Reklama

Oczko w głowie, wodne

Oczko w głowie, wodne

28.08.2017
Czyta się kilka minut
Przekształcamy się w społeczeństwo bez potrzeby czytania. Szkoła średnia odgrywa tu kluczową rolę. Wzmacnia nawyki lekturowe albo je eliminuje. No właśnie!
ALAMY STOCK / BEW
A

A gdyby tak ogłoszoną niedawno przez Ministerstwo Edukacji Narodowej propozycję nowej listy lektur potraktować jak kartę dań, które agenda rządowa zaleca uczniom uczęszczającym do liceów i techników? Nawet pobieżny rzut oka na to nowe zestawienie pozwala ocenić kulinarne zdolności aktualnego szefa szkolnej kuchni. Schorzenia, na które będzie zapadać w przyszłości młodzież na takiej diecie – również.

W „Kongresie futurologicznym” Stanisław Lem zaprezentował koncept „sięgarni”, które tym różnią się od klasycznych „księgarni”, że książki dostępne są w nich w postaci łatwych do przyswojenia pigułek, napojów, potrawek, a nawet lizaków dla dzieci. Nie czytamy ich, lecz je zjadamy, gdyż zrobione są z dosładzanej substancji informacyjnej. Gdy się przesadzi z nadmiernym spożyciem, można dostać niestrawności. Menu ministerstwa grozi dla odmiany literackim niedożywieniem i kulturową...

12807

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

proponuję inny, archiwalny artykuł: Janusz Sławiński "Literatura w szkole: dziś i jutro", Teksty nr 5-6 (35-36) 1977. Zdaje się, ze po czterdziestu latach wciąż mamy "dziś" ;) Tym bardziej warto przeczytać ten zadziwiająco aktualny tekst. Link do pdf jest niemożliwie długi, toteż go tu nie wklejam, ale łatwo znaleźć po nazwisku i tytule.

Akurat, to iż dzisiaj mało Polak czyta nie wiązałbym z żadną polityką. To efekt postępów cywilizacji, komputeryzacji, natłoku informacji i konieczności podawania przekazu w formie skondensowanej. Dzisiejszy ośmiolatek z wielką wprawa posługuje się smartfonem, a duka litery w książce drukowanej. Powstanie elita, która jeszcze czyta (wyniosła to z domu) i cała reszta, która cała "wiedzę" czerpie z Internetu. Łatwo nią manipulować. Czytanie publiczne pod egidą Prezydenta przełamuje choć trochę tę globalną tendencję.

Panie Grzegorzu - w punkt! Dziękuję za tekst i serdecznie pozdrawiam!

Teksty takie jak "kazania sejmowe", "Lament świętokrzyski", "Rozmowa mistrza Polikarpa..." były w kanonie i za moich czasów, prawie 20 lat temu. Co z tego wynika? Historycznej literatury było zawsze dużo, za dużo. 3 lata w liceum tylko starocie, a kiedy w 4 klasie coś ze współczesności, to też tylko do lat 80-tych. Żadnej Tokarczuk, Pilcha, choć już sporo wtedy zdążyli napisać.

Dyskusje nad ustaleniem kanonu lektur trwają już od dziesiątków lat, co najpóźniej od r. 1980, ale wcześniej też na pewno były. Moim zdaniem, głównym problemem metodologicznym jest brak (?) autorytatywnego i za takie uznawanego powszechnie gremium krytyków literackich i w ogóle znawców literatury, którzy mogliby ustalić autorytatywnie, pozostawiając niewielki margines niepewności, co jest a co nie jest wystarczająco klasyczne, by się znaleźć w kanonie lektur, niezależnie od aktualnych mód, polityk, preferencji seksualnych, kulinarnych, urlopowych, stosunku do służby wojskowej, stanu cywilnego, czynnika Rh i innych podobnych akcydentalnych okoliczności. W sprawie Stasiuka & Cie: bałbym się zamieszczać w kanonie autorów żyjących i piszących, raz dlatego, że to może wyglądać na ich "promowanie", dwa dlatego, że może ich i całą literaturę współczesną młodym ludziom beznadziejnie i do reszty obrzydzić, trzy dlatego, że ... po prostu nie mamy do niej jeszcze potrzebnego dystansu i nie umiemy naprawdę ocenić wartości ich utworów. Ad Em i nieśmiertelnego mistrza Polikarpa: nadaje się do odczytywania przy dźwiękach "Danse macabre" Saint-Saënsa... nie, serio, w literaturze staropolskiej są naprawdę dobre utwory, a moim ulubionym jest "Pieśń o Wiklefie" mistrza Jędrzeja z Dobczyna, pierwsza połowa XV wieku, przy okazji daje okienko na zawirowania religijne tej epoki. Kiedyś pytałem się moich studentów, jaką powieść potrafią bez szperania po rocznikach swoich dzienników przypomnieć sobie, że czytali, to po dłuższej anamnezie jeden odpowiedział, że "Szewców" Witkacego... Mam nadzieję, że sobie ze mnie żartowali, umiem to docenić. Zresztą, inny potem sobie przypomniał "Panią Bovary". Ciekawe, czy Flaubert jest w nowym kanonie...?

Nabytego zresztą, w tym sensie, ze najpierw trzeba sporo wiedzieć, żeby docenić urodę archaicznego języka, chropawej metryki wiersza oraz w ogóle przypisać ważność temu dokumentowi (bo przecież nie arcydziełu) literackiemu. 15-latkowi nie otworzy to żadnego okienka, o ile nie zainteresuje się wcześniej (!) zagadnieniem zawirowań religijnych średniowiecza, i będzie widział w rymach Jędrzeja jeno niezrozumiały rap o jakimś randomowym gościu. Już prędzej Rej przemówi rubasznym, skatologicznym humorem i bezpośrednio zrozumiałą tematyką (pomyślmy np. o "Plebanowi zdechł piesek..." jako epigrafie "Historii o miłosiernej" Sassuny ;). Poza tym czasu jest w szkole tyle ile jest i nawet na Kochanowskiego nie ma go tyle, żeby dać uczniowi szansę zrozumienia "Trenów". Bo nie da się tego zrobić bez "Snu Scypiona", to znaczy da się, ale to tak, jakby "przerabiać" Joyce'wskiego "Ulissesa" bez świadomości, że istnieje "Odyseja". A kto z nas, z ręką na sercu, czytał "Sen" w pierwszej klasie? Poza tym, pozostając przy "Pieśni o Wiklefie" w kontekście poznawania jednocześnie burzliwej historii średniowiecza i literatury, wraca problem plemienności kanonu. Z szerszej, europejskiej perspektywy pod każdym względem lepiej byłoby zabrać się za, bo ja wiem?, Guillaume'a de Machaut albo prowansalską "Pieśń o krucjacie". W ogóle samo pragnienie określenia "kanonu" jako elementu korpusu wiedzy, której należy wymagać od absolwenta liceum, jest oparte na iluzji, a właściwie trzech iluzjach na temat potrzeby wielkiej literatury w szkole, o czym pisał 40 lat temu prof. Spławiński (nawiasem mówiąc, z okazji planowanej wówczas reformy szkolnej), mianowicie: 1) że jest ona skarbnicą użytecznej dla ucznia wiedzy o świecie i życiu 2) że sprzyja właściwemu kształtowaniu wrażliwości młodych ludzi i 3) że kształci ich kompetencje językowe. [zgódź się, adminie, że podam w tym miejscu skrót do tamtego artykułu: http://bit.ly/2ePX9Il] A to są twierdzenia łatwe do obalenia, bo wielka literatura jest nie tylko niedydaktyczna, ale antydydaktyczna. Dlatego i z jeszcze innych powodów profesor dochodzi do obrazoburczego wniosku, że literatura w ogóle nie powinna być przedmiotem w takim sensie, jak matematyka, fizyka, czy nawet historia, i należałoby poprzestać na kształtowaniu nawyku czytania na bazie literatury łatwiejszej, wręcz młodzieżowej, oczywiście nie wymagając na maturze znajomości treści "Lalki". Ciekawe, że pan Jankowicz w sumie dochodzi do podobnego wniosku, ale wycofuje się i jednak żąda czytania "Edypa" dla wyciągnięcia z niego "wskazówki", czyli po prostu banalnego morału. Poza tym jaki morał wyciągnąć z "Hamleta", opowiadań Schulza albo - skoro zapytaliśmy o Flauberta - z "Pani Bovary"? To już prędzej "Bouvard i Pécuchet" by się nadał ;)

Wielka literatura daje nam wiedzę raczej nie użyteczną, ale taką, którą na swoje nieszczęście posiedli i Edyp i Sokrates: wiedzę będącą wykonaniem za- czy polecenia "gnothi seauton", poznaj samego siebie, Wiedzę użyteczną dają książki kucharskie i "How to win friends and influence people" Dale'a Carnegie'ego.... Wielka, czy raczej dobra artystyczna literatura /w odróżnieniu od trywialnej/ jest dydaktyczna właśnie przez to, że nie jest natrętnie, łopatologicznie dydaktyczna. Użyteczne zalecenie: "Dlatego, drogi czytelniku, nigdy nie naprzykrzaj się swoim bliźnim niewygodnymi pytaniami!" NIE JEST integralną częścią "Obrony Sokratesa", za morał z której mogłoby uchodzić.

...jako punkt wyjścia wszelkiej przyszłej lekturologii, która będzie mogła wystąpić jako nauka: 1. Dlaczego chcemy w ogóle, by ludzie /z różnych klas społecznych/ czytali literaturę piękną? Czy po to, by zapewnić prace pisarzom, wydawcom, drukarzom i księgarzom? Czy może po to, by obywatele mieli tanią rozrywkę? Gry komputerowe lepsze, albo oglądanie "śmiesznych kotów" na Youtube'ie... Albo po to, by, jak to sugeruje p. Jankowicz, ludzie lepiej rozumieli taki czy inne fragment rzeczywistości, np. "istotę rozwarstwienia społecznego, które rujnowało społeczeństwo polskie w dwudziestoleciu międzywojennym, a które i dziś jest źródłem wielu naszych problemów"? Ale _belles lettres_ prawdy nie mówią, to domena literatury faktu. Albo może z innych jakichś jeszcze powodów? Jakich? 2. Dlaczego chcemy, by dziatwa i młodzież szkolna "przerabiała" takie czy inne utwory literackie na lekcjach w szkole? By wyuczyć ją jakże praktycznego fachu filologa i/lub krytyka literackiego? By dowiedziała się, co o tych utworach myśleli różni dawno zmarli /lub zabici/ biali faceci, jak taki I. Chrzanowski i jemu podobni? By dać jej odetchnąć od całek i cukrów prostych? By obrzydzić jej na całe życie czytanie wszelkiej literatury "pięknej"? Póki nie będzie w miarę składnych odpowiedzi na te 2 z pozoru łatwe pytania, cała dyskusja będzie kręciła się w miejscu i wyradzała /jak zawsze w Polszcze/ w awantury.

Tłumaczenie jest zawsze /prawie/ "tylko" tłumaczeniem, dlatego koncentracja na utworach w języku własnym jest nieunikniona; ja też np. podziwiam Chaucera ("for of fortunes sharp adversitee / the worste kynd of misfortune is this:/a man to han been of prosperitee / and to remembren, whan it passyd is") albo Walthera von der Vogelweide ("Wer sleht den lewen, wer sleht den risen? / wer überwindet jenen und disen? / daz tuot einer der sich selber twinget /und alliu siniu lit in huote bringet"/ bardziej może niźli mistrza Jędrzeja z Dobczyna, ale ... nie robię sobie złudzeń...

Uczeń jest nieprzygotowany pod każdym względem do odbioru treści i formy tej wielkiej vel dobrej/artystycznej literatury, co grozi spłaszczeniem lektury i ostatecznym do niej zniechęceniem, ale jak ma się przygotować, jeśli nie przez czytanie? Może rozwiązaniem byłoby oddzielenie historii i teorii literatury od "treningu lekturowego" i przyznanie jej statusu podobnego historii tout court, której uczeń przecież nie poznaje czytając źródła in extenso i dyskutując o nich godzinami w klasie. Obszerny, dobrze opracowany podręcznik z trafnie dobranymi fragmentami pozwoli ogarnąć dużo większy obszar (mniej dylematów co za co) i pozostawi bardziej usystematyzowaną, rzetelniejszą wiedzę. A z "indeksu ksiąg nakazanych" w ogóle bym zrezygnował, co nie oznacza rezygnacji z wielkiej literatury. Po prostu wybór tych 30-40 większych lektur przez cały okres nauki w liceum pozostawiłbym nauczycielom. Mniej kreatywni mogliby korzystać z gotowych ofert programowych, jakoś tam certyfikowanych, ale nie ograniczanych nadmiernie przez urzędników ministerstwa. No i zgadzam się, że należy zacząć od postawienia sobie pytań podstawowych.

Ja bym jednak nie rezygnował z koncepcji lektur "obowiązkowych do wyboru". JAKĄŚ tragedię grecką powinna dziatwa jednak przeczytać, przynajmniej w obszernych fragmentach, czy nie? "Przeciw" Nałkowskiej /która dla mnie jest trochę za bardzo "wyższe sfery" i "pretty-pretty"/ zaproponowałbym Gojawiczyńską. Moim zdaniem wszystkie reformy powinny być ostrożne, umiarkowanie konserwatywne. Słowacki "nas" nie zachwyca, ale za 20 lat może będzie, dajmy mu szansę. Poza tym, uczeń nie lubi /mówi to stary nauczyciel/, jeśli za bardzo schlebiać jego gustom, i zniżać się do jego poziomu; co do "nie zachwyca", to nie od dziś wiadomo, że młodzież 12-20 lat lubi być przekorna. Poza tym, jak mówi Pound w "ABC of Reading", albo "Kulchur" /nie pamiętam w którym/: "literature /ma na myśli artystyczną, nie trywialną/ is news that STAYS news". Może pod tym kątem wybierać? A że był mąż przebiegły, który wiele wycierpiał zburzywszy święty gród Troi itd. to jest taki "news", czy nie?

Podobne teksty

Jerzy Franczak, Agnieszka Taborska
Etgar Keret, Grzegorz Jankowicz
Wit Szostak, Michał Sowiński

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]