Znaki zapowiadające katastrofę widzieliśmy od dawna, może nawet od pierwszych chwil, gdy ów dziwny chłopiec ze znakomitej rodziny (brat Marcelo Bielsy był ministrem spraw zagranicznych Argentyny, siostra - zastępczynią gubernatora prowincji Santa Fe, w bibliotece dziadka znajdowało się kilkadziesiąt tysięcy książek, które zresztą namiętnie pochłaniał) postanowił poświęcić się karierze trenerskiej.
Gdy trener mówi "jestem toksyczny"
Być może był też czas, by jej zapobiec, np. w listopadzie 2025, po tym, jak przygotowywana przez Marcelo Bielsę do mistrzostw świata reprezentacja Urugwaju przegrała 5:1 towarzyski mecz z USA. „Zawsze używam jednego słowa: jestem toksyczny. Obcowanie ze mną pogarsza sytuację tych, którzy są ze mną związani” - tłumaczył selekcjoner Urugwajczyków z tyleż charakterystyczną dlań, co porażającą w medialnym świecie szczerością swoje trudne relacje z powierzonymi mu piłkarzami.
„Tak, toksyczny” - mówił dalej, nie tyle widząc zdziwienie w oczach pytających, co raczej odgadując ich myśli, bo w rozmowach z dziennikarzami rzadko podnosi wzrok i nawet jego najsłynniejsze, oficjalne zdjęcie z przedmundialowej sesji dla FIFA przedstawia mężczyznę stojącego nieruchomo jak posąg, wpatrzonego w podłogę i odmawiającego spojrzenia w obiektyw.
„Są ludzie toksyczni - kontynuował. - Tacy, którzy widzą wyłącznie błędy, nieustannie poprawiają, wymagają, nigdy nie są z niczego zadowoleni. Tacy, którzy chcą rozmawiać tylko o pracy, którzy idą na kolację i biorą ze sobą gazetę czy notatnik, żeby nie musieć integrować się z innymi i rozmawiać o rzeczach odciągających ich od pracy. Ja przeżywam to jak pewnego rodzaju karmę. To zachowanie bierze się ze strachu. Człowiek nie cieszy się zwycięstwem - dużo bardziej boi się porażki, niż cieszy z wygranej”.
Gdy Bielsa brzmi jak Norwid
Skurcz krtani, z jakim słuchało się tych słów, przypominał tamten licealny, podczas pierwszej lektury „Mojej piosnki [I]” Norwida: „Źle, źle zawsze i wszędzie. / Ta nić czarna się przędzie: / Ona za mną, przede mną i przy mnie, / Ona w każdym oddechu, / Ona w każdym uśmiechu, / Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie…”. Bo czy ktoś spętany „nicią czarną” może w dzisiejszych czasach przewodzić grupie piłkarzy? Czy ktoś taki może pracować z reprezentacją kraju w warunkach wielkiego turnieju, czyli w warunkach trwającego długie tygodnie de facto skoszarowania, nawet jeśli odbywanego w dość luksusowych warunkach?
Ci, którzy od lat śledzą karierę trenerską 70-letniego Bielsy, podkreślają, że kiedy pracował w klubach, powierzeni mu zawodnicy mieli jednak możliwość wytchnienia od narzucanej przez szkoleniowca intensywności, po kilku godzinach treningu wracając do domów - na mistrzostwach świata i w trakcie przygotowań do nich, są zaś skazani na przybywanie w jednej przestrzeni z dążącym do perfekcji obsesjonatem 24 godziny na dobę. „Nie czuję, że zostałem całkowicie zaakceptowany przez tę grupę. To nie znaczy, że nie ma szacunku, ale nie udało mi się stworzyć więzi, którą chciałbym mieć” - mówił wtedy w listopadzie, nie uchylając się oczywiście od odpowiedzialności za sytuację: „Jeżeli grupa nie funkcjonuje tak, jak powinna, pierwszą osobą odpowiedzialną jest trener”.
Dlaczego Guardiola i De la Fuente przerośli swojego mistrza
O odpowiedzialności mówi również teraz, po sensacyjnym odpadnięciu Urugwaju z mistrzostw świata: porażkę z jednym z faworytów turnieju, Hiszpanią, można było przewidzieć jeszcze przed jego rozpoczęciem, ale remisy z Arabią Saudyjską i Wyspami Zielonego Przylądka były z perspektywy kibica piłkarskiego, oglądającego urugwajskich piłkarzy w wielkich europejskich klubach (Valverde: Real, Araujo: Barcelona, Giménez: Atletico, Ugarte: Manchester United, Bentancur: Tottenham...), po prostu szokujące.
Z perspektywy kibica, nie eksperta, podkreślmy, bo eksperci - nie kwestionując kluczowej roli Bielsy w rozwoju futbolu ostatnich dekad - podkreślali, że choć na mundialach prowadzoną przezeń Argentynę (w 2002 r.), a zwłaszcza Chile (w 2010 r.) oglądało się znakomicie, to za wrażeniami estetycznymi nie szły wyniki. Bez Bielsy, owszem, nie byłoby całej szkoły trenerskiej, w której nagłośniejszym nazwiskiem jest oczywiście Pep Guardiola (kiedy szykował się do podjęcia pracy z Barceloną, zaczął od wyprawy na farmę swojego mentora w Maximo Paz, a ich odbyta wówczas jedenastogodzinna rozmowa przy asado stała się elementem futbolowej mitologii), ale nawet obecny szkoleniowiec Hiszpanów Luis de la Fuente opowiadał przed meczem z Urugwajem, ile się od Argentyńczyka nauczył, podpatrując jego pracę w Athleticu Bilbao.
Nie przypadkiem jednak każdy z adeptów szkoły bielsista przepracowywał radykalizm mentora na własną modłę.
Czy piłkarze Urugwaju nie wytrzymali napięcia
Przez Urugwajczyków faktycznie nie został zaakceptowany: choć eliminacje do mundialu zaczynał w wielkim stylu (wygrywał na wyjeździe z Argentyną, pokonywał Brazylię, a jego piłkarze strzelali gola za golem), z czasem jego relacje z piłkarzami stawały się coraz bardziej napięte. Jeszcze przed porażką z Hiszpanią wybrała się doń delegacja liderów drużyny, prosząc, by zmniejszył treningowe obciążenia i skorygował taktykę na mecz z mistrzami Europy; chcieli bronić się nisko i szukać szansy na gola z kontrataku. Odpowiedział w sposób dla siebie charakterystyczny: blisko godzinnym wykładem, w którym po raz kolejny upierał się przy swoich pryncypiach, czyli grze opartej o intensywny pressing, a po odbiorze piłki szybkich, bezpośrednich podaniach do przodu.
Trzeba im oddać, że długimi momentami starcia z Hiszpanią próbowali, ale napięcie im towarzyszące czyniło powietrze w Guadalajarze niemal elektrycznym. I nie znajdziemy pewnie odpowiedzi na pytanie, czy kolejny na tym turnieju błąd bramkarza Fernando Muslery (Bielsa uparcie go wystawiał, choć przed mistrzostwami Sergio Rochet wydawał się być w lepszej formie), kontuzja kolana Manuela Ugarte oraz czerwona kartka Agustina Canobbio były efektami wygenerowanej przez Bielsę atmosfery.
Prorok futbolu dla zwykłych ludzi
Bywali piłkarze i bywały miejsca, w których na jego idiosynkrazje znajdowała się przestrzeń. W Bilbao (był tam trenerem w latach 2011-2013) czy w Leeds (2018-2022) wspominany jest jak geniusz i prorok, nauczający rozumienia futbolu i życia; w Leeds zaczął od sprawdzenia, ile godzin musi pracować przeciętny kibic, by móc kupić sobie bilet na mecz – a potem nakłonił piłkarzy, by dokładnie przez ten czas sprzątali śmieci wokół ośrodka treningowego.
W Lille, gdzie również pracował, pytanie o stosunek do ubóstwa było jednym z pięciu, jakie zadawał podopiecznym, chcąc ich lepiej poznać. Opowieści o wizytach w dzielnicach nędzy, rozdawanych biletach na mecze, prezentach sprawianych najgorzej opłacanym pracownikom jego klubów, jest tak dużo, że niektóre wydają się apokryfami; niektóre zresztą na tych łamach opisywałem. Swojemu pierwszemu klubowi pomógł sfinansować budowę nowego obiektu szkoleniowego; dziś imię Bielsy nosi cały stadion Newell’s Old Boys z Rosario, gdzie zaczął trenerską odyseję.
Szpiedzy i mnisi: jak trener szuka doskonałości
Jest więc zaiste niebywałym pomieszaniem: wiary w uzdrawiającą poranione społeczeństwa moc futbolu i przywiązania do idei fair play (gdy piłkarze Leeds zdobyli bramkę, choć na boisku leżał kontuzjowany zawodnik Aston Villi, nakazał im pozwolić, by rywale natychmiast wyrównali) oraz obsesyjnego perfekcjonizmu, w którym nawet wysłanie obserwatora do podglądania treningu kolejnego przeciwnika wydaje się drogą ucieczki przed przytłaczającym go poczuciem winy, że nie dopatrzy jakiegoś detalu; gdy wokół „szpiega Bielsy” wybuchła w Anglii afera, z własnej kieszeni zapłacił nałożoną przez władze tamtejszej piłki karę i urządził dziennikarzom taką prezentację taktyki kolejnego rywala, że trudno było nie dość do wniosku, że zna ją lepiej od jej autorów.
Co jednak w tym pomieszaniu najtrudniejsze: choć Bielsa sam żyje jak mnich (czasami dosłownie: po zakończeniu pracy z reprezentacją Argentyny zamknął się na kilka miesięcy w klasztorze), poświęcając się całkowicie wyznawanej przez siebie idei, od swoich podwładnych wymaga dokładnie tego samego. A dziś futbolowe supergwiazdy oczekują już innego traktowania.
Bielsa, czyli sto lat samotności
Powtórzmy niepokojące pytanie: czy dla kogoś takiego jest jeszcze miejsce we współczesnej piłce? Kogo lub co widzimy, wpatrując się w jego nagły wybuch przed kamerą, gdy czekając na pytania dziennikarzy krzyczy nagle: „No, do cholery, zaczynajcie!”, jakby stał przed plutonem egzekucyjnym (że w bibliotece dziadka znajdowało się „Sto lat samotności” i mógł zapoznać się z życiorysem pułkownika Aureliano Buendii wydaje się pewne)? Czy ów apostoł najpiękniejszych piłkarskich idei, uparcie próbując wcielić je w życie, zaczyna niszczyć powierzonych mu ludzi?
Sam już nie wiem, czy przypisywane mu zdanie, że gdyby mógł trenować roboty, wygrywałby zawsze, jest kolejnym apokryfem, czy nie; faktem jest jednak, że po przegranym przez Urugwaj Copa America w 2024 kończący grę w tej reprezentacji Luis Suarez opowiadał, jak to próbował w przerwie meczu pocieszać płaczącego Darwina Nuñeza, a Bielsa mu zakazał; ponoć Agustinowi Canobbio zwracał z kolei uwagę, że siada w nieodpowiedni sposób. Z pewnością najbliższe dni pełne będą przecieków, odmalowujących atmosferę chłodu, strachu i niemożności zbliżenia zawodników z pogrążonym we własnych obsesjach trenerem.
Tylko że to może wcale nie są obsesje. Może spuszczony wzrok Marcelo Bielsy mówi coś ważnego o stanie spraw współczesnego sportu - i świata.
Ancelotti, Klopp, Guardiola: jak grać z mediami
Nie będę się oczywiście ważył na łatwe oceny. Z pewnością sukcesy większości współczesnych trenerów biorą się z dostrzeżenia faktu, że same kompetencje taktyczne już w nim nie wystarczą; że podstawą sukcesu drużyny są relacje - w tym osobiste relacje na linii trener-zawodnicy; że umiejący się bawić na równi ze swoimi doskonale opłacanymi i obdarzonymi wielkim ego gwiazdami Carlo Ancelotti czy Jurgen Klopp dostrzegli jakąś cywilizacyjną zmianę i dzięki temu przez tyle lat zdobywali ze swoimi drużynami te wszystkie mistrzostwa i puchary.
I jest coś jeszcze: świat mediów, w tym zwłaszcza społecznościowych, w którym wszyscy jesteśmy unurzani. Nawet najbardziej zbliżony do Bielsy pod względem taktycznych obsesji Guardiola wie, kiedy trzeba podjąć medialną gierkę, zapewniając futbolowemu cyrkowi klikalność za pomocą pieprznego żartu czy aluzji. A piłkarzom to się podoba, piłkarze dają lajki i chce im się dla kogoś takiego pracować.
Dlaczego trener Urugwaju nie patrzył w obiektyw
Różnie się w ostatnich tygodniach mówiło i pisało o spuszczonym wzroku Marcelo Bielsy. Byli tacy, którzy widzieli w nim nieśmiałość, niepewność, doprowadzone do skrajności samopodważanie. Byli tacy, którzy mówili o nieradzeniu sobie ze zwiększającą się nieustannie medialną presją (na tym mundialu kamery są najbliżej, jak się da: selekcjonerowi Anglików Thomasowi Tuchelowi całkowicie zasłoniły śpiewających hymn zawodników; selekcjonerowi Curaçao uwypukliły każdą pękniętą żyłkę w oczach, gdy po golu z Niemcami zrobiły się wodniste). Byli też, nie ukrywajmy tacy, którzy kreśląc jego portret (a są w nim charakterystyczne rytuały, np. ten związany z oglądaniem meczu z wysokości przenośnej lodówki) widzą w nim po prostu wysokofunkcjonującego autystę.
Mnie jednak najbliższa wydaje się obserwacja rodaka Bielsy, publicysty Juana Francisco Miguela. „W dzisiejszym futbolu trenerowi zadaje się pytania o idee, a w odpowiedzi oczekuje się kontrowersji. Mówi się o grze, a żąda zdania, które >>wywoła efekt<<. Analiza często zostaje zepchnięta na bok przez widowisko. I łatwo sobie wyobrazić, że człowieka takiego jak Bielsa, wszystko to musi smucić - napisał na portalu X. - >>El Loco<< [Bielsa nosi charakterystyczny przydomek „Szaleniec” - MO] wierzy w idee, pracę i intelektualną uczciwość. Dlatego kiedy rozmowa staje się powierzchowna, wydaje się, że trochę się wycofuje. Nie znika całkowicie. Wciąż tam jest. Ale spuszcza wzrok. Jak ktoś, kto przestaje patrzeć na dzieło, którego już nie rozpoznaje”.
Bielsa jak Bartleby: wolałbym nie
Miguel widzi w spuszczonym wzroku selekcjonera Urugwaju wyraz rozczarowania człowieka, który czuje, że gra, którą kocha, jest otoczona zbyt wielkim hałasem i zbyt małą ilością myślenia. W jego interpretacji Bielsa robi więc to, co robi wielu ludzi, którzy tracą złudzenia: chroni się. Nie chce być elementem widowiska. Nie wystawia się na spojrzenia gawiedzi. Broni świata, w którym futbol zasługuje na coś więcej niż filmik na Tik-Toku - zasługuje na myślenie.
W upartym geście przystosowania się do zasad tego świata, w geście oporu, odmowy - chciałoby się dodać - przypomina kopistę Bartleby’ego ze słynnego opowiadania Melville’a. „Myślę, że za każdym razem, gdy Bielsa spuszcza wzrok, to nie on zostaje wystawiony na widok publiczny. To my” - pisze Miguel, żegnając więc jednego z najważniejszych trenerów naszych czasów, zacytujmy więc na koniec jeden z najważniejszych dialogów naszych czasów.
„-Czy zechce mi pan powiedzieć cokolwiek o sobie, Bartleby?
- Wolałbym nie.
- Jaka jest pańska odpowiedź, Bartleby?
- Wolałbym nie dawać obecnie odpowiedzi”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










