Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Pieśń drogi

Pieśń drogi

18.08.2010
Czyta się kilka minut
Albo któregoś lata w Zgorzelcu. Wstałem rano i poszedłem w stronę mostu. Miasto łagodnie opadało do rzeki. Wszędzie były kantory i szyldy, że tanie papierosy. Faceci już stali po dwóch, po trzech. Dzielnica miała zapach starego tynku i butwiejących drewnianych schodów. Jak stara Ząbkowska i Brzeska. Stali, palili i patrzyli, jak zaczyna się dzień.
Z

Zmęczeni odwiecznym wyczekiwaniem. Dalej zaczynał się most. Nie wiedzieć czemu nazwali go "Jana Pawła". Może żeby zaimponować Niemcom, że nie tylko te tanie papierosy? Przeszedłem do Görlitz. Tam był park, poranny chłód, jakieś rezydencje, potem rynek, wszystko zaraz po remoncie, jakby mało używane, z niewielką naleciałością życia i jakieś takie puste. Może nie wstawali tak wcześnie jak ci nasi palący.

Pokręciłem się trochę i znalazłem kawał martwej fabrycznej zabudowy nad rzeką. Trochę czerwonej cegły i zardzewiałej blachy, ale było jasne, że to tylko kwestia czasu i zaraz coś z tym zrobią. Wróciłem do ojczyzny. Tutaj też wszystko powoli stawało się kwestią czasu. Patrzyłem na tych po dwóch, po trzech. Mieli wymrzeć jak skazany na zagładę gatunek. Ich wyzywająca obecność, ich kontemplacyjny styl życia, ich upodobanie do obserwowania, jak świat się pogrąża, zapada nieustannie w nieistnienie, to był cierń w oku przyszłości, która nadciągała i miała wypalić do żywego i przeszłość, i teraźniejszość. Świat miał być obietnicą. Która zresztą nigdy się nie spełni.

***

Którejś zimy stanąłem na noc w Zamościu. Był mróz. Na rynku mieli ślizgawkę i grała muzyka. Ale wszędzie panował półmrok. W knajpach, w sklepach, na ulicach. Światła paliły się żółtawo i szaro. Wchodziłem to tu, to tam, do tych wszystkich starych wnętrz, i właściwie były trochę jak kiedyś, jak przed elektrycznością. Albo jak w biało-czarnym śnie. To by się zgadzało, bo całe miasto przypominało przywidzenie. Zamojskiemu przyśnił się renesansowy sen, włoska fatamorgana. Stało to teraz gotowe, pozbawione kontekstu i piękne jak lekka paranoja. Miasto idealne na skraju buraczanych pól ciągnących się po Hrubieszów i po horyzont. Perła odrodzenia wśród zmarzniętych ściernisk. Śródziemnomorski okruch na skraju stepów. Mój kraj.

Było z minus dwadzieścia. Odjeżdżałem o świcie. Od Ukrainy wstawał złoty brzask. Siedemdziesiątką czwórką jechałem prosto na wschód, żeby w Zosinie trafić na osiemset szesnastkę, która biegnie na północ wzdłuż Bugu i granicy aż pod Siemiatycze, gdzie rzeka skręca na zachód, a droga zmienia oznaczenie. Tak. Wschód. Przylepiłem aparat na gumę do żucia i robiłem zdjęcia przez szybę. Co kilka minut naciskałem migawkę, żeby przyszpilić ducha tej przestrzeni, która miała się tutaj zaczynać i zawijając wokół globu, ciągnąć aż po Pacyfik. Najnowsza technologia w służbie najstarszej naiwności. Na fotografiach nie ma prawie nic. Asfalt prowadzi prosto, jak strzelił. Widać zmrożone, ale bezśnieżne pola. Na drzewach resztki rudych liści. Czasami zjawiają się zabudowania niemal całkowicie pozbawione formy. Ograniczone do najprostszych kształtów. Ściany, dwuspadowy dach, okna. Niektóre mają dachy jednopłaszczyznowe i ledwo pochyłe. To zabytki postkomunizmu. Magazyny, pegeery, składy, w których teraz jest tylko pustka i pleśń. Potem znowu droga, drzewa i jemioła wśród gałęzi. Czasami na asfalcie pojawia się środkowa przerywana linia, a czasami znika. Drewno domów jest naturalnie ściemniałe od słońca i deszczów. Od czasu do czasu pomalowane olejną farbą, też brązową, jednak o parę tonów jaśniejszą. Pamiętam, że przez dziesiątki kilometrów, przez kwadranse nie spotykałem innych aut. Błękitna cerkiew z zielonym dachem i kopułą po prawej stronie szosy.

Tylko w Sobiborze leżało trochę śniegu. Tyle, że przykrył wszystkie napisy. Na bocznicy ładowali drewno, ale wśród wysokich sosen było zupełnie cicho. Centymetr, dwa śniegu. Ktoś był przede mną. Na ścieżce widniały ślady stóp jednego człowieka. Wróciłem na szosę. Była tak samo pusta. Sarny pasły się na jej skraju i nie uciekały. Las, pustkowie i kolej. Wschód. Skraj cywilizowanego - tak to sobie wyobrażali, gdy budowali obóz. Ciemna szczelina, w której wszystko przepadnie. Skraj świata. Wystarczy zepchnąć resztki. Gdzieś po drodze było jezioro z drewnianym, uwięzionym w lodzie pomostem, a obok porzucony żelazny wagon. I znów nikogo, tylko ludzki ślad wiodący na środek zamarzniętej tafli.

***

Albo któregoś lata Licheń. Jakoś tak od tyłu zajechałem i zobaczyłem go na tle jeziora, czyli najpierw błękit wód, potem zieleń trzcin i lasu i na końcu cała ta złocistość powstająca z ziemi niczym fatamorgana. Tak. Złoty obłok. Prezent z kosmosu. Dojechałem do skrzyżowania, a potem sunąłem wśród bazaru z Matkami Boskimi, Jezusami i Popiełuszkami. Na plastikach, na makatkach, na trójwymiarowych mamidłach, na blasze. Te budy z dobrem były jak tatarskie namioty. Cały ten bazar był gdzieś ze stepu i czuło się łopot podszytej wiatrem świętości. Postawiłem auto na chłopskim wygonie. Właściciel przyszedł, wziął pieniądze i zaczął opowiadać coś księżego i plotowatego zarazem, ale ja widziałem w oddali złociste urwisko i nie mogłem się skupić. Od razu poszedłem.

Chryste, jakie to wielkie było. Wielkie i piękne jak nierządnica babilońska. Nie dawało szans. Nic tylko uklęknąć i się ukorzyć. Położyć się u stóp jak w jakiejś wizji bałwochwalczej. Wszedłem z zamysłem, żeby drwić, ale szybko mi przeszło. Chodziłem godzinę, chodziłem dwie i trzy i w końcu straciłem rachubę. Trochę wstydliwie przemykałem między ludem, który to wzniósł. Z tym lekkim poczuciem zdrady patrzyłem na stare kobiety, które oglądały najpiękniejszą rzecz w życiu. W chustkach, w skromnych bucikach na płaskim obcasie, w prawie męskich pantoflach. Dzieci albo wnuki prowadziły je pod ramiona. Całe rodziny spacerowały albo piknikowały w cieniu kolosa, którego wydźwignęli pod niebo.

Tyle lat błąkałem się, szukając duszy i tajemnicy tego kraju i znajdowałem tylko smród niegdysiejszych trupów albo odwieczny import oraz małpiarstwo światowych myśli i mód. A tymczasem tutaj, dwadzieścia kilometrów od Konina, powstała Sagrada Familia Wschodu, Tadż Mahal mojej ojczyzny. Falujący łan zboża jako źródło formy. Jak skała, jak zbocze góry, jak ściana wąwozu, stało to w oddali i trzeba się było przyzwyczaić do myśli, że to jest dzieło rąk ludzkich. Że to się przyśniło wiejskiemu proboszczowi. Klęczał na dziedzińcu, metalowy, przed równie metalowym papieżem, i wręczał mu makietę swojego dzieła. Wręczał ją tak, jakby wręczał samemu Bogu. Jakie tam "jakby". W tych stronach papież był Bogiem i tyle. Klękali przed nim i się modlili. Prawdopodobnie był kimś w rodzaju Chrystusa albo Ducha Świętego. Bóg Ojciec zesłał go Polakom na pociechę. Żeby byli dumni. Ponieważ zasłużyli na to. Po tych wszystkich latach udręki i poniżenia. Po tych Tatarach, Ruskich i Niemcach. Po tej zdradzie świata, który zostawił ich na pastwę. I dostali kogoś w rodzaju Syna Bożego, ale prawdziwego Polaka. Bez żadnych domieszek. I razem z Maryją Królową Polski wziął kraj w opiekę, tak jak niegdyś Pan wziął w opiekę naród Izraela.

O tym opowiadał mi Licheń za każdym razem, gdy tam przybywałem. A w ogóle było tutaj jak w niebie. Jak na przepięknej, najświętszej ikonie. Zewsząd to złote światło. Wszyscy robili zdjęcia. Fragment ziemi konińskiej został przebóstwiony. Przechadzali się wśród rajskiego ogrodu. Było jak w niebie polskim, z nadprzyrodzoną jasnością złocistych łanów zbóż oraz blaskiem odwiecznej niewinności. Wyobrażałem sobie, że to się odrywa od reszty świata, od tych wszystkich niezrozumiałych uniwersalistycznych religii, od tych cudzych dziejów powszechnych, i żegluje po wodach wszechświata. Nasza niezatapialna już na wieki arka. Przechodziłem z pokładu na pokład i wpatrywałem się w świetlisty kilwater. Z tyłu zostawały te wszystkie uprzykrzone narody, języki, państwa, kontynenty, cały ten rozgardiasz historii, który zawsze zwracał się przeciwko nam, wybierał nas na ofiarę, by potem szydzić, albo - co gorsze - zapominać.

Tylko tak mogliśmy ocaleć: odpływając na swej lechickiej łodzi, na korabiu biało-czerwonym z naszą Królową oraz jej polskim oblubieńcem. Tak więc z pokładu na pokład, jak inni z aparatem, w głąb do ładowni, na sam dół, do komór balastowych wypełnionych ziemią, kamieniami, kośćmi i zakrzepłą krwią, by się statek nie przewrócił, by nie nabierał przechyłu. Polska. Licheń. Lato. Wszędzie jakieś orły były porobione. Poprzysiadały to tu, to tam. Na kolumnach, na gzymsach. Orły i to zboże.

Naród grzebiących w ziemi pańszczyźnianych rabów wypatrujących na niebie skrzydlatych znaków swobody. Wieczne rozdarcie. Te chłopskie twarze, te ręce, te stopy powykoślawiane w chińskich posrebrzanych pantofelkach, ta biżuteria z blaszki na ciałach nawykłych do dźwigania ciężarów, ten krok uporczywy, zwierzęcy i celowy, to wszystko szło w złotą gardziel, we wnętrzności Lewiatana. Tam, w głąb wirtualu plemiennej wieczności, do brzucha ryby, która nas poniesie w dal dziejów.

Robiłem zdjęcie za zdjęciem i patrzyłem, jak mój lud, krew z mojej krwi, kość z kości, się okrętuje. Kobiety jak moje babki, mężczyźni jak moi dziadkowie - nikt nie zginął w żadnym powstaniu - wchodzą w chłodne licheńskie ładownie, podnoszą wzrok i kręci im się w głowie, bo nigdy nie byli w środku czegoś tak wysokiego i pełnego światła. Ale pod spodem są kości i kamienie. W ogrodach to tu, to tam porozrzucane usypiska na cześć Sybiru, na cześć Hitlerii, na cześć Komuny, dzięki którym naród budował swoją tożsamość. Bo kimże byśmy byli bez Sybiru, Hitlerii i Komuny? Nikim. Jednym ze stu banalnych narodów z ziewającą z nudów historią.

Czemu wznosilibyśmy świątynie? Wzrostowi higieny? Znajomości języków obcych? Prawom zwierząt oraz mniejszości? Cóż za żałość, cóż za banał. Sybir, Hitleria, Komuna jak trzy umazane zaśmierdłą krwią bóstwa w ogrodach edenu. Nasza wielkość, nasza wyjątkowość, nasza nieśmiertelność. Wywiodły nas z nicości. Lud się przechadza i robi im zdjęcia. Je kanapki w ich cieniu. Nieśmiało popala papierosy. Ze stołówki snuje się zapach mielonego. Miesza z dymami krematoriów. Polska. Lato. Niebawem zaczną się żniwa. Za żelazną kratą leży Kolbe z sinego gipsu. Wokół bioder ma przepaskę jak Chrystus na krzyżu. Nad nim stoi esesman z jakiejś czarnej gutaperki. Sen o niewinnej, o udręczonej świętości. Majak o wcielonej boskości. Że to jednak my zostaliśmy wybrani. Że Bóg nareszcie zrozumiał swą pomyłkę, odwrócił się od Izraela i nas usynowił.

W rozgrzanym powietrzu południa licheńska arka, licheńska brama niebieska, licheński dom złoty, licheńska wieża z kości, wieża babilońska, wieża nasza polska do samego nieba, żebyśmy już nikogo nie musieli o nic prosić, jak samych siebie o siebie samych po najdalsze dni. Przychodzić i palić ognie nad naszymi kośćmi w ziemi, nad skrzepem naszej krwi, nad nami samymi. Amen.

Tak. Wśród edeńskich ogrodów widzę wcielenia swoich babek i dziadków, pokolenie za pokoleniem, jak wchodzą do tych wszystkich wyzłoconych, wybłękitnionych, wypurpurowionych kościołów, by zaznać ukojenia od czarnej codzienności, od otchłani losu. Tutaj, jestem tego pewien, wejść może cały naród i zatrzasnąć za sobą drzwi. Nogi mnie już bolały od chodzenia. Po płaskim, w górę i w dół po schodach. Można się było zgubić. Nie tyle we wnętrzach, ile w tych wszystkich powidokach, w tych blaskach, feeriach, odbiciach i fantomach wypełniających powietrze. "Wolę stać w progu domu Boga, niż mieszkać w miastach bezbożnych". Tak było wyzłocone w czarnym marmurze. Więc tak miał wyglądać ten próg. Jak wobec tego wyglądały miasta bezbożne? Próbowałem odgadnąć. Czułem się jak w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym w kościele przy placu Szembeka w Warszawie. Nic nie rozumiałem. Stałem maleńki w głębi nawy. Wszystko było większe.

Stałem i zastanawiałem się, co Matka Boska ma pod biało-niebieską sukienką. Dzięki temu mogłem przetrwać te wszystkie godziny. Myślę, że wszyscy się zastanawiali. Myślę, że najbardziej zastanawiali się księża. Przecież nie dało się inaczej. Nie dało się żyć wśród kobiecych wizerunków, wśród matriarchalnych bóstw, nie zastanawiając się, co mają pod spodem. Tak. Matka Boska w zupełności wystarczała. Wcieliła się w mój kraj, a mój kraj wcielił w nią. Cały ten udawany monoteizm to było tylko zawracanie głowy. Tak naprawdę wystarczała ona sama, święci i błogosławieni. Żaden Bóg nigdy tu nie był potrzebny, tylko dziesiątki, setki świętych unoszących się w powietrzu jak duchy, plus ich bogini. Kości pod ziemią, duchy w powietrzu. Królowa Polski. Żydówka.

***

W maju o zmierzchu kładą się ciemnozielone cienie. Wokół odnowionych, ukwieconych kapliczek zbierają się kobiety. Przyprowadzają wnuczki i córki. W chustkach. Przysiadają na drewnianych ławeczkach i śpiewają. "Po górach dolinach rozlega się głos...". Klęczą, modlą się. "Królowo Dziewic, Królowo Wszystkich Świętych...". Przejeżdżam obok, przejeżdżam za ich plecami, cały świat jedzie, bo to czasami jest przy głównych drogach, na skraju rwącego nurtu, oddzielone rowem od asfaltu, przedwieczne. Klęczą albo siedzą jak wyrosłe z ziemi z tą spokojną, nienazwaną wiedzą, po którą przyprowadziły córki i wnuczki. To jest jak pijaństwo mężczyzn albo jak wojna. Kwiaty są teraz coraz częściej plastikowe, a farby coraz jaskrawsze i nie blakną w słońcu.

Do kogo podobny był Jezus? Do nikogo. Ale w tej Żydówce oglądają siebie, swój los, który wypełni strata i udręka. W tym jej dziecięcym, perwersyjnym ciele bez płci. Bez piersi, bez bioder, żeby nie kusiła. Ale i tak kusiła. Musiała kusić tym bardziej. Polska. W maju mój dziadek klękał przed nią. Na co dzień był twardym mazowieckim chłopem. Myślę, że bały się go i zwierzęta, i ludzie. Ale w maju klękał przed nią i przewodził chórowi kobiet. W ciasnej izbie robiło się duszno, bo robili to nie w polu, nie na skraju wsi, ale w domu. Kolorowa krepina, pelargonie i brakowało tylko zapachu kadzidła. Był za to pot i głosy rozsadzające izbę.

W maju rzucał wszystko i klękał na czele kobiet, których zrogowaciałe pięty pamiętam do dzisiaj, gdy tak jeżdżę i patrzę na te obrzędy wśród ciemnych, zielonych cieni. Mój dziadek był podobny do papieża. Teraz to widzę. Obaj mieli te słowiańskie, kurczące się w sobie na starość twarze. Bez trudu mogliby się zamienić strojami. Papież w granatowym cajgu, mój dziadek w tiarze, z pastorałem, w Rzymie. Obaj klęczący przed kobietą odartą z kobiecości, klęczący w istocie przed dziewczynką. Patrząc na jej kształty, może się rzeczywiście wydawać cudem, że urodziła normalnego chłopaka. No więc klęczeli obaj. Papież przed fatimską, mój dziadek przed biało-błękitną, zapewne z jakiegoś odpustu. Jeden przewodził kobietom ze swojej wsi, drugi swojemu narodowi. "Bernadka, dziewczyna, szła po drzewo w las, Anioł ją tam wiedzie, Bóg sam wybrał czas. Ave, ave, ave Maryja...".

Przesiąknięty wonią stajni, stodoły i ziemi, raptem spokorniały, skruszony, masochistycznie uległy, zginał swoje żylaste ciało, które wzbudzało strach. Podejmował tę dziwną grę z dzieckiem płci żeńskiej, z podlotkiem, i papież mu w tym towarzyszył, w tym niejasnym romansie, na który wszyscy patrzyliśmy, w którym braliśmy udział. Widzieliśmy jego zgięte, coraz starsze plecy przed nieśmiertelną nastolatką, przed naszą świętą lolitą. Teraz też tam przyjeżdżam, lecz nic nie zostało. Wywietrzał zapach stajni i stodoły. Nie ma zwierząt na północnowschodnim Mazowszu. Zostały grupki kobiet w maju przy kapliczkach.

Gdy jadę wolno, gdy patrzę na to wszystko, gdy staram się dociec, co się właściwie stało, spędzają mnie na bok klaksonem czarne beemy. Do Wołomina jest trzydzieści kilometrów i po pustoszejących wsiach panuje lękliwy kult. Zjeżdżam na bok i kątem oka łapię prosiakowate twarze chłopskich synów i wnuków, którzy nareszcie mają do woli sterydów i mięsa. Przypominają chłopaków z Bajram Curri, z Kragujevaca, z Prisztiny. Nie mają tylko tego alfonsiarskiegu sznytu, a jedynie wschodnią zwalistość.

Nad rozlewiskiem rzeki nieopodal domu, gdzie dziadek klękał przed ołtarzem z krepiny, urządzają weekendowe pikniki. Puszczają swoją martwą muzykę i strzelają z pistoletów do ptaków, do nieba, do ciemności. Ich dziewczyny grzęzną obcasami w piachu. Przypominają narzeczone bułgarskich zapaśników. Coraz więcej kobiet je przypomina. W tych czarnych samochodach, z grillami, w piachu robią to samo co wszyscy. Za wszelką cenę chcą udać się gdzieś dalej, opuścić to wszystko, co było. Zostawić za sobą dawny kraj, ponieważ nic w nim nie ma. Kości i dziewczynka bez piersi. W przyszłości też nic nie będzie, może tylko Matka Boska jak narzeczona bułgarskiego zapaśnika odzyska histeryczną cielesność. Ale nawet jak nie będzie nic, to będzie to już nic dla wszystkich po równo. I te chłopsko-podmiejskie syny, karmione nareszcie do syta sterydami i smalcem, palą swe czarne niemieckie fury i grzeją w nicość, by zdążyć przed wszystkimi. Dlatego im zjeżdżam. Na tych drogach, gdzie ich ojcowie brodzili boso w piasku i spędzali bydło z nadrzecznych pastwisk na wieczorne dojenie. Zjeżdżałem czarnym niemieckim furom i myślałem, że ich panowie są mądrzy w ten szczególny, bydlęcy sposób. Spieszą, by wyszarpnąć resztkę władzy, resztkę przemocy, resztkę bogactwa, resztkę żarcia i seksu, zanim te wszystkie rzeczy obrócą się w pustkę, w nicość, w imitację, którą będzie mógł mieć każdy.

***

Jeśli była niedziela rano, to przed kościołami północnowschodniego Mazowsza, tej melancholijnej krainy, której ojcem jest Bug, a matką Narew, gromadzili się wierni. Potem szli do swoich samochodów. Kreacje i karoserie. Połysk. Garnitury wydzielały ten sam blask co lakier. I to, i to tak samo rozgrzewało się w słońcu. Lecz nikt już nie brał butów w rękę, by boso wyruszyć w powrotną drogę do domu. Jednak z jakiegoś względu wszyscy wyglądali jak przebrani. Jakby te rzeczy dostali w paczkach z dalekich stron. Wszystko mieli nowe, ale jednak wyglądało jak cudze. Jak donaszane. Kolory były z telewizji i światło świata przepadało w nich bez śladu. Trzeba było uważać, bo rozsypywali się na szosie jak za czasów pylistych majdanów i koni stojących w cieniu z workami obroku na łbach. Ale psy coraz częściej widziało się na smyczach. W środku wsi albo i w polu husky wyprowadzane na spacer, i zanosiło się na to, że wiejskie wolne burki jak konie z obrokiem odchodziły w nicość.

Co zostanie? - myślałem w tej medytacyjnej podróży ojczyźnianej jak syn marnotrawny, który powrócił niepyszny z dalekich stron. Co? Nic. Przeszłość, która na wieki była przekleństwem, od którego wszyscy uciekali, nie mając zarazem niczego innego. Chłopcy w czarnych niemieckich brykach łapali to w lot bydlęcym instynktem. Księża w czarnych sutannach nie rozumieli nic. Zamykali kościoły i nie czekając, aż odjadą ostatnie auta, zmykali na plebanie, by siedzieć tam jak robaki w serze. Nic nie rozumieli. Święcili stada samochodów. Święcili motocykle. Święcili telewizory. Święcili nicość. Nic nie rozumieli. Nie rozumieli, że świat zmienia się w majak, w złudzenie, i święcili przywidzenia. Opowiadali bajędy sprzed stu lat, wiedząc, że nikt w nie nie wierzy, ale przecież nieważne jest, czy się wierzy, ważne, że się słucha. Ważne, że się gromadzi i stoi obok siebie, bo to jest jeszcze ta jedna jedyna rzecz, którą można zrobić. Więc może nie byli nawet głupsi od karków w czarnych niemieckich samochodach, tylko trzymali się innego sposobu, by przetrwać jeszcze chwilę. Po prostu jak wszyscy, nie mieli pomysłu, co dalej. Jezu.

Takie ma się myśli, gdy jedzie się przez ten kraj, gdy się po latach do niego wraca z Bajram Curri, Pogradeca, Medziugorja, Travnika i Vranduka. Trzeba tylko wyjechać. Na południe albo jeszcze lepiej na wschód.

Fragment książki "Dziennik pisany później", która ukaże się 20 października nakładem Wydawnictwa Czarne.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Andrzej Stasiuk / Fot. Grażyna Makara
Urodził się w 1960 roku w Warszawie. Mieszka w Beskidzie Niskim. Prozaik i eseista. Autor Murów Hebronu, Dukli, Opowieści galicyjskich, Dziewięciu, Jadąc do Babadag, Taksimu, Dziennika...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]