Leo Messi zdobył trzy bramki w rozpoczynającym występy Argentyny na tegorocznych mistrzostwach świata meczu z Algierią. To jego pierwszy mundialowy hat trick – poziom, który odblokował na swoim szóstym mundialu, w dwusetnym występie w reprezentacji. W sumie 38-letni kapitan broniących tytułu Argentyńczyków strzelił na mistrzostwach szesnaście goli – obok Miroslava Klose najwięcej w dziejach tej imprezy, a przecież tegoroczne występy dopiero rozpoczął i ma wielkie szanse zostać samodzielnym rekordzistą.
Leo Messi nie idzie na emeryturę
Nie o rekordy i statystyki jednak idzie, i nawet nie o towarzyszące im poczucie długiego trwania, przekraczającego naszą, mającą coraz krótszy oddech codzienność: pierwszy mundial Messiego odbył się w 2006 roku w Niemczech, pierwszego gola zdobył na nim równo dwadzieścia lat przed golami dzisiejszymi; pamiętają Państwo, co robili dwadzieścia lat temu?
Z tym długim trwaniem to zresztą skomplikowane: intensywność emocji, jakie towarzyszą występom Argentyńczyka na mundialu 2026, wiąże się z faktem, iż wiemy dobrze, że każdy kolejny mecz po – dzięki wygranej z Algierią bardzo prawdopodobnemu – wyjściu jego drużyny z grupy, może być dla niego ostatnim w karierze.
Nawet i jego udział w tym spotkaniu pozostawał zresztą pod znakiem zapytania: przez minione tygodnie odczuwał skutki mięśniowego urazu; łzy, które pojawiły się w jego oczach po pierwszym golu, tłumaczył właśnie stresem towarzyszącym mu w dniach, kiedy nie było jasne, w jakim stopniu będzie zdolny do gry.
Tak, ta opowieść w sposób nieunikniony zbliża się do końca, tym bardziej więc cieszmy się chwilą.
Jak Messi wchodzi w mecz
On wydaje się nią cieszyć; zdobycie mistrzostwa przed czterema laty w Katarze ewidentnie zdjęło zeń ciężar odpowiedzialności wobec rodaków i uwolniło od porównań z Maradoną.
W początkowej fazie spotkania z Algierią spokojny, niemal niewidoczny (przypominało się zdanie jego dawnego trenera w Barcelonie, Pepa Guardioli, że pierwsze dziesięć minut Messiego w meczu to czas, w którym pilnie obserwuje przebieg boiskowych wydarzeń, by rychło mieć w głowie całą mapę; wiedzieć, gdzie leżą słabe punkty obrony przeciwnika, a co jeszcze ważniejsze: wiedzieć, gdzie znaleźć wolną przestrzeń dla siebie i swoich kolegów).
W piątej minucie jeszcze wybiegł za plecy algierskich obrońców zbyt wcześnie: jego nienaganne skądinąd uderzenie ponad bramkarzem nie zostało uznane z powodu spalonego, ale dziesięć minut później baza futbolowych danych w jego mózgu była już zaktualizowana.
Odebrał świetne prostopadłe podanie od Rodrigo de Paula, przebiegł kilka metrów, kilkakrotnie dotykając sunącej przed nim po murawie futbolówki, rzekłbyś: dopieszczając ją, a potem zdobył pierwszą bramkę. Widzieliśmy przez ostatnie dekady setki takich jego uderzeń zza pola karnego – bramkarze również widzieli ich setki i wciąż nie nauczyli się ich bronić.
Leo Messi tworzy arcydzieła
Drugi gol – jeszcze jedna nienaganna technicznie (w dawnych czasach mówiło się o takich strzałach: plasowany) dobitka po uderzeniu z dystansu Alexisa Mac Allistera – był kolejnym dowodem idealnego wczucia się w rytm boiskowych wydarzeń. Trzeci zaś był wizytówką Messiego, podobnie jak pierwszy; ostatni raz miałem podobne wrażenie podczas przechadzki przez wystawę Nowosielskiego: cóż z tego, że od razu widać, spod czyjej ręki wyszły te obrazy i jakie techniki są w nich stosowane, skoro każdy jeden trafia cię prosto w serce?
Skojarzenie z Nowosielskim wydaje się nie od rzeczy. „To malarstwo rozpięte na ramionach miłości »niebiańskiej« i miłości »ziemskiej«. Rozdarty przez te dwie miłości malarz przypomina czasem anioła, a czasem nietoperza wiszącego w podziemiach opuszczonej świątyni” – pisał o nim Tadeusz Różewicz.
Z Messim jest podobnie: „aniołem o brudnej twarzy” (odwołuję się do tytułu klasycznej książki Jonathana Wilsona o dziejach argentyńskiego futbolu) był faulując w pierwszej połowie, jeszcze przy stanie 0:0, Aïssę Mandiego – i tylko pobłażliwości polskiego sędziego Szymona Marciniaka zawdzięcza to, że za nadepnięcie na łydkę algierskiego obrońcy nie obejrzał kartki, być może nawet czerwonej.
Messi odmładza świat
„Anioł to jest posłaniec, czyli ktoś, kto przesyła pewne treści z innych obszarów do naszej świadomości” – przypominała na stulecie urodzin Nowosielskiego badaczka jego twórczości Krystyna Czerni. Patrzyłem kilka godzin temu na gole 38-letniego piłkarza i myślałem, że Ryszard Koziołek ma rację, pisząc w „Ćwiczeniach z wyobraźni teologicznej”, że tylko sztuka to potrafi: „»Odmłodzić świat«, czyli uczynić go w naszych oczach trwającym, dobrym i sensownym. »Boskim«, choć Boga straciliśmy na wieki”.
Pod warunkiem wszakże, że pojęcie sztuki potraktujemy szeroko, odnosząc je również do tego, co Leo Messi robi z piłką na boisku; jeśli komuś zestawienie biegającego po boisku milionera z wielkim malarzem wydaje się niestosowne, niech wie, że kilka dni przed mundialem kapitan Argentyńczyków otrzymał Nagrodę Księżniczki Asturii – tę samą, którą dziewięć lat temu wręczyła Adamowi Zagajewskiemu.
I tu też wszystko się zgadza, bo nawet jeśli podkreślałem tu technikę Messiego – i nawet jeśli funkcjonuje on w ramach struktury, nad którą pieczę sprawuje trener Lionel Scaloni, to oprócz techniki, warsztatu, trenerskich teorii, jest w jego grze coś jeszcze. „Poezja jest najmniej techniczną ze sztuk, bierze się nie z warsztatu, nie z teorii, nie z nauki – mówił, odbierając nagrodę, Zagajewski – tylko z niedającego się przewidzieć ani zaplanować poruszenia umysłu i serca”.
Messi inspiruje do myślenia teologicznego
Rozmawiałem niedawno z prof. Koziołkiem o tym, co potrafi wyobraźnia spuszczona z dogmatycznej smyczy; dotknęliśmy wielu kwestii, o których pisać niełatwo, by nie być posądzonym o obrazę uczuć religijnych czy wręcz o herezję, ale jedna jeszcze rzecz przychodzi mi teraz do głowy.
W eseju zamykającym nową książkę śląskiego literaturoznawcy mowa o świecie, w którym śmiertelnym ludziom towarzyszył, fizycznie obecny, nieśmiertelny Bóg – i to chyba właśnie jest horyzont skojarzeń, jakie wywołuje patrzenie na grę Leo Messiego.
No dobra, żeby nie było, że porównuję ich jeden do jednego, zacytuję z „Ćwiczeń z wyobraźni teologicznej” inne zdanie: „Bóg i nieśmiertelność mieszkają w człowieku i każdy z nas może je w sobie odnaleźć. Potrzeba tylko katalizatora, który to umożliwi. A jest nim piękno”.
No więc ja ostatni raz odnalazłem swój katalizator siedemnastego czerwca w nocy, a konkretnie (jak by powiedział Dariusz Szpakowski) o godzinie trzeciej dziewiętnaście, patrząc jak po podaniu Rodrigo de Paula Leo Messi przyjmuje piłkę, jak podciąga z nią kilka metrów, jak uderza ją środkową częścią lewej stopy, nadając w ten sposób rotację, która zostawi ją poza zasięgiem rąk algierskiego bramkarza.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.









