Przyznam, że w trakcie oglądania przez jakiś czas nie mogłem się zdecydować. Czy to szaleństwo w Miami było argumentem za skasowaniem meczów o trzecie miejsce, czy może przeciwnie: za ich dalszym rozgrywaniem?
Mecz, którego nikt nie chciał
Dyskusja na ten temat powraca co cztery lata – co cztery lata któryś z trenerów lub piłkarzy z zespołu liczącego na wygranie mundialu i pokonanego w półfinale wyznaje na przedmeczowej konferencji, że w ogóle mu się nie uśmiecha udział w dodatkowym pojedynku.
„Nikt z nas ani nikt z Francuzów nie chce grać w tym meczu. Chcieliśmy dotrzeć do finału” – mówił w tym roku choćby trener Anglików Thomas Tuchel, a w podobnym duchu wypowiadał się np. obrońca Francuzów Ibrahima Konaté. „Zawodnicy, sztab, media... nikt nie chce tu wystąpić ani tego relacjonować, bo z takiego starcia nie można wyciągać żadnych istotnych wniosków” – podsumowywał sprawozdawca „Le Figaro”, i w tej ostatniej kwestii miał niewątpliwie rację, bo przecież to, co obejrzeliśmy na boisku, tak naprawdę nie powiedziało nam nic ani o umiejętnościach piłkarzy, ani o taktyce ich trenerów.
Siedem zmian Anglików w porównaniu z półfinałem z Argentyną, sześć zmian Francuzów w porównaniu z półfinałem z Hiszpanią… Zagrali ci, którzy byli w stanie – fizycznie lub raczej psychicznie, bo fizycznie wydawało się, że np. Declan Rice po tak wyczerpującym sezonie powinien już naprawdę odpocząć. Niektórzy wyszli na boisko na pożegnanie lub w nagrodę za cierpliwość wykazywaną przez cały turniej.
Niektórzy świadomie wybrali odpoczynek, wiedząc, że już za kilkanaście dni będą musieli wrócić do klubów: rozgrywki ligowe w większości europejskich krajów startują w sierpniu. Niektórzy w ciągu kilkudziesięciu godzin zwyczajnie nie zdołali przepracować tego, co się stało w ciągu kilkunastu minut poprzedniego spotkania; minut decydujących o tym, że coś, o czym marzyli może całe życie – a na pewno do czego świadomie przygotowywali się przez kilkanaście miesięcy – oddaliło się, dla niektórych z pewnością na zawsze.
Samo komponowanie składów było więc raczej z porządku meczu towarzyskiego niż starcia o medal mistrzostw świata.
Anglicy: jedenaście złamanych serc
O stanie emocjonalnym, w jakim Anglicy przystępowali do spotkania z Francuzami, najwięcej powiedział zresztą krótki wywiad jednego z członków ich sztabu szkoleniowego, Anthony’ego Barry’ego, udzielony w przerwie telewizji BBC.
Jego podopieczni prowadzili wówczas 4:0, a asystent trenera Tuchela był w zasadzie bliski łez. Próbował powiedzieć, że jest bardzo dumny ze swoich piłkarzy. I że musimy być świadomi, że patrzymy na biegających po boisku jedenastu chłopaków ze złamanymi sercami. Konwencja rozmowy, odbywanej w przelocie, po drodze do szatni, sprawiła szczęśliwie, że nie zdążył się całkowicie rozkleić.
Tak, tu naprawdę nie chodziło o taktykę, ustawienie, pamięć o kryciu przy stałych fragmentach gry, współpracę między formacjami, ograniczenie przestrzeni rywalom, wiedzę o tym, jak się wyłącza z gry Mbappé, a jak Sakę itd. – chodziło o to, by złamane serca mogły w jakiś sposób rozpuścić swój ból.
Francuzi: wymiany ciosów, wymiany koszulek
W normalnych warunkach oczywiście: fakt, że jakaś drużyna wychodzi na boisko zdekoncentrowana do tego stopnia, iż pozwala sobie na łatwą stratę w środku pola (Doué pozbawiony piłki przez Rice’a), której konsekwencją jest utrata bramki w trzeciej minucie, potem zagapia się przy rzucie rożnym (Rabiot odpuszcza krycie Konsy), a potem komicznie broni się przy kontratakach (no dobrze, asysta Ezego przy drugiej bramce Saki była przedniej urody…), byłby przedmiotem wściekłych analiz relacjonujących jej występy ekspertów. Analogicznie eksperci opisujący zespół, który prowadził do przerwy 4:0, ale potem trwonił przewagę, bo rywale doprowadzali do stanu 4:3 i 5:4, również nie zostawiliby na nim suchej nitki.
W meczu Anglia-Francja nikt się tym jednak nie przejmował. W przerwie Mbappé wdał się w kurtuazyjną pogawędkę z prowadzącym go niegdyś w Paryżu trenerem Tuchelem, a znający się na co dzień z występów w klubach Premier League, Realu (Bellingham z tymże Mbappé) lub Bayernie (Kane z Olise i Upamecano) uzgadniali, kto z kim będzie się wymieniał koszulkami.
A potem Francuzi zaczęli rewanżować się Anglikom za ciosy z pierwszej połowy: odbierali im piłki, atakowali z rozmachem, strzelali przepięknie – w zasadzie tylko kiepsko ustawionemu akurat tego dnia celownikowi Olise (a może jednak wejściu z ławki Bellinghama?) zawdzięczamy fakt, że nie doszło ostatecznie do dogrywki.
Dziesięć goli Mbappé, drugi medal Anglików: co tu się wydarzyło
Ale jako się rzekło: czuję jakiś opór przed opisywaniem tego meczu w kategoriach czysto piłkarskich. Kto widział, ten wie, co tam się wydarzyło – a kto nie widział, tego nie przekonają opisy kolejnych bramek (ten Bellingham, dryblujący jak w grze komputerowej!, Mbappé rozumiejący się z Olise wręcz telepatycznie!), kapitalnych interwencji (ten Henderson, który i tak wpuścił cztery gole!) czy efektownych sztuczek ofensywnych graczy obu drużyn (ten Rashford, zakładający siatkę rywalowi w pierwszej połowie!).
Tam się wydarzyło coś innego niż śrubowanie snajperskiego rekordu Mbappé (dziesięć goli w jednym turnieju) czy zdobycie przez Anglię drugiego medalu w historii jej występów na mundialu. I jedni, i drudzy (a dzięki temu i my wraz z nimi) mieli w trakcie tego szalonego meczu niekłamaną radość z grania. Taką, która pozwala leczyć rany.
Przedostatni mecz: jaka szkoda, że mundial się kończy
I przyglądając się przedostatniemu meczowi mundialu z tej perspektywy, trzeba odpowiedzieć: tak, spotkania o trzecie miejsce trzeba rozgrywać. To przecież było jak sesja terapeutyczna, podczas której nieoczekiwanie dociera się do samego sedna.
Jednym z fundamentów procesu terapeutycznego jest powrót do dzieciństwa, a podejrzewam, że właśnie w dzieciństwie tych przemęczonych sezonem i rozbitych półfinałową klęską zawodników kryje się najgłębsza motywacja, popychająca ich niegdyś w kierunku piłki nożnej.
Może doświadczyli czegoś istotnego oglądając swój pierwszy mundial w telewizji, zachwycając się golami tak pięknymi jak trafienia Rice’a, Mbappé, Dembélé czy Bellinghama, ale częściej pewnie wychodząc na podwórko, żeby pokopać z kolegami. Wtedy również padał gol za golem, nikogo nie krępowały instrukcje trenerskie czy presja wyniku. I wtedy również zdarzało się, że obie strony potrafiły schodzić z boiska z podniesionym czołem, gadając o tym, czego właśnie doświadczyły, już bez podziału na to, kto przed chwilą grał po jednej, a kto po drugiej stronie.
Lacroix, Upamecano, Guéhi, Mateta, Eze, Chalobah i Saka po zakończeniu spotkania o trzecie miejsce utworzyli zresztą wspólny modlitewny krąg – ale o tym, dlaczego mundial w USA, Kanadzie i Meksyku okazał się najbardziej religijnym w historii, spróbuję chyba napisać innym razem.
Na razie mam ochotę pójść w ślady monstrualnie skądinąd pracowitego podczas kończącego się dziś mundialu trenera i dziennikarza TVP Michała Zachodnego, który na sam koniec tego szaleństwa, mimo zmęczenia miesiącem nieprzespanych nocy, napisał na portalu X: „Aż się chce wziąć piłkę pod łapę i ruszyć na orlika”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










