Po finale mundialu 2026: krajobraz z Messim i ludzie

Geniusz został zdetronizowany, a jego miejsce na futbolowych szczytach zajęła drużyna złożona z piłkarzy, z których żaden w pojedynkę nie mógłby się z nim równać. Może to wcale nie jest takie złe zakończenie?
Czyta się kilka minut
Leo Messi przygotowuje się do rzutu rożnego w ćwiercfinałowym meczu ze Szwajcarią. Kansas City, 11 lipca 2026 r. // Fot. Julian Finney / FIFA / Getty Images
Leo Messi przygotowuje się do rzutu rożnego w ćwiercfinałowym meczu ze Szwajcarią. Kansas City, 11 lipca 2026 r. // Fot. Julian Finney / FIFA / Getty Images

Im dłużej patrzę, tym bardziej mam wrażenie, że na tej fotografii zmieścił się cały świat – a czy tylko mój, to już sami sobie odpowiedzcie. 

Co widać z trybuny na amerykańskim stadionie

Że stoję gdzieś tam, w osiemnastym czy dwudziestym szóstym rzędzie, i zamiast po prostu cieszyć się chwilą – nie byle jaką, bo przecież kilkanaście metrów ode mnie Leo Messi szykuje się właśnie do wykonania rzutu rożnego – jak zwykle wgapiam się w telefon. Albo że, jak sąsiadka z krzesełka obok, próbuję ten rzut rożny sfilmować, żeby po paru godzinach z rozczarowaniem usunąć nagranie, bo jednak za daleko i gołym okiem widziałbym znacznie lepiej. 

Że się zagadałem z kumplami i przegapiam to, co się za chwilę wydarzy. Że się zapatrzyłem na lożę z celebrytami. Że czuję się trochę nie na miejscu w koszulce reprezentacji Brazylii, otoczony wianuszkiem rozśpiewanych Argentyńczyków. Że w ogóle czuję się nie na miejscu i odwróciłem się plecami do całego tego festiwalu komercji, w którym umieszczone na bilbordach reklamy – firmy zajmującej się predykcją oraz linii lotniczych petromocarstwa – nie pozwalają zapomnieć, w jakich czasach żyję.

Założyłem słuchawki, żeby choć trochę wytłumić odgłos wrzasków prowadzącego widowisko w tzw. amerykańskim stylu wodzireja. Upewniam się, czy dziecko, które tulę do piersi, zdołało zasnąć wśród harmidru, i trochę się jednak obwiniam, że je tutaj zabrałem. W żółtej kamizelce, na śmieciowej umowie, nająłem się do pilnowania porządku, ale nie mogę się doczekać, żeby wreszcie wrócić do domu, a cały ten mundial kompletnie mnie nie obchodzi. Dwa lata oszczędzałem, żeby się tu znaleźć, i ogóle nie chcę wracać do domu.

Pomyślałem sobie przed wyjściem z hotelu, że koszulką z napisem „Call someone who love” zaznaczę swoją odmienność na tle tłumu, który z tej uroczystej okazji przywdział setki koszulek z nazwiskiem „Messi” na plecach, różniących się jedynie numerem (te z dziewiętnastką są starsze od tych z dziesiątką) lub barwą (te granatowe są teoretycznie wyjazdowe i przynosiły szczęście w meczach z Anglikami). 

Mój poliestrowy trykot Argentyny, bez żadnego nazwiska na plecach i jeszcze z dwoma gwiazdkami nad logo federacji (trzecią dodano dopiero po wygranych mistrzostwach w Katarze), trzymałem w szafie specjalnie na tę okazję. Z niepokojem patrzę na czerwony szalik w rękach kibica z sąsiedniego sektora, na którym litery układają się, jeśli dobrze widzę, w słowo „Oschwitz” – ale może to jednak „Schweiz” i tylko mój zmęczony turniejem umysł z traumalandu dostrzega rzeczy nieistniejące.

Czego z mundialu nie zapomnimy

Prawdziwym bohaterem fotografii jest oczywiście najlepszy piłkarz świata, Leo Messi. 

Jako najlepszy nie domaga się bynajmniej pierwszego planu, ale (chciałoby się powiedzieć: jak w „Pejzażu z upadkiem Ikara” Breugla) nadaje sens całości kadru. Czy nadaje sens całości turnieju? Chyba jednak nie, skoro mistrzostwo zdobyła Hiszpania – i to zdobyła w pełni zasłużenie, co podkreślam, bo w świecie sportu nie bywa to wcale oczywiste. Niemniej zdjęcie to towarzyszy mi od chwili, gdy zobaczyłem je po raz pierwszy – tuż po zakończeniu ćwierćfinałowego meczu Argentyńczyków ze Szwajcarami.

Dlaczego właściwie tak się uparłem, żeby zacząć od kadru, na którym widać wyłącznie kibiców i Messiego?

Tego, że na fotografii nie zmieścili się panowie Trump i Infantino, po ostatnich tygodniach tłumaczyć chyba nie trzeba – zresztą można by pewnie twierdzić, że cień, który pada na część trybun, rzucają właśnie persony ich pokroju.

Kwestie ingerencji tego pierwszego w odwieszenie dyskwalifikacji amerykańskiego napastnika, kwestie rzekomej przerwy na nawodnienie, a faktycznie na reklamy, albo kwestie rozdęcia turnieju do granic możliwości oraz trwającego blisko pół godziny show w przerwie meczu finałowego, kwestie cen biletów (eliminujących tak naprawdę z kadru przytłaczającą większość z nas) – wszystkie one są, owszem, bulwersujące, zostały jednak gruntownie opisane. 

Chociaż tyle, że udział prezydenta USA w ceremonii wręczenia medali i pucharu zwycięzcom okazał się ostatecznie skromny – to jedno powinniśmy oddać szefowi FIFA, że zdołał Trumpa w porę ściągnąć z podwyższenia.

Opisano również nieliczne w sumie mundialowe sensacje (odpadnięcie Urugwaju Bielsy, Niemców Nagelsmanna, potem także Brazylii Ancelottiego) i zaskakująco liczne zaskoczenia na plus, np. postawę debiutantów: Curaçao, a zwłaszcza Republiki Zielonego Przylądka; imponującą grę Amerykanów, przynajmniej do momentu niesławnej ingerencji Trumpa, czy fantastyczny turniej Norwegów, zarówno na boisku, jak poza nim.

Rozpisywano się na temat zakopanych talentów Portugalii, której selekcjoner nie potrafił tego, co dla trenera Argentyny było proste jak pokrojenie antrykotu na asado: znaleźć równowagę między największą gwiazdą a resztą drużyny. Podziwiano postawę drużyn afrykańskich (do fazy pucharowej awansowało aż dziewięć, Maroko uległo dopiero Francji w ćwierćfinale). 

Z zachwytem przyjęto też fakt, że najwięksi przegrani mundialu – Francuzi z Mbappé, Dembélém, Olise, Anglicy z Kane’em, Bellinghamem, Rice’em – znaleźli niespodziewane pocieszenie w tej podwórkowej gonitwie za utraconym pięknem piłki, jaką okazał się rzekomo niechciany przez żadną ze stron mecz o trzecie miejsce.

Dlaczego finał nie był wielkim widowiskiem

Finał poprzedzającej go o dzień „terapii futbolem” (trzecie miejsce ostatecznie dała Anglikom wygrana 6:4) niestety nie przypominał. Pewnie trudno się dziwić, zważywszy nie tylko na stawkę, ale również na różnicę potencjałów i stylów Argentyny i Hiszpanii.

Ostatni mecz mundialu przedstawiano jeszcze przed jego rozegraniem w kategoriach napięcia między indywidualizmem a kolektywizmem; napięcia o tyle interesującego, że przecież rola jednostek w drużynowym sporcie, jakim jest piłka nożna, pozostaje ogromna (jak zauważył na portalu The Athletic Michael Cox, w pływaniu synchronicznym trudno jednak wyobrazić sobie noty za występ dla poszczególnych członków drużyny).

Czy geniusz Messiego mógł wystarczyć w konfrontacji z hiszpańskim systemem, który czasem określano wręcz jako... nudny – nie wszyscy wszak lubią futbol oparty na cierpliwym utrzymywaniu się przy piłce, nieustannej wymianie podań, kontrpressingu po stracie i jedynie w najlepszych momentach płynnych akcjach z udziałem całego zespołu, w których pojęcie synchroniczności wydaje się faktycznie nie od rzeczy?

Nudne to było czy nie: Hiszpanie pozostali wierni swojej tożsamości, budowanej zresztą długie lata, bo zanim trener Luis de la Fuente rozpoczął pracę z pierwszą reprezentacją, z kilkoma spośród obecnych podopiecznych wygrywał w 2015 r. mistrzostwa Europy do lat 19.

Jego zawodnicy próbowali grać w piłkę. Argentyńczycy tymczasem – kolejny raz w tym turnieju – nastawili się na przeszkadzanie. Najpierw chcieli przetrwać, a potem (po wyrzuceniu z boiska za faul na Cubarsím Enzo Fernándeza, który pierwszą żółtą kartkę dostał za podważanie decyzji arbitra) na walkę o przetrwanie skazali się sami. 

Udało im się doprowadzić do dogrywki, ale tam w końcu ulegli: po głębokim dośrodkowaniu Pedra Porro rezerwowy Nico Williams zagrał typową dla Hiszpanów, wycofaną piłkę sprzed linii końcowej do wbiegającego w środek pola karnego kolejnego rezerwowego, Ferrana Torresa – i bardzo dobrze wcześniej broniący Emiliano Martínez tym razem już Hiszpanów nie zatrzymał.

W tamtym momencie – w 106. minucie – mistrzowie Europy mieli już na koncie 20 strzałów, z czego 12 było celnych; mistrzowie Ameryki Południowej do samego końca nie oddali ani jednego celnego strzału.

Jak De la Fuente i Rodri wychowali mistrzów świata

Zdobywca najważniejszej bramki turnieju (mistrzostwa świata lubią takie historie) nie był oczywistym bohaterem. I w klubie, i w reprezentacji zarzucano mu nieskuteczność; powszechnie krytykowany, w pewnym momencie zmagał się z kryzysem psychicznym. Na mundialu, w meczach z Republiką Zielonego Przylądka i z Urugwajem, obijał raczej słupki. 

A jeśli futbolowy świat ma przypominać ten z dziecięcych albumów z kartami piłkarzy albo z dorosłych reklam, to gola na wagę złotego pucharu od FIFA powinien właściwie zdobyć Lamine Yamal; nastąpiłoby w ten sposób przekazanie pałeczki z rąk dawnej ikony Barcelony, Messiego, w ręce nowej ikony tego superklubu, Yamala właśnie.

Ale nie: jakkolwiek próbowano nam mundial pokazywać skupiając się głównie na gwiazdach, one same nie wystarczą; tu naprawdę się bez drużyny nie obejdzie.

Zanim gola na wagę mistrzostwa strzelił Ferran Torres, o awansie Hiszpanii do finału przesądził wszak prawy obrońca Porro, który ze swoim klubem o mały włos nie spadł z Premier League. Ważne bramki dla mistrzów zdobywał skazany na rolę rezerwowego Merino. Najskuteczniejszego w drużynie Oyarzabala również trudno uznawać za supergwiazdę; Yamal skończył mistrzostwa z jednym zaledwie trafieniem, a w sumie bramki dla Hiszpanów strzeliło aż siedmiu graczy. 

Tu naprawdę z „Messidependencią” – tak od lat nazywano uzależnienie reprezentacji Argentyny od Messiego – nie było porównania. Tu na sukces pracowali bramkarz i obrońcy (przez cały ośmiomeczowy turniej Hiszpanie stracili tylko jednego gola), a przede wszystkim zabiegał o niego „metronom” środka pola, interpretujący (jak sam mówił niegdyś) grę swojej drużyny Rodri. 

I, co ciekawe, przy każdym z wymienionych dotąd nazwisk można było mieć przed turniejem znaki zapytania, np. z powodu kontuzji, z którymi zmagali się w ostatnich miesiącach.

Nie wszyscy pamiętają zdanie, które o Rodrim powiedział jesienią ubiegłego roku jego trener w Manchesterze City. Kiedy hiszpański pomocnik wciąż nie dochodził do formy po wielomiesięcznej przerwie związanej z zerwaniem więzadła krzyżowego przedniego, Pep Guardiola zapewniał: spokojna głowa, na mundialu Rodri będzie gotowy.

I faktycznie był: wszędobylski i wszechogarniający boiskowe wydarzenia do tego stopnia, że miało się wrażenie, iż umieszczony w piłce czip jest zaprogramowany na odnajdywanie kapitana Hiszpanów. Pokazywał się do rozegrania obrońcom, wygrywał powietrzne pojedynki, wchodził w fizyczne zwarcia, jak trzeba, także faulował (Messiego, a jakże); na boisku był dla drużyny punktem odniesienia, tak jak poza nim był kimś w rodzaju starszego brata.

I nie, bynajmniej nie próbuję tu posługiwać się jakąś wyświechtaną metaforą: o tym, że drużyna narodowa powinna być jak rodzina, składająca się nie tyle z dobrych piłkarzy, co dobrych ludzi, Luis de la Fuente mówił regularnie; jego priorytety dobrze zresztą oddaje fraza sprzed meczu z Francuzami, że o ile oni mają najlepszych piłkarzy na świecie, to my mamy najlepszą drużynę.

Czy życie bez Messiego będzie miało sens

Wróćmy jednak do fotografii, na której samotny Messi zmierza w stronę narożnika boiska. Jest po swojemu lekko pochylony, prawą ręką odruchowo przeczesuje włosy, jakby chciał rozbudzić się ze snu. On już wie, że tym razem happy endu nie będzie?

Wspaniale było żyć w czasach Messiego – pozwalam sobie na dociśnięcie pedału patosu, mając poczucie, że jestem w dobrym towarzystwie. 

Elegijne tony towarzyszyły już występom Argentyny w Katarze, bo i wówczas się wydawało, że każdy jego mecz może być meczem ostatnim: „W dzisiejszych czasach oglądanie Messiego stało się prawie nie do zniesienia – pisał wówczas np. historyk futbolu Jonathan Wilson. – Jest taka dziedzina, którą zajmowaliśmy się, którą oglądaliśmy, o której dyskutowaliśmy i o którą się troszczyliśmy całe nasze życie; dziedzina, której oddaliśmy nierozsądnie duże obszary naszych dusz, a on jest w tej dziedzinie najlepszy”.

Ale – jak mówił sam lider Argentyńczyków – wygrywając mundial sprzed czterech lat, Messi „przeszedł tę grę”, nic już nikomu nie musiał udowadniać, w jakimś sensie grał dla przyjemności, jaką sprawiało mu i przebywanie wśród kumpli z drużyny (co zasługuje na osobny akapit, zważywszy na to, jak bardzo kumple przypominali bandę rzezimieszków), i poczucie bycia wreszcie zaakceptowanym przez rodaków, którzy uznali, że niekoniecznie musi być klonem Maradony, by mogli go uznać za swojego.

Charakteru Messiemu i pozostałym reprezentantom Argentyny oczywiście odmówić nie sposób. „Ciężko pracujący, nigdy się niepoddający, zawsze znajdujący drogę wyjścia z sytuacji, jakkolwiek wydawałaby się trudna” – tak opisywał bycie Argentyńczykiem wspomniany już bramkarz tej drużyny Martínez, a Messi dodawał – irytując zresztą władze w Buenos Aires – że Albicelestes grają dla ludzi, „którym jest ciężko, którzy nie mają pracy, nie są w stanie dotrwać finansowo do końca miesiąca i nieustannie zmagają się z codziennymi trudnościami”.

„Tym razem Anglików nie powstrzymała niczyja ręka: bóg miał nogi, głowę i pachniał smażonym mięsem” – napisałem po awansie Argentyny do finału, tłumacząc, dlaczego drużynę tę określono przed laty mianem „aniołów o brudnych twarzach” (gdy to określenie pojawiło się po raz pierwszy – po wygranej z Brazylią w finale mistrzostw Ameryki Południowej w 1957 r. – o anielskości nie było zresztą mowy). 

W tradycji Albicelestes piękny futbol często sąsiadował z antyfutbolem; jak zwykł mawiać symbolizujący ciemne oblicze tamtejszej piłki w drugiej połowie lat 60. XX w. trener Osvaldo Zubeldía, „droga do chwały nie jest usłana różami”.

Im więcej w grze Argentyńczyków na tym turnieju było prowokowania rywali, fauli z piłką i bez, tym bardziej dyskutowaliśmy o dziwnej symbiozie geniusza, który nie musi biegać szybciej niż inni, bo zanim oni zrobią krok, on już zobaczy trzy kolejne podania w meczu, z tą dziwną zbieraniną uliczników, czy raczej pasterzy z pampy.

„To było tak, jakby gauczowie z przedmieścia wspierali duchownego, który ochrzcił ich dzieci” – napisał do mnie któregoś wieczora Grzegorz Jankowicz i spodobała mi się ta fraza, bo argentyńskiemu duchownemu – niegdyś księdzu, dziś coraz częściej pastorowi – chodzi o coś więcej niż o przeżycie i nawet wyzwolenie; tu stawką są kwestie ostateczne. „W cynicznym świecie piłki (po prostu w świecie), w którym liczą się władza i pieniądze, byli gotowi zrobić dla niego wszystko, bo za jego sprawą brudne życie zdaje się nie mieć ostatniego słowa” – czytałem dalej esemesa od autora „Pojedynku wokół pustki”.

Przez pierwszy kwadrans meczu finałowego dotknął piłki raz, rozpoczynając mecz od środka. Hiszpanie nie tyle pilnowali go indywidualnie, co – jak na mistrzów także w tym fachu przystało – agresywnym pressingiem na cały argentyński zespół odcinali go od gry. Owszem, Messi w swoim stylu spacerował po boisku w poszukiwaniu wolnych przestrzeni, ale wielkość rywali polegała także na tym, że mu tych przestrzeni nie zamierzali odsłonić – nawet gdy próbował, jak w poprzednich meczach, schodzić na prawe skrzydło.

Po ostatnim gwizdku próbował powstrzymać płacz, ale w końcu – zbliżenia kamer na tegorocznym mundialu naruszały doprawdy granice intymności – zobaczyliśmy spływające mu po policzkach dwie łzy. Na fatalnej skądinąd murawie stadionu w New Jersey siedział samotnie, jak Odyseusz, który zamiast triumfu i bogactw odnalazł w swojej ostatniej podróży tylko tęsknotę i traumę. „Wypalony, sterany wyprawą, która nie przynosi mu chwały” – mówił niedawno w „TP” o bohaterze Homera Marek Węcowski, i w tym obrazie również jest wszystko.

„W »Odysei« rodzi się nowoczesna podmiotowość. Homer wie, że wobec każdego gramy inną rolę, że w środku jesteśmy kłębkiem różnych wersji samych siebie i być może do końca nie wiemy, jaka jest ostatecznie prawda o nas – napisał tu kiedyś z kolei Wit Szostak. – Możemy tylko opowiadać siebie różnymi głosami, ciągle grając w ukrycia i ujawnienia”. Oto dlaczego – nawet jeśli za Argentyną nie będę płakał, bo dawno nie widziałem tak zasłużonego zwycięstwa jak hiszpańskie – tak bardzo chciałem na koniec namalować krajobraz z Messim i ludźmi.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł