Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Plebiscyt dla samobójców

Plebiscyt dla samobójców

02.07.2018
Czyta się kilka minut
Demokraci sprzyjają zniesieniu demokracji. Proeuropejscy politycy przyczyniają się do likwidacji Unii Europejskiej. Takie mamy czasy.
Marsz Wolności, Warszawa 2017 r. JACEK TARAN
W

W wyniku sporu w obozie rządzącym jedna frakcja wykorzystuje morderstwo, które bulwersuje opinię publiczną, i proponuje przeprowadzenie referendum o karze śmierci. Pozostałe frakcje i opozycja zgadzają się na to. Nie chcą uchodzić za pobłażliwe wobec morderców i przeciwników woli większości. Referendum daje przewagę zwolennikom kary śmierci i stawia kraj przed wyborem: albo ignorować werdykt obywateli, albo opuścić Radę Europy i Unię Europejską, czego nikt wcześniej nie chciał. To hipotetyczny scenariusz dla Polski, o wiele bardziej realny niż powtórka z brexitu. Według podobnego scenariusza przebiegają obecne konflikty polityczne w kilku kluczowych krajach UE.

Brytania, Polska i Niemcy

W 2015 r. brytyjski premier David Cameron obiecał eurosceptykom w swojej partii przeprowadzenie referendum na temat członkostwa Wielkiej Brytanii w UE, aby zapewnić sobie ich poparcie...

15916

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Głupiego tłumu (czyt. tłuszczy) nie da się wyedukować. Musi dostać solidnego kopa w d... . Dlatego nie ma co lamentować, trzeba pozwolić tej tłuszczy się zeszmacić. Sama musi poprosić o pomoc. Rozmowa z półanalfabetą jest stratą czasu. Cierpliwości. Za jakieś 10 lat, o ile tłuszcza nie zacznie się nawzajem mordować (vide I i II wojna), wszystko wróci do normy. Cytując Kobielę z klasycznej polskiej komedii - "jak sie nie pswerócis, to sie nie naucys". Dużo zdrowia i dystansu z bezpiecznego i odległego kraju !

edukować można, da się, dowodem tego liczne społeczeństwa obywatelskie Europy zachodniej(choć i tam widać regres), ale polskie elyty wolą półinteligentów, bo nimi łatwiej manipulować, problem się zaczął, gdy patent na manipulację został im podebrany przez konkurencję (czyli inne elyty) i stąd ten żenujący płacz i jęki nad własnym dziełem czyli społeczeństwem "półinteligentów". Kiedyś płakano nad "lemnigami" dziś się płacze nad "tłuszczą" zwał jak zwał, ten sam "produkt". ps. proszę sie nie cieszyć, że tłuszcza się zacznie wycinać, jak uczy historia, sfrustrowana tłuszcza wpierw wycina elyty, a dopiero potem zabiera się za siebie wzajemnie, I I II WŚ to nie był pomysł tłuszczy, to było dzieło elyt. Tłuszcza tworzy rewolucje, a nie wielkie światowe wojny, ale wiadomo z odległego kraju to miło popatrzeć jak przyjaciele w biedzie, no nie? jakie to "polskie".

Bardzo tu potrzebujemy takich szlachetnych mężów jak ty.

Reakcje na wystąpienie premiera Morawieckiego w Parlamencie Europejskim pokazały, że europejscy demokraci jednak nie dają sobie w kaszę dmuchać. Rząd Kaczyńskiego najwyraźniej gotuje się do politycznej wojny z Unią Europejską. Nie będzie już kroku w tył, jak w przypadku ustawy o IPN. Trybunał Sprawiedliwości UE z pewnością wyda wyrok nakładający na rząd polski przywrócenie praworządności. Rząd RP odpowie: I co nam zrobicie?

Dla PiS-u głównym strategicznym sojusznikiem jest USA stąd konieczność kompromisu w sprawie IPN. UE jest rywalem politycznym i zarazem bankomatem. Kompromis będzie tylko ewentualnie w imię "kasy", ale PiS przewiduje raczej, że w obliczu konfliktu UE vs USA, nadmierne ustępstwa wobec "bankomatu" i tak nie mają sensu.

Słyszałem, że Guy Verhofstadt bierze lekcje hippiki aby ruszyć na białym koniu na Warszawę.

Dostosowując się do semantyki Róży Woźniakowskiej po mężu Gräfin von Thun und Hohenstein (znaczy obecnie: „hrabiny z…), mógłbym powiedzieć: …„śmieci”! Dla przypomnienia, pani „hrabina” użyła tego określenia pół roku temu na Twitterze, a całe zdanie brzmiało: „Natomiast rokuje, że PiS i te wszystkie śmieci, tak jak wtedy PZPR, też się zaraz rozpadną”. Stara gwardia, najpierw oglądała się na Moskwę, teraz na Brukselę – ot, siła przyzwyczajenia… Z ulicą - jak chciał Grzegorz Schetyna, „premier” z cienia, szef Platformy z nazwy Obywatelskiej, nie wyszło, z zagranicą też już się kończy.

Rozumiem że uważa pan że autor artykułu nie ma racji i teraz będzie lepiej? To może jakiś argument zamiast wycieczek personalnych?

Od lat 25 słyszę, że tacy ludzie jak Olszewski, Kaczyński czy teraz Morawiecki to oszołomy, ksenofoby a nawet faszyści. Zgadzam się, że jest to przejaw upadku dobrych obyczajów i złego wychowania. Moim zdaniem gdyby ekipa, która obecnie jest u władzy okazała się nieudacznikami, jak to przepowiadali "mędrcy" to pewnie widzielibyśmy radość po stronie opozycji ( "a co, nie mówiliśmy, że tak będzie" ). Niestety gospodarka naszego kraju nie pada a notowania partii rządzącej są stabilne więc opozycja staje się coraz to bardziej agresywna co wyraża się m.in. w wulgarnym, nasyconym epitetami języku.

Od odzyskania przez Polskę podmiotowości w 89' kolejne ekipy rządowe realizują na przemian - z grubsza rzecz biorąc - jeden z w/w projektów. Lewica i liberałowie - raczej projekt "Mimikra" zaś prawica - raczej projekt "Braveheart". Pierwszy projekt zakłada, że inni wiedzą lepiej od nas czego nam potrzeba a zadaniem naszego rządu jest energiczne wdrażanie tego co wypracowano gdzie indziej ( tam gdzie Paryż postawił przecinek my stawiamy przecinek a tam gdzie Berlin postawił kropkę tam i my stawiamy kropkę i już ). Projekt "Braveheart" zakłada, ze rację ma George Friedman - szef Geopolitical Futures, który twierdzi,że Polska może i powinna odgrywać ważną rolę w Europie. Każdy z tych projektów ma swoje zalety i swoich beneficjantów. Nie da się jednak ukryć, ze projekt realizowany przez prawicę jest bardziej ambitny choć też bardziej ryzykowny. http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/566661,friedman-polska-jest-wschodzaca-potega.html

Tekst Klausa Bachmanna pt. „Plebiscyt dla samobójców” („Tygodnik Powszechny” nr 28) wprawił mnie, jako zwolenniczkę liberalizmu – a więc także wolności politycznej – w zdruzgotanie. Artykuł ten stanowi kolejny przykład tego, że wielu zwolenników liberalnej demokracji, mimo często deklarowanej sympatii dla idei społeczeństwa obywatelskiego, nie wierzy w to, że lud – a więc obywatele – potrafi skorzystać z głosu udzielonego mu w referendum. (Przy okazji: autor wiele pisze o rzekomo powszechnym zjawisku demokratyczno-liberalnych zwolenników referendów, podczas gdy – niestety – są oni wyjątkami; jest to silnie widoczne w Polsce, kiedy przedstawiciele liberalnej opozycji krytykują nie tylko konstytucyjne pytania prezydenta Dudy, m.in. za ich niejasność i niemerytoryczność, ale też kwestionują sens zadawania obywatelom pytań bardziej szczegółowych niż pytanie o aprobatę wobec całego gotowego projektu konstytucji.) Bachmann arbitralnie definiuje: „Referendum nie polega na tym, że naród decyduje (większość i tak zazwyczaj nie idzie głosować), lecz na tym, że w najbardziej dla siebie korzystnym momencie rządzący zadają narodowi pytania, które uważają za słuszne”, „W polskich warunkach dzięki referendum rządzący mogą sterować rządzonymi i dostać od nich carte blanche, z pominięciem innych instytucji i opozycji”. Ironiczny ton autora na temat instytucji referendum nie pozwala mu nawet na poważnie rozważyć tego, że demokrację bezpośrednią można traktować jako coś, co mogłoby dla obywateli być manifestacją wolności politycznej. Znamienne jest w tym kontekście wyłączenie obywateli z polityki rozumianej jako gra między rządzącymi, opozycją i innymi instytucjami (jak rzecznicy czy urzędy unijne), podczas gdy to właśnie wypowiadający się obywatele mogą odgrywać rolę m.in. opozycji wobec pomysłów rządu. Winny temu brakowi poważnego traktowania obywateli przez autora artykułu jest pesymizm co do natury człowieka. Bachmann sugeruje, że obywatele z łatwością wybiorą w referendum rozwiązania totalitarne: „Demokratyczni zwolennicy referendów mogą się obudzić w zupełnie innym państwie. (…) Propagując demokrację bezpośrednią, demokraci zakładają na siebie pułapkę, w którą z łatwością złapią ich przeciwnicy demokracji”. Warto jednak zwrócić uwagę, że jeżeli przyjrzymy się tekstowi bliżej, zagrożenie ze strony obywatela wcale nie polega jedynie na tym, że może on być zmanipulowany przez polityków, poddany pulsującym zbiorowym emocjom. Otóż zagrożenie napływa także ze strony przeciwnej: ze strony subiektywizmu i indywidualizmu obywatela, tego, że głosuje on według własnych odczuć i doświadczeń życiowych. „Politycy, którzy zamiast wyjaśnić sprawę, domagają się, aby ‘obawy obywateli brać na poważnie’” – ironizuje Bachmann, tak jakby branie na poważnie obaw obywateli było czymś śmiesznym. Autor stosuje tu typowo konserwatywną krytykę wyobraźni jako urojeń, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością: „Zmiany nastrojów społecznych mogą wynikać z wyobrażonych zagrożeń, to pewne. (…) Ważniejsze od mierzalnych trendów okazało się [w Niemczech] kilka głośnych zamachów terrorystycznych i kilka morderstw, które łączyło to, że sprawcy byli uchodźcami”. Ta krytyka subiektywizmu demokracji bezpośredniej ujawnia się nie tylko w związku z konkretnym przypadkiem społecznych obaw przed uchodźcami, ale także wówczas, kiedy autor przechodzi na ogólniejszy poziom rozważań. Na podstawie zdania Bachmanna, że „w wyniku ‘demokracji dramatu’ partie proeuropejskie mogą przyczynić się do rozpadu UE”, można dostrzec, że „demokracja dramatu” jest dla autora synonimem nie tyle medialnie zmanipulowanego, co po prostu subiektywnego, niesfornego wyboru, np. krytycznego wobec UE. Dalej autor pisze: „Połączenie ‘demokracji dramatu’ z demokracją bezpośrednią (…) pozwala na likwidację demokracji demokratycznymi metodami. (…) Dedykuję to prezydentowi Rzeczypospolitej, ale też wszystkim tym, którzy uważają, że skomplikowane, wymagające kompromisów problemy polityczne, od aborcji przez in vitro aż do uchwalenia nowej konstytucji, można łatwo rozwiązać za pomocą referendów”. Po pierwsze, wspomniane kwestie antagonizują mniej niż np. poddanie pod głosowanie całej konstytucji, pisanej bez udziału obywateli: Szwajcaria ma unikalny system polityczny właśnie dlatego, że pod referenda są tam poddawane konkretne sprawy (jak np. to, czy małżeństwa powinny korzystać ze specjalnych ulg podatkowych), a nie jedynie bardzo ogólne sprawy raz na piętnaście lat. Po drugie, narracja Bachmanna, że „można się rozczarować”, „uważając, że skomplikowane, wymagające kompromisów problemy polityczne, od aborcji przez in vitro aż do uchwalenia nowej konstytucji, można łatwo rozwiązać za pomocą referendów”, bardzo przypomina opublikowany również w „Tygodniku Powszechnym” tekst Józefa Tischnera z 1991 roku pt. „Ludzie z mrokiem w sercu”. Tischner pisze tam: „Czy zakaz aborcji powinien być uchwalony przez Sejm, czy przez powszechne referendum? Dlaczego można mieć zastrzeżenia do referendum? Czy zastrzeżenia te nie są jakimś podważeniem zasad demokracji? (...) Faktem jest, że nie wszystkie społeczeństwa i nie zawsze w swej większości są zdolne do przezwyciężenia zła, które się za nimi wlecze. Trzeba na to całych pokoleń. Co innego Sejm. W parlamentach zasiadają ludzie, którym dobro wspólne narodu jest bliższe, którzy widzą całość problemu, nie są związani zbyt mocno ciasnym, osobistym interesem, którzy mają obowiązek stanowić prawa i przez prawa wychowywać naród”. Główna przyczyna, dla której zarówno Tischner, jak i Bachmann nie uważają narodu za wystarczająco dojrzały do podjęcia w referendum kwestii aborcji, to nie antagonizacja społeczeństwa przez referendalne pytanie, ale patrzenie z perspektywy własnych wyobrażeń i doświadczeń, ów subiektywizm obywatela i obywatelki, określony przez Tischnera jako „ciasny osobisty interes”, ale także – w krytycznym wobec romantyzmu eseju „Znicestwienie Polski” – nazwany po prostu jako „miej serce i patrzaj w serce”. Zarówno w tekście z 1991 r., jak i opublikowanej w 2018 r. kontynuacji zawartej tam narracji, można znaleźć pewien specyficzny, przewrotny światopogląd, polegający na uważaniu za prawdziwą demokrację… nieoddawania głosu obywatelom, lecz raczej ustanawiania pewnej wychowawczej roli instytucji państwowych, dla którego to wychowawstwa obywatele są zagrożeniem, a są nim przede wszystkim ze względu na swój subiektywizm i nieprzewidywalność. Zarówno Józef Tischner, jak i Klaus Bachmann, wprowadzając tę przewrotność, dają wyraz swoim początkowym obiekcjom, jakby mimo wszystko w głębi ich duszy tkwiła jakaś wątpliwość. Tischner pyta: „Czy zastrzeżenia [wobec referendum] nie są jakimś podważeniem zasad demokracji?”, Bachmann pisze: „Zwolennicy demokracji (…) sensu plebiscytu nie kwestionują, bo przecież demokratom nie wolno oponować przeciwko demokratycznym procedurom!”. Zaraz potem odpowiadają jednak: „nieprawda”. To, co jest prawdziwie „demokratyczne”, to istnienie Unii Europejskiej (Bachmann, a także Tischner w „Znicestwieniu Polski”); Sejm, który „przez prawa wychowuje naród” (Tischner) oraz (według Bachmanna) sloganowa zbitka: „przestrzeganie zasad praworządności, praw człowieka i demokracji”. Tylko czym, jeśli nie wydmuszką-sloganem, mają być te „praworządność, prawa człowieka i demokracja”, jeżeli jedną z głównych zasad ich chronienia ma być strzeżenie ich przed demokracją rozumianą jako wolność polityczna obywateli? Niestety powstaje wrażenie, że dzisiejsza obrona demokracji i liberalizmu, zamiast postulować większą frekwencję w referendach i wzmacnianie bezpośredniej partycypacji obywateli, którzy mogliby w ramach swojej aktywności m.in. krytykować niebezpieczne pomysły pewnych środowisk politycznych, jest dziwaczną obroną jakiegoś sloganu „demokracja” przed obywatelami. Anna Czepiel – politolog, filozofka polityki, współpracowniczka m.in. Laboratorium „Więzi”, autorka książki „Szczęśliwy człowiek kontra dobry obywatel?” (Wydawnictwo Nieoczywiste, Warszawa 2018)

Z opóźnieniem, trochę usprawiedliwionym letnimi miesiącami, przeczytałem tekst Klausa Bachmanna, co wydaje się jednak nie mieć większego znaczenia, bo tekst ten wzorcowo ukazuje korzenie kryzysu, jaki przeżywa i jeszcze przeżywać będzie świat zachodni i Unia Europejska. Z początkiem wywodu Bachmanna nie sposób się nie zgodzić, bo trudno byłoby negować wskazywane przez niego niebezpieczeństwa manipulacji nastrojami podczas referendum. One rzecz jasna istniały, istnieją i będą istnieć. Pytanie tylko, czy są ważniejsze od argumentów za rozbudowywaniem narzędzi demokracji bezpośredniej. Zaskakuje też demagogiczność niektórych sformułowań w tekście: „Referendum nie polega na tym, że naród decyduje (większość i tak zazwyczaj nie idzie głosować), lecz na tym, że w najbardziej dla siebie korzystnym momencie rządzący zadają narodowi pytania, które uważają za słuszne.” Po pierwsze, jeżeli znaczenie ma to, że większość nie uczestniczy, to należy także zlikwidować w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego (frekwencja poniżej 30%), samorządowe (frekwencja zazwyczaj około 45%), oraz zastanowić się nad parlamentarnymi (w większości frekwencja też poniżej 50%). Albo zrezygnować z taniej demagogii w tekstach w poważnych tygodnikach. Po drugie, Bachamnn sugeruje, że to jedynie rządzący mają prawo ogłaszać referendum. A przecież dobre regulacje mogą prawo takie przyznać także obywatelom. Czyli w powyższym zdaniu jedno twierdzenie prawdziwe (niebezpieczeństwo manipulowania nastrojami przez rządzących) połączone jest z dwoma nieprawdziwymi. Równie ciekawe (i demagogiczne) jest przypisywanie innym skutków swoich działań. To nie Horst Seehofer był tym, który zaczął zmuszać inne państwa do zmiany ich polityki. Była to kanclerz Angela Merkel, która w 2015 r. podjęła decyzję, mającą konsekwencje dla innych państw unijnych, będącą próbą „zmuszenie innych państw do zmiany swojej polityki”. A do tego jeszcze demagogiczne zdziwienie Bachmanna, że wraz z napływem migrantów nie skończyły się napięcia (reakcje opinii publicznej) z nimi związane. Demagogiczne – bo Bachmann jest wystarczająco dobrym politologiem, żeby wiedzieć, że napływ migrantów to dopiero początek długiego (i pełnego napięć) procesu. Zaskakuje stosunek Bachmanna do prawa, które oczywiście jest ważne, jest podstawą demokracji, jego przestrzeganie jest wyznacznikiem przynależności do zachodniej wspólnoty, itd. Ale jeżeli jego łamanie dotyczy jedynie kilku tysięcy imigrantów to nie bądźmy drobiazgowi z tym prawem, bo to i tak „nie rzutuje ani na globalne trendy imigracyjne, ani na politykę integracyjną Niemiec”. A poza tym i tak nie da się go wyegzekwować. Jest to ten sposób myślenia, który był siłą napędową nie tylko radykalnych demonstracji w Chemnitz, ale (co ważniejsze) szerszego poparcia dla nich. Bachmann mówi podobnie jak kanclerz Merkel w 2015 roku: nie będziemy kontrolować napływu migrantów, bo i tak nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Potem wystarczy taki impuls, jak zabójstwo dokonane przez imigranta, żeby szeroką akceptację zyskało hasło, że musimy sami zadbać o nasze bezpieczeństwo, wyjść na ulice, wygonić „obcych”. Akceptację napędzaną przyznaniem państwa (i elit), że nie jest w stanie wypełniać swoich funkcji. Ta elitarna nonszalancja widoczna jest także w dalszej części tekstu. Autor nie tylko powie, kiedy prawa należy przestrzegać, a kiedy można z tego zrezygnować, ale także wyjaśni obywatelom (w tym przypadku niemieckim), które ich obawy są realne, a które nie. I mają to przyjąć do wiadomości. Chyba, że wyjdą na ulice, jak w Chemnitz, a wtedy Klaus Bachmann się zdziwi i oburzy, wołając chyba o jakąś monarchię oświeconą, która uniemożliwi oparte o przesądy „zbiorowe decyzje przynoszące im szkody”. Oraz proponując kontynuację integracji europejskiej przez elity, przy wyłączeniu z niej dużej części społeczeństwa, skoro wystarczy „ciche przyzwolenie”. Ten model integracji był zresztą na pewnym etapie konieczny i skuteczny, ale narastające dyskusje o braku demokratycznej legitymacji unijnych instytucji i działań pokazują, że skończył się on. Czas pomyśleć o poszerzeniu społecznego poparcia dla unijnej integracji, a nie marzyć, aby było tak jak kiedyś.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]