Opowieść o dzieciństwie wśród świadków Jehowy: zginie wszystko, co złe

Dzieci świadków Jehowy nie wierzą w piekło. Wierzą w nagrodę, w życie wieczne w raju na Ziemi. Wiedzą, że muszą być wierne zasadom organizacji i unikać pokus, które zastawia na nie Szatan poza zborem. Wszystko, co pochodzi ze „świata”, jest złe. Przyjaciele, książki, filmy, muzyka.
Czyta się kilka minut
Rys. Kasia Kozakiewicz dla „TP"
Rys. Kasia Kozakiewicz dla „TP"

Łukasz nie wierzy w piekło. Chłopiec ma 12 lat i wierzy, że po śmierci nie ma nic. Zamykasz oczy i znikasz. W rodzinie świadków Jehowy nie wierzy się w życie po śmierci. W takiej rodzinie większości rzeczy jest się pewnym. Wiadomo, że w Armagedonie zginą wszyscy ludzie ze „świata”, czyli tacy, którzy nie wierzą w Jehowę i nie należą do organizacji świadków Jehowy.

Armagedon

Łukasz siedzi na zbiórce do służby polowej. Twarde, drewniane krzesła wrzynają się w tyłek. Zbiórka kończy niedzielne zebranie, które trwa dwie godziny. Łukasz wyobraża sobie Armagedon. Myśli wtedy o potokach lawy przelewających się przez miasta, otwierających się szczelinach w betonie, do których wpadają niegodziwcy. Widzi kule gradowe wielkości słoni roztrzaskujące lokalne dyskoteki.

Inspirację czerpie z obrazków w „Strażnicy”, na których widać przerażone kobiety w krótkich spódniczkach depczące banknoty i strzykawki. Wszystko, co złe, pochodzi ze „świata”. Wszystko, co złe, zginie z ręki Jehowy. Kasia, rok starsza od Łukasza, mieszka na osiedlu z widokiem na kościół. Mówi, że nie może znieść dzwonów, które budzą ją każdego dnia, ale w takich momentach wyobraża sobie, że podczas Armagedonu będzie miała piękny widok na walący się budynek. Oczy szczupłej trzynastolatki lśnią. Pod gruzami słychać jęki dzieci. Armagedon przypadał w maju, więc Jehowa rozprawia się z grupką dzieci przystępujących do komunii.

Rys. Kasia Kozakiewicz dla „TP"

Łukasz wierci się na stołku. Na scenie pojawia się para głosicieli królestwa, która odgrywa symulację rozmowy między głosicielem a zdenerwowanym mieszkańcem, któremu świadkowie przeszkodzili w obiedzie z rodziną. Łukasz wraca do zmartwychwstawania w Dniu Sądu. Tydzień temu rozmawiał o tym z Martyną – trzy lata młodszą, cichą dziewczynką, która wyobrażała sobie minę dziadka, który wstaje z grobu tylko po to, żeby usłyszeć, iż ląduje w jeziorze siarki i ognia, a do raju trafiają kociorze.

We dwójkę marzą o karze, która spotyka z rąk Jehowy ich kolegów. Paweł, który słuchał satanistycznych zespołów, rozpada się w pył. Klaudia, która namówiła wszystkie dziewczyny z klasy Martyny, żeby przez miesiąc udawały, że dziewięciolatka nie istnieje, wpada do rozpadliny, a jej włosy płoną... w imię Jezusa Chrystusa Amen. Krzesła szurają o czerwoną wykładzinę. Wszyscy siadają na swoich miejscach. Po zebraniu spotykają się na tyłach Sali Królestwa. Śmieją się z Anety, która nie umiała poradzić sobie z przeczytaniem prostego wersetu. Nie idzie też na głoszenie. Jej ojciec jest wykluczony, więc rodzice mówią, że zaraziła się słabą wiarą. Trzeba na nią uważać.

Nastolatków w zborze nie jest zbyt wielu (około dziesięciu). Zbory liczą około stu osób. Mając dwanaście lat, jesteś jeszcze zbyt młody, żeby należeć do grupy starszych braci, którzy organizują imprezy. Tworzą się małe grupy towarzyskie. Przynależność do nich często warunkuje pozycja ojca (głowy rodziny) w zborze. Jeżeli jest starszym (pełni funkcje zarządcze), to automatycznie jesteś ważniejszy. Wiąże się z tym jednak odpowiedzialność. Twoje zachowanie będzie oceniane przez pryzmat „syn lub córka starszego”. Jeżeli sprawiasz problemy, to znaczy, że twój ojciec nie potrafi nadzorować własnej rodziny, więc pojawiają się wątpliwości, czy potrafi „paść stado duchowych braci i sióstr”.

Dyscyplinę ojcowie utrzymują żelazną, wykorzystując do tego „ojcowską rózgę”. Przemoc jest na porządku dziennym.

Kolacja

Aneta nienawidzi spódnic, które każe jej wkładać na zebrania matka. Prostuje się po modlitwie i zerka w kierunku dzieci. Basia (imię zmienione), córka przewodniczącego zboru, a prywatnie jej kuzynka, podnosi dwa palce i jąkając się, czyta werset biblijny. Dzieci się śmieją.

Aneta podciąga spódnicę i rusza w ich stronę. Kiedy podchodzi do kółka, opowieść się urywa. Dzieciaki uśmiechają się do siebie, a Łukasz pyta, czy idzie dzisiaj głosić. Nie idzie. Łukasz odchodzi, a za nim ruszają pozostałe dzieci. Dzisiaj wieczorem Basia urządza ognisko zborowe, Aneta nie została na nie zaproszona.

Wracają z mamą do domu. Ojciec, który na zebrania chodzi rzadko (jest wykluczony), pyta, jak było. Mama przekazuje, że Aneta zgłosiła się do odpowiedzi tylko raz i dukała nieprzygotowana. Ojciec krzyczy. Wypomina jej „Harry’ego Pottera”, którego dzień wcześniej spalił w kominku. Ojciec jest wykluczony za papierosy, ale wierzy w Jehowę. Marzy o tym, żeby być świadkiem Jehowy, więc żyje, jakby nim był, tylko nie może rzucić palenia.

Dzisiaj przychodzą starsi na kolację. Ojciec każe Anecie odrobić lekcje. Córka musi uczyć się dobrze. Jednocześnie nie może brać udziału w zajęciach pozalekcyjnych. Zazwyczaj w tym czasie wypada zebranie. Poza tym poświęcanie czasu na świeckie zainteresowania oddala od Jehowy. Musi być grzeczna w szkole i mieć świetne oceny, bo daje przykład innym jako świadek Jehowy. Nie wie, jak się ma uczyć, żeby było dobrze.

Aneta słyszy, jak ojciec kroi mięso na grilla. Zamówił je u znajomego rzeźnika tydzień wcześniej. Podobnie jak drewno na grilla. Od kilku dni powtarza, że najlepszy smak daje wysuszone drewno z drzewa wiśniowego. Wzrok mężczyzny wędruje mimowolnie do kurtki zawieszonej na wieszaku. W wewnętrznej kieszeni znajduje się paczka papierosów. Ojciec nienawidzi swojej grzesznej natury. To przez nią nie może uczestniczyć w służbie polowej i rozmawiać z braćmi. To przez nią jest wykluczony.

Mówi, że bracia będą za 15 minut. Przychodzi dwóch starszych z żonami. Nie biorą ze sobą dzieci. Dzieci boją się przychodzić do Anety, kiedy w domu jest jej ojciec, wykluczony. Chce jej się płakać, ale słyszy dzwonek do drzwi. Ojciec błyskawicznie wychodzi do ogrodu. Wchodzą bracia. Ukradkiem zerkają przez ramię matki. Aneta widzi te spojrzenia i robi się jej zimno. Ojciec jest w ogrodzie i trzęsie się z zimna, więc Aneta idzie do niego z kurtką. On każe przynieść rzeczy na grilla. Starsi ze zboru rozmawiają w salonie z matką i dziadkiem. Wszyscy są świadkami Jehowy. Babcia zaprasza do stołu. Sztućce i talerze lśnią.

W tarasowych drzwiach pojawia się ojciec. Niesie dwa duże półmiski wypełnione pięcioma rodzajami mięs. Przy stole zapada cisza. Aneta czuje napięcie. Ojciec nie wie, gdzie ma podziać oczy. Mówi pod nosem „dzień dobry” i kładzie na stole jedzenie. Nikt nie odpowiada. Matka mówi mu, żeby poszedł na górę. Ojciec rzuca ostatnie spojrzenie na nieruchome twarze przy stole i powoli wlecze się w stronę schodów. Aneta wyje ze wstydu. Robi to do środka, tak jak zawsze.

Atmosfera przy stole się rozluźnia. Matka nakłada na talerz kiełbasę, dwie kromki chleba i wstaje od stołu. Idzie zanieść kolację ojcu, który musi czekać, aż bracia skończą jeść. Kiedy odjeżdżają, on schodzi na dół. Pyta, jak było, czy im smakowało. Bardzo smakowało. Ojciec zerka w stronę kurtki przy wejściu. Matka syczy, że widzi, czego chce. Ojciec uderza pięścią w stół. Zaczyna przeklinać. Często się złości, ma problemy z agresją. W końcu wychodzi, a z ogrodu dobiega trzask zapalniczki. Dym z czerwonego marlboro miesza się z wonią wiśniowego drewna dogasającego na grillu.

Kocenie

Pytam Anety, dlaczego zdecydowała się w tak młodym wieku wziąć chrzest. Miała dwanaście lat.

– Szukałam uwagi i docenienia, bo nikt mnie nie szanował. Myślałam, że jak zrobię coś wielkiego, to ktoś na mnie zwróci uwagę i chociaż tego jednego dnia mnie przytuli. Wiem, że to głupie, ale tak się czułam. Samotna, niezrozumiana, bez przyjaciół. Oceniana, obgadywana. Totalnie zagubiona. Wierzyłam wtedy w Boga i w to, że będę świadkiem do końca życia. Ale w tamtym momencie byłam emocjonalnie rozbita. Dla mnie najgorsze było to, że wychowywałam się w rodzinie, gdzie jeden z rodziców był wykluczony, a drugi bardzo wierzący.

Rys. Kasia Kozakiewicz dla „TP"

I ciągnie dalej: – W tamtych czasach w szkole dzieci bardzo wyśmiewały się ze świadków Jehowy. Na korytarzach odbywało się bezwzględne „kocenie”. Nikt nie chciał się ze mną kolegować. Z małymi wyjątkami osób, które chciały utrzymywać ze mną przyjacielskie relacje, ale nie mogłam spotykać się z nimi po szkole. Kiedy koleżanka z klasy odprowadzała mnie do domu, mój sąsiad, też świadek Jehowy, przyszedł do nas i powiedział, że widział mnie, jak prowadzę się ze „światusami”. Nie mogłam uczestniczyć w pogrzebie mamy mojej koleżanki, bo był w kościele.

Z drugiej strony, jako osoba żyjąca pod jednym dachem z wykluczonym członkiem zboru, byłam traktowana przez innych świadków Jehowy jako osoba gorszego sortu. Rodzice zabraniali swoim dzieciom odwiedzać mnie w domu, by chronić je przed kontaktem z osobą wykluczoną. Czułam się gorsza w każdym miejscu i niewystarczająca, co sprawiało, że bardzo trudno było mi odnaleźć się w społeczeństwie i grupie.

– Moja matka, jak jej mówiłam, co czuję, to odpowiadała, że mam nie patrzeć na innych, tylko na siebie i Boga. Dlatego mówię, że byłam niezrozumiana. Bo żadne towarzystwo nie było dla mnie, i nawet rodzice nie byli. Bardzo mnie do teraz irytuje hipokryzja zborowa, rodzinna. Bardzo mi to mieszało w głowie, że widzisz jedno, a czytasz i słyszysz o drugim. Czułam wielką niesprawiedliwość.

Aneta wspomina, że śmiano się z niej w szkole, że niczego nie może.

– Nawet jak się z kimś bardziej polubiłam, to relacje szybko się rozluźniały, bo oni spędzali razem czas, a ja nie. Mieli relacje z imprez, pierwsze miłości, koncerty, a ja nic nie mogłam. Więc w końcu wszystko gasło. Ileż można rozmawiać o szkole? Nie miałam nic do zaoferowania, nie mogłam z nimi niczego przeżywać. A w zborze? Tam również nie ma głębokich relacji. Ludzie uważają na to, co mówią, rozmawiają na tematy związane ze zborem i religią, ale ile można rozmawiać o szkole królestwa? A jeżeli podzielisz się czymś naprawdę osobistym, to zazwyczaj ma to związek z grzesznymi myślami i powinno zostać zgłoszone starszym.

– Irytowało mnie, jak słyszałam plotki, że np. Paweł miał rozmowę z braćmi, bo pnie się po szczeblach kariery w banku i to nie wypada, a Krzysztof choć był starszym i wypijał dwa do czterech piw co wieczór, to nikt się nie wtrącał. Kaśka to wychwalana bohaterka, która zrezygnowała ze studiów, żeby służyć Bogu, postawiona jako wzór do naśladowania. Basia to chodzące zło. Była bibliotekarką. Ona kontrolowała, co czytam w gimnazjum i liceum. No to, jak pamiętam z dzieciństwa, to same zakazy.

– Marzyłam jako dziecko, żeby być już dorosła i uciec. Pewnego dnia, po kłótni, ojciec powiedział, że nie puści mnie na studia. Powiedziałam, że wychodzę do służby polowej. Wyszłam i już nigdy nie wróciłam.

Nóż

Niedziela, 22 października 1998 roku. Służba polowa.

Ul. Kukułek 4a. Wysoki mężczyzna w okularach. Był zainteresowany tematem życia wiecznego, wziął czasopismo: „Kto tu rządzi, ty czy urządzenia elektroniczne?”. Zgodził się na wizytę za tydzień.

Ul. Kukułek 4b. Nikt nie otworzył.

Ul. Kukułek 5. Starsza pani, nie chciała otworzyć drzwi. Zgodziła się na zostawienie „Strażnicy” w drzwiach: „Jak zapewnić sobie bezpieczną przyszłość?”. W przyszłym tygodniu na obiedzie będzie jej syn i wtedy porozmawia.

Kukułek, dom ze zniszczoną elewacją i czerwonymi drzwiami, bez numeru. Na podjeździe stoi sportowy samochód. Łukasz wsuwa zeszyt do skórzanej teczki. Sprawdza mapkę terenu do głoszenia. Teren to określenie przestrzeni, w której porusza się głosiciel. Głosiciel to określenie świadka Jehowy, który wyrusza głosić dobrą nowinę. Dzięki dobrej nowinie wiesz, że świat, w którym żyjesz, dobiega końca. Dwunastolatek powtarza w myślach rady ze zbiórki polowej. Waży w dłoni neseser. W neseserze czekają czasopisma „Przebudźcie się!” i „Strażnica”.

Rys. Kasia Kozakiewicz dla „TP"

Czy chciałby pan żyć w świecie pozbawionym przestępstw? Kto by nie chciał żyć w takim świecie. Ma pan córkę, albo syna, prawda? Proszę popatrzyć na mnie i mojego synka. (Łukasz z czułością spogląda na szczupłego, łysego mężczyznę w okularach, który stoi obok niego). Jeżeli pan jest ojcem, to na pewno chciałby pan, żeby pana dziecko wychowywało się w świecie bez ciągłego strachu, bez morderców, gwałcicieli i narkomanów. I ja ten świat mogę panu dać. To znaczy Jehowa może go dać, ale jeszcze nie teraz. Cierpliwości.

Najpierw werset z Listu do Koryntian. No bo wie pan, że w Biblii, w tej Biblii, którą pan ma w swojej komodzie, została zawarta obietnica życia w czasach, kiedy nie będziemy musieli obawiać się żadnego zła. Proszę nie patrzyć z takim zdziwieniem. Możemy przeczytać ten werset z pana Biblii, żeby nie było żadnych wątpliwości. Jakie wydanie czyta pan najczęściej? Proszę się nie złościć, my tutaj często rozmawiamy z ludźmi i nikt nie pamięta, ale to wydanie Tysiąclecia albo świętego Jakuba. Tak? Bardzo dobre wydanie, ale nie chcę zabierać więcej czasu, tylko może byśmy wspólnie przeczytali, ja do niczego nie namawiam, po prostu jest niedziela i pan z kościoła wrócił, prawda? No to kiedy jest lepszy moment, żeby porozmawiać o Stwórcy, niż niedziela? No prawda, że nie ma, a to może byśmy weszli na piętnaście minut i spokojnie porozmawiali, żeby sąsiedzi nie hałasowali.

To, co odróżnia głoszenie w niedzielę, to ciasto i wstyd przed sąsiadami. Drzwi otwierają się i przez próg przedostaje się kwaśny odór alkoholu. Papieros w ustach gospodarza rozżarzył się jak głos ojca cytującego List do Koryntian. „Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący!”. Mężczyzna kołysze się, oparty plecami o blat kuchenny, i słucha, słucha, słucha.

Ojciec kończy czytać i pyta, czy w świecie wypełnionym taką miłością nie chciałby żyć nasz drogi gospodarz, ale mężczyzna już się w sobie zebrał i wydala długo skrywaną tajemnicę, że w takim świecie, o którym tamten mówi, to dla niego miejsca raczej nie ma. I właściwie to on jest na przeciwnej barykadzie. W jaki sposób przeciwnej? – pyta ojciec, a mężczyzna przypatruje się mu długo, waży go wzrokiem i wysuwa szufladę w kuchennej szafce, jakby od niechcenia ją wysuwa i mówi, że no w taki, że on całe życie był bandytą i dla niego świat urządzony po jehowemu to świat, który mu się wcale, ale to wcale nie podoba. I z tej szuflady w jego rękach pojawia się nóż. Ojciec zasłania się Biblią i mówi, że on chciałby już wyjść, bo czuje od mężczyzny alkohol, ale bandyta nie ustępuje i pyta, po jakiego chuja pchał się do niego do domu.

Łukasz zaczyna płakać. Ojciec wstaje i ciągnie go za rękę. Mężczyzna krzyczy, każe wypierdalać. Ojciec ma zaciśnięte usta. Kiedy stoją na ulicy, każe zapisać w zeszycie, żeby omijali następnym razem ten dom. Modlą się.

W zeszycie chłopiec zapisuje, że był w terenie 1,5 godziny. W nocy moczy się przez sen. W raporcie ze służby polowej znajdą się dwie „Strażnice”, trzy „Przebudźcie się!” i jedna umówiona rewizyta. Notes Łukasza wypełniają kolumny dat, godzin, numerów domów i humorów ludzi, których spotkał. Wkłada go do wewnętrznej kieszeni marynarki. Robi się cieplej.

Z czasem chodzenie do służby zacznie się robić trudniejsze. Głównie ze względu na znajomych z gimnazjum. Największy strach, który czujesz, to ten, kiedy w oddali widzisz grupę nastolatków. Uczucie paniki w środku, kiedy chcesz się odwrócić i uciekać, ale idziesz ramię w ramię z bratem Darkiem i nie dajesz po sobie poznać, że to ktoś, kogo znasz. Albo te chwile, kiedy drzwi otwiera koleżanka z klasy. Jesteś w garniturze, w ręce masz czasopismo „Strażnica” i wiesz, że następnego dnia w szkole wszyscy będą się z ciebie śmiali.

Krąg

Martyna wraca z zebrania i siada przy biurku. Na jutrzejszą plastykę musi oddać krajobraz zimowy. Pani zadała im zadanie, żeby stworzyć kartkę świąteczną. Martyna nie obchodzi świąt, więc jutro w klasie jako jedyna odda kartkę bez choinki. Pamięta zeszły rok. Wigilia klasowa wypadała na drugiej lekcji, więc na czas rozdawania prezentów wychowawczyni zaprowadziła ją na korytarz. Zza drzwi dochodzą piski i śmiechy koleżanek. Całość trwa ponad czterdzieści minut. Po wszystkim poczęstunek. Wychowawczyni wprowadza ją do klasy, a ona widzi wzrok dzieci. Dziwadło. Kociara. Słyszała to od pierwszej klasy. Martyna siada w ławce i patrzy, jak dzieci jedzą przygotowane przez ich matki ciasta. Ona nie może.

Martyna ma dziewięć lat. Wychowuje się w rodzinie świadków Jehowy. Trzy razy w tygodniu musi wyjść z klasy i czekać przed nią, aż skończy się lekcja religii. Kiedy dzwoni dzwonek, z innych klas wylewają się uczniowie i patrzą na nią. Czeka, aż ksiądz wyjdzie, i wtedy wślizgnie się do swojej ławki. Udaje, że nic się nie stało. Udaje, że nie słyszy rozmów komentujących przygotowania do pierwszej komunii. Udaje, że jej to wszystko nie obchodzi.

Martyna potrząsa głową i patrzy krytycznie na swoją pracę. Kartka z zimowym krajobrazem wychodzi szara.

Łukasz przypomina sobie pewne wrześniowe popołudnie, kiedy poszedł na boisko szkolne pograć w piłkę. Nie wiadomo skąd na boisko wbiegli chłopcy, których kojarzył tylko z ukradkowych spojrzeń, bo byli duzi i źli. Pili i bili. I tym razem bili jego. Otoczyli go w kilkunastu i krzyczeli, że jest kociorzem. Pieprzonym jehowym. I pamięta, jak pojawił się przed nim Sławek i zaczął go tłuc po twarzy. A oni się śmiali. Łukasz płakał i próbował uciekać, ale z kręgów takich jak ten nie ma ucieczki. Czuł kopnięcia. Płakał, choć płakał ze złości, nie z bólu. Na początku się bał, ale potem ślepy wstyd wstrząsał nim tak mocno, że chłopcy przerwali. Ma dość, rzucił Sławek. Byli sąsiadami. Mieli po 10 lat.

Urodziny

Martyna ma dziś trzydzieści trzy lata. Łukasz to ja.

Martyna pyta mnie, czy pamiętam urodziny w klasie. Pani wyczytuje listę obecności, po czym prosi, żebyśmy wszyscy wstali, bo Michałek ma dzisiaj urodziny. Michałek wędrował na środek klasy, a w ręce trzymał worek cukierków. Ja siedziałem, mówię. Martyna wspomina, że wstawała, ale nie śpiewała. – Paliliśmy, ale się nie zaciągaliśmy – rzucam. Śmiejemy się.

Michałek przechadza się po klasie i częstuje galaretkami. Rzuca spojrzeniami w twoim kierunku. Uśmiecha się. Kiedy staje przed tobą, zawsze podtyka ci worek cukierków pod sam nos. Wie, że nie weźmiesz. Czeka, długo czeka. Czeka, aż podziękujesz i powiesz, że nie obchodzisz urodzin. Jeżeli trafiło się na wyjątkowo złośliwego Michałka, to on tak stał i patrzył na ciebie i mówił, no weź, przecież mam urodziny. I wszystkie dzieci patrzyły na ciebie i mówiły, no weź – a ty nie brałeś. W klasie było 32 uczniów. To daje średnio trzy urodziny w miesiącu. W takich momentach nie myślisz o Jehowie i o prześladowaniach pierwszych chrześcijan, tylko o tym, że oni wszyscy patrzą, a ty jesteś dziwadło. I zapadasz się w sobie, a po lekcjach Michałek przyjdzie do ciebie i przywali ci workiem na obuwie zmienne w brzuch, bo nie chciałeś jego cukierków, kociorzu. Będzie razem z kolegami szedł za tobą ze szkoły pod dom i miauczał do zdarcia gardła.

Pamiętam 18 września 1998 roku. Trzecia klasa podstawówki. Nasza wychowawczyni czyta listę obecności. Zatrzymuje się przy moim nazwisku. Poprawia nerwowo okulary, patrzy na mnie. Zastanawiam się, czy coś zrobiłem. Zawsze zastanawiałem się, czy zrobiłem coś niewłaściwego. Zazwyczaj odpowiedź jest twierdząca. Wychowawczyni zamyka dziennik i zadaje nam jakieś ćwiczenie, po czym mówi, że chce ze mną porozmawiać na korytarzu. Wychodzimy. Szczupła nauczycielka, w materiałowej spódnicy za kolano i zbyt dużych okularach, nachyla się do dziesięcioletniego chłopca, ścisza głos i wciska mu w rękę zielonego krokodyla. To ostrzałka. Nauczycielka wie, że nie obchodzę urodzin, ale przytula mnie krótko, gwałtownie. To jest po prostu od niej, prezent. I mam go zatrzymać. Wracamy do klasy.

Najbardziej bałem się tego, żeby rodzice nie zauważyli, żeby nie zapytali, bo będę musiał kłamać. Ale to był pierwszy raz, kiedy poczułem, że coś jest nie tak z tymi zasadami. Ściskałem tego krokodyla-ostrzałkę w ręce i czułem dziwny ucisk w żołądku. Wstydziłem się. Z drugiej strony, było mi niewyobrażalnie miękko i ciepło.

Pasek

Dzieci świadków Jehowy nie wierzą w piekło. Wierzą w nagrodę, w życie wieczne w raju na Ziemi. Wiedzą, że muszą być wierne zasadom organizacji i unikać pokus, które zastawia na nie Szatan poza zborem. Wszystko, co pochodzi ze „świata”, jest złe. Przyjaciele, książki, filmy, muzyka, zainteresowania, zabawki – odciągają od Jehowy. Dlatego dwa razy w tygodniu ubierają się odświętnie, pakują swoje nesesery i teczki i parkują przed Salą Królestwa. Pośród starannie przyciętych żywopłotów, schludnych posesji i czujnych spojrzeń stuosobowa społeczność rozpoczyna i kończy zebranie modlitwą.

Dwunastoletni chłopiec próbuje ukryć sińce pod oczami i wierci się. Dwie godziny siedzenia na drewnianym krześle, kiedy twoje nogi pokryte są piekącymi ranami od skórzanego paska ojca, to dużo. Niezdarna dziewczynka nerwowo drapie się po pończochach i siada obok mamy, która każe jej wyciągnąć dzisiejszą „Strażnicę”. W rzędzie przed nimi Kasia, córka starszego, prezentuje podkreślone odpowiedzi na pytania do studium biblijnego. Dziewczynka kurczy się w sobie. Musi dzisiaj zabrać głos. Stresuje się. To przez słabą wiarę. Martyna dzisiaj płakała, bo w szkole jest karnawał. Córka świadków Jehowy ma tylko dziewięć lat i myślała, że karnawał jest czymś dobrym. Przygotowała strój księżniczki. Ojciec spalił sukienkę z bibuły w piecu. Wróżki to zło, krzyczał. Wróżki to Szatan. Ogień odbija się w szkłach jego okularów. Wyje.

Dziewczynki podają sobie ręce i patrzą w podłogę. Nigdy nie rozmawiają o takich rzeczach. Kiedy się spotykają, to bawią się w głoszenie albo w zebranie. To jest bezpieczne.

Pustka

Wyobraź sobie piekło. Dzieci świadków Jehowy nie wierzyły w piekło. Wierzyły, że po śmierci nie ma nic. Pustka. Zamykasz oczy i znikasz. I dzieci świadków Jehowy czekały na ten moment. Każdego dnia kiedy szły po korytarzu, a za nimi ciągnęło się przeraźliwe miauczenie. Kici, kici słyszane w parkach i na ulicach podczas głoszenia. Zakazy i nakazy, które mnożyły się w ustach rodziców i współbraci w wierze, a którzy nie mieli pojęcia, jak to jest być dzieckiem świadków Jehowy, bo każdy z nich zmienił wiarę, kiedy był dorosły.

Wyobraź sobie piekło. Dzieci świadków Jehowy nie wierzyły w piekło. Wierzyły, że poza ich wstydem nie ma nic. Pustka. Zamykasz oczy i nie znikasz, tylko stoisz na środku klasy, każą ci śpiewać hymn, a ty patrzysz przed siebie, łzy lecą ci po policzkach i myślisz, że jesteś dzielny. A jesteś sam.

...w imię Jezusa Chrystusa Amen. Krzesła szurają o czerwoną wykładzinę. Wszyscy siadają na swoich miejscach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 47/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Kici, kici, miau, miau