowacją, zakładano wykorzystanie ich indywidualnych, niemałych przecież umiejętności, i zespolenie tego w jeden spójny organizm. Wiadomo że wyniki nie zawsze idą w parze ze stylem, ale w grze reprezentacji widać było w tych dwóch meczach w końcu jakiś zamysł, współpracę, konsekwencję i niezachwianą wiarę w to, że się uda. Dla mnie kadra Paulo Sousy jest w końcu miłą odmianą od tych naszych cebulowo-buraczanych zespołów grających na aferę, prowadzonych przez reprezentantów polskiej myśli szkoleniowej, o ile takie coś w ogóle istnieje.

Nie mieszajmy w to Boga ale przecież sprawił, że Krychowiak wreszcie nie szkodził drużynie idiotycznymi prowokacjami, udawaniem fauli żeby tylko szybko się przewrócić. Oby Opaczność dalej nas nie opuszczała; widząc go na ławce wśród kibiców odetchnąłem głęboko.

Nie zgadzam się z Robertem Forysiakiem. Jasne, że nie graliśmy jak Włosi czy Francuzi i pewnie długo, jeśli kiedykolwiek, tak grać nie będziemy. Warto jednak docenić zaangażowanie naszych zawodników, które zaowocowało kilkoma groźnymi sytuacjami pod bramką Hiszpanów, a nawet jednym wypracowanym, a nie przypadkowym golem. Graliśmy jak solidny, europejski średniak. Z innym europejskim solidnym średniakiem Szwecją mamy szanse skutecznie powalczyć o zwycięstwo.

Grali ambitnie, walczyli na całym boisku. Najważniejsze, mecz ze Szwedami, będzie nie tylko meczem o honor, lecz o wszystko. I to wszystko, będzie w naszych a nie obcych rękach. To zdecydowana różnica w stosunku do tego co dawniej bywało.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]