Placebo „Meds"

Wiele lat temu krytycy ochrzcili Placebo mianem "glamrockowej Nirvany". Etykietka tyleż efektowna, co - w stosunku do dwóch pierwszych albumów brytyjskiego tria - trafna: krótkie, trzyakordowe piosenki, brudne brzmienie, melodyjne wokale, teksty będące szczerym zapisem walki z rozmaitymi teenage angsts. Do tego aura dwuznaczności roztaczana przez Briana Molko - lidera zespołu, z charyzmą predestynującą do tego, by godnie zastąpić w panteonie rockowych ikon Davida Bowie.
Czyta się kilka minut

Od debiutu Placebo minęło już 10 lat; "Meds" to ich piąty album. Powoli dają o sobie znać zmęczenie i rutyna, być może także - kryzys twórczy. O ile kompozycja "Without You I'm Nothing" z drugiego albumu Placebo zachwyciła Davida Bowie do tego stopnia, że postanowił nagrać jej własną wersję, żadnemu z utworów z "Meds" to nie grozi: nawet po wielu przesłuchaniach w pamięci pozostają jedynie mgliste wspomnienia - raczej ogólnego nastroju niż melodii. Wyróżnia się zaledwie kilka piosenek, ale i one nie mają szans na powtórzenie sukcesu dawnych przebojów: być może ponury walczyk "In the Cold Light", w którym można wyczuć inspiracje piosenkami Serge'a Gainsbourga; liryczny "Pierrot the Clown"; ekspresyjnie zaśpiewany "Blind"; albo "Broken Promise", w którym lidera wspomaga wokalnie Michael Stipe z R.E.M., a ze współbrzmienia ich charakterystycznych głosów tworzy się zupełnie nowa jakość.

Docenić można zwłaszcza utwory, których ostateczna forma więcej zawdzięcza odpowiedzialnym za miksy i produkcję Floodowi i Dimitriemu Tkovoi niż inwencji zespołu. Taką piosenką jest "Space Monkey", z niesamowitym industrialnym rytmem i przetworzonym wokalem, o niezwykle gęstym tle dźwiękowym współtworzonym przez orkiestrę. Także mroczna mantra "Post blue", oparta na mocnym pulsie basu i doprawiona brudną elektroniką (Flood ewokuje tu brzmienie bliskie Nine Inch Nails). Oraz "Song to Say Goodbye", gdzie subtelna partia pianina i potężniejące smyczki kontrastują z dziwnymi, połamanymi elektronicznymi dźwiękami w tle. Pozostałe utwory to głównie mniej lub bardziej udane powielanie typowego dla Placebo schematu: minimalistyczna sekcja, prosta, agresywna partia gitary, trochę elektroniki i pełen emocji wokal. Bronią się teksty - Molko modyfikuje wizerunek neurotycznego outsidera, równoważąc typowe dla siebie opowieści o samotności, rozczarowaniu oraz toksycznych (dosłownie i w przenośni) związkach sporą dozą autoironii ("Pierrot the Clown"). Brzmi to wiarygodnie - podobnie jak cały album: Placebo nie czerpią z modnych stylów, podążają konsekwentnie (za konsekwentnie!) wytyczoną niegdyś drogą. W tej wiarygodności upatrywałabym nadziei, że następnym razem będzie lepiej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 13/2006