„Obcy” wraca do kin. Czy wraz nim wróci też wielki strach z początków serii?

Cykl liczy już niezliczoną ilość gier wideo, planszówek, komiksów i książek. Na Obcym zarobiła branża zabawkarska i odzieżowa, w swoje progi zaprosili go Simpsonowie i mieszkańcy South Parku. I choć jego status legendy pozostaje niezagrożony, to czy wciąż da się o nim zrobić dobry film?
Czyta się kilka minut
Film pt. „Obcy Romulus” z 2024 r. w reżyserii Fede Álvareza // Fot. 20th Century Studios / Materiał prasowy
Film pt. „Obcy Romulus” z 2024 r. w reżyserii Fede Álvareza // Fot. 20th Century Studios / Materiał prasowy

Chłopak wbiega do pokoju, otwiera lodówkę, patrzy przez ramię na telewizor i rzuca: „O, to ten stworek z »Fortnite«”. Jego stary, który do ślubu poszedł w t-shircie z Obcym, o cyklu rozrodczym monstrum pisał magisterkę, a ostatnie pieniądze wydał na replikę kosmicznego jaja, blednie: „Coś ty powiedział!?” 

„Stworek” to ksenomorf, wyśnione przez reżysera Ridleya Scotta i zaprojektowane przez szwajcarskiego rzeźbiarza H.R. Gigera monstrum z cyklu filmów „Obcy”. „Fortnite” to gra wideo, w której, dzięki lukratywnym umowom licencyjnym, szyku zadają ikony popkultury. Dla chłopca Obcy jest atrakcją tygodnia, kolejnym produktem z disnejowskiego taśmociągu. Dla ojca ma znaczenie symboliczne, żyje w delikatnej sferze sentymentów. Nostalgia może wygładzać krawędzie przeszłości, lecz w teraźniejszości jest marnym narzędziem komunikacji.

Twórcy wchodzącego właśnie na ekrany kin „Obcego: Romulusa” stoją przed wyzwaniem podobnej natury. Cykl liczy już sześć filmów, dwa spin-offy, niezliczoną ilość gier wideo, planszówek, komiksów i książek. Na Obcym zarobiła branża zabawkarska i odzieżowa, w swoje progi zaprosili go Simpsonowie i mieszkańcy South Parku. I choć jego status podwójnej legendy kina science-fiction oraz horroru pozostaje niezagrożony, to czy wciąż da się o nim zrobić dobry film? Podsycanie egzystencjalnego lęku jest trudne, jeśli Nieznane to nadruk na koszulce, budzik z gumowymi zębami i pluszowa poduszka. Naraz.

Typy spod „Ciemnej gwiazdy”

Na przełomie lat 60. i 70. wszechświat był nieco przytulniejszym miejscem. Afirmacyjna filozofia ery kosmicznego wyścigu pozwalała myśleć o nim jak o symbolu gwałtownego cywilizacyjnego rozwoju. Budowano tam parki rozrywki, kręcili się po nim filozofowie oraz pionierzy efektów specjalnych. Stanley Kubrick wracał do genezyjskiego mitu i szukał w gwiazdach Boga, twórcy „Star Treka” przynosili wizję międzygalaktycznego społeczeństwa, mierzącego wszechświat szkiełkiem i okiem. Oświeceniowe tendencje były odzwierciedlone w filmowej formie: zarówno aseptyczne wnętrza statków kosmicznych, jak i wewnątrzkadrowa symetria sugerowały dualizm naszych poznawczych potrzeb, równowagę między nauką i metafizyką. 

Studiujący na Uniwersytecie Kalifornijskim scenarzysta Dan O’Bannon kochał fantastykę naukową, lecz coś mu się w tym obrazku nie zgadzało. Dostrzegał wielkie abstrakcje, ale nie widział konkretów. Wkurzały go czyściutkie stacje badawcze, irytowali zakochani w sobie naukowcy, brakowało mu brudu, znoju oraz błękitnych kołnierzyków w permanentnym konflikcie z chciwymi kapitalistami.

Uważana za duchowy prequel „Obcego – ósmego pasażera Nostromo” czarna komedia „Ciemna gwiazda” (1974) na podstawie scenariusza O’Bannona i w reżyserii Johna Carpentera była owocem tej frustracji. Jej bohaterowie, załoganci tytułowego statku, pracują od ósmej do szesnastej, niszcząc niestabilne, zagrażające kolonizacji kosmosu planety. Nie ma lekko: sprzęt nawala, z rur ciekną podejrzane substancje, przygarnięty na pokład obcy nie chce siedzieć grzecznie w ładowni, komputer-matka samoczynnie uzbraja ładunki wybuchowe.

Żeby komedię zamienić w horror, potrzeba było jedynie pomyślnej koniunkcji gwiazd. Dosłownie, gdyż przypisem w historii powstawania pierwszego „Obcego” w reżyserii Ridleya Scotta (1979) są dziś nazwiska „spadochroniarzy” z mitycznej, niezrealizowanej „Diuny” Alejandro Jodorowsky’ego. O’Bannon pracował przy projekcie, który miał połączyć w artystycznej komitywie Franka Herberta, Salvadora Dalego, Micka Jaggera, Orsona Wellesa oraz muzyków z zespołu Pink Floyd.

Ostatecznie „zadowolił się” współpracą z wybitnym grafikiem i komiksiarzem Jeanem „Moebiusem” Giraudem, który odpowiadał za pierwsze szkice koncepcyjne ekranowego świata, oraz rzeźbiarzem Hansem Rudolfem Gigerem, który razem z Scottem zaprojektował potwora. Obła, lśniąca czaszka, ostry jak brzytwa ogon, podwójne szczęki, kwas molekularny zamiast krwi, kształt jednocześnie owadzi i humanoidalny…

Kino kocha takie historie: o kumulacji pokoleniowej, artystycznej energii, zazwyczaj z pikantnym twistem. Giger był opiumistą, mieszkał w średniowiecznym zamku i cierpiał na paraliże przysenne; o uzależnieniu O’Bannona od narkotyków krążyły legendy, a nad projektem – za sprawą „Ciemnej gwiazdy” – unosił się duch Johna Carpentera, wówczas ojca chrzestnego wszystkich niezależnych filmowców.

Zarówno współscenarzysta Roland Shusett, jak i brytyjski reżyser Ridley Scott nie pasowali do tej ferajny, choć pewnym łącznikiem była tradycja literacka. Zaledwie dwa lata wcześniej Scott nakręcił świetny „Pojedynek” na podstawie prozy Josepha Conrada, a do „Obcego” – ku uciesze Gigera – podchodził z głową pełną lovecraftowskich obsesji.

„Producentom wystarczyło, że film rozgrywa się w kosmosie” – żartował Scott po latach, nawiązując do gwiezdnowojennej rewolucji w Hollywood. Na pewno nie zaszkodził również fakt, że, na fali popularności pierwszego letniego blockbustera w historii, promowano go jako „»Szczęki« w kosmosie”.

Duchy Nostromo

Poszukiwanie źródeł fenomenu „Obcego – ósmego pasażera Nostromo” Scotta w twórczości H.P. Lovecrafta wydaje się ryzykowne. Coś jednak jest na rzeczy. W końcu to opowieść o bezradności w starciu z nieznanym. Słynny monolog z filmu, o „istocie, której wrogość równa jest jedynie strukturalnej doskonałości”, odsyła właśnie do tej literatury. Z kolei miejsce akcji – frachtowiec „Nostromo”, przywodzący na myśl zawieszoną w kosmicznej próżni gotycką katedrę – to jedna z nawiedzonych posiadłości Edgara Allana Poego. Joseph Conrad też się załapał – w górniczym miasteczku Sulaco (okrętem o tej nazwie latają żołdacy w sequelu „Obcego”) rozgrywa się akcja jego powieści „Nostromo”.

Załoganci statku to urobieni po łokcie przedstawiciele klasy pracującej, ich rozmowy dotyczą głównie kiepskich zarobków i jeszcze gorszego jedzenia. „Nostromo", choć na tle zimnego kosmosu przypomina upiorny monolit, jest tylko statkiem górniczym. Wąskie korytarze serwisowe, wilgotne hale, w których przechowywana jest ruda, skąpane w trupim świetle jarzeniówek ambulatorium – wszystkie te miejsca obnażą swój mroczny majestat dopiero wtedy, gdy pasażer na gapę zacznie dziesiątkować załogę. Znamienne, że naprzeciw zła, które u Lovecrafta wymykałoby się wszelkim narzędziom poznania, staje żywioł bezwzględnego racjonalizmu. Choć z perspektywy jej dalszej popkulturowej kariery łatwo o tym zapomnieć, porucznik Ellen Ripley (Sigourney Weaver) to w „Ósmym pasażerze Nostromo” zimna jak głaz służbistka.

Pająkowaty stwór, penetrujący gardło pierwszego oficera Kane’a, oraz falliczna kijanka, rozrywająca jego klatkę piersiową; zły android Ash, duszący bohaterkę zwiniętą w rulon gazetą w otoczeniu plakatów z roznegliżowanymi kobietami; ogon kosmicznego drapieżcy wsuwający się między nogi przerażonej nawigatorki Lambert; wreszcie scena, w której szykująca się do kriogenicznego snu bohaterka, w samej bieliźnie, musi stawić czoło potworowi… Przesycająca „Obcego” erotyczna symbolika była dla O’Bannona zapalnikiem atawistycznego lęku. Wykraczała poza płeć i kulturę – ksenomorf „gwałcił” bez wyboru, zaś jego cykl życiowy był metaforą przemocy seksualnej.

O elastyczności konwencji oraz pojemności metaforyki najlepiej świadczył fakt, że tak łatwo było z nich zrezygnować. W kolejnych filmach Obcy stał się zwierzęciem żyjącym w pszczelim roju („Obcy – decydujące starcie” z 1986 r.), apokaliptyczną „bestią z morza” („Obcy 3” z 1992 r.), groteskowym eksponatem z gabinetu obrzydliwości („Obcy: Przebudzenie” z 1997 r.) oraz dzieckiem daenikenowskich proto-ludzi z gwiazd („Prometeusz” z 2012 r. i „Obcy: Przymierze”z 2017 r.). Czym będzie w nowym filmie, którego twórcy obiecują „powrót do pierwotnej grozy”? 

Film pt. „Obcy– decydujące starcie” z 1986 r. w reżyserii Jamesa Camerona // Fot. 20th Century Fox / Materiał prasowy

A więc wojna!

W salce konferencyjnej studia 20th Century Fox James Cameron napisał na tablicy tytuł filmu:„Alien”. Potem dopisał „s”, a następnie dwa razy przekreślił literkę, czyniąc z niej symbol dolara. Był to koniec jego prezentacji biznesowej i zarazem początek jednej z najważniejszych serii w historii science-fiction i horroru.

Tyle legenda. Rzeczywistość była dla Camerona boleśniejsza. Wyjątkowo trudny proces realizacji „Obcego – decydującego starcia” (1986) zamienił Kanadyjczyka oraz jego żonę, producentkę Gale Ann Hurd, w parę najtwardszych graczy w Hollywood. Efektem ich pracy, podobnie jak w przypadku starszego o dekadę „Ojca  chrzestnego II”, był sequel dorównujący oryginałowi (a w opinii niżej podpisanego przewyższający go). Cameron wszedł z butami w wizję Scotta, poprzestawiał gatunkowe klocki, a zamiast gotyckiego horroru zaproponował wysokooktanowe kino akcji. Z plakatów krzyczało hasło: „Tym razem to wojna!”

Dociekliwym, którzy pytali, o jaką wojnę chodzi, Cameron odpowiadał, że o Wietnam. Mówił, że to rzecz o konflikcie lepiej wyposażonych najeźdźców z wyszkolonymi w walce partyzanckiej autochtonami. Tymi pierwszymi byli na ekranie kosmiczni marines, którzy – wraz z cierpiącą na syndrom stresu pourazowego Ripley – próbowali uratować gwiezdnych kolonistów przed Obcymi. W rolę tych drugich wcieliły się Ksenomorfy – tym razem w hurtowych ilościach. Symbolizowany przez chciwą firmę Weyland Yutani, antykorporacyjny wątek z „Ósmego pasażera” został podbity w klasycznej Cameronowskiej narracji, której punktem szczytowym stał się kilka lat później „Terminator 2” („Nie wiem, który gatunek jest gorszy? – pytała Ripley. – Te potwory przynajmniej nie zabijają się dla pieniędzy”). 

Z kolei zamiłowanie reżysera do futurystycznego sprzętu oraz wojskowego drylu rymowało się z technofobicznymi nastrojami dekady lat 80. Podobnie jak seria o „Terminatorze”, „Głębia”, czy „Avatar”, „Decydujące starcie” opowiadało również o zrodzonej w ogniu konfliktu, patchworkowej rodzinie. Finałowy pojedynek Ripley z Królową Obcych stał się w obiektywie Camerona walką dwóch samic, broniących swojego potomstwa. To właśnie za rolę w filmie Camerona Sigourney Weaver zdobyła oscarową nominację, a jej Ripley trafiła na kubki do herbaty i do gry „Fortnite”.

Potwór w słoiku

Niewiele serii w historii kina powtórzyło sukces „Obcego” jako projektu komercyjno-autorskiego. Blisko był cykl o Harrym Potterze, w którym filmy realizowane przez Alfonso Cuarona oraz Mike’a Newella odpowiadały estetycznie i narracyjnie reżyserskim wrażliwościom. „Obcy 3” (1992) Davida Finchera i „Obcy: Przebudzenie” (1997) Jeana Pierre’a Jeuneta to słabsze filmy, ale sporo zyskują w towarzystwie arcydzieł. Są w końcu konsekwentną realizacją znajomej strategii: „Pokaż mi swojego Obcego, a powiem ci, kim jesteś”.

Debiutancki obraz Finchera powstawał tak długo i był polem tak gwałtownych, wielowektorowych konfliktów, że dziś myśli się o nim jak o filmowym Frankensteinie, pozszywanym ze sprzecznych potrzeb, interesów i koncepcji. Fatalistyczny w wymowie, skąpany w obrzydliwych żółciach i brązach, napakowany po brzegi biblijną symboliką, „Obcy 3” pozostaje jednak filmem arcyciekawym. Jego akcja rozgrywa się na więziennej planecie, której rezydenci – gwałciciele, mordercy i pedofile – próbują odkupić winy dzięki gorliwej wierze. Odratowana z rozbitej kapsuły i ogolona na łyso Ripley staje się dla nich Chrystusem, na jakiego zasłużyli – umęczonym, przetrąconym, zmierzającym w stronę zasłużonego odpoczynku, czyli śmierci. Weaver też była zmęczona. Zgodziła się na występ pod warunkiem, że Ripley wreszcie dokona żywota.

Horror, kino akcji, biblijna alegoria, wreszcie – francuska makabreska. W „Obcym: Przebudzeniu” (1997) Jean Pierre-Jeunet zrobił to, co udało mu się wcześniej w „Delikatesach” i później w „Amelii”. Uwięził Obcego i Ripley w popkulturowej hiperrzeczywistości. Połączył ich geny, obcałowywał kamerą ich mutujące ciała, zaś w słojach z formaliną umieścił nieudane klony głównej bohaterki. Niektórzy dostrzegli w tychże słojach dzieła „epigońskie” względem Obcego. Większość widziała tylko filmowe monstrum, które zeżarło już własny ogon.

Mamo, coś jest w pawlaczu

Android o imieniu David ogląda na holograficznym ekranie „Lawrence’a z Arabii” Davida Leana. „Cała sztuka w tym, by zlekceważyć ból” – powtarza za bohaterem, który gasi palcami zapałkę. David próbuje pojąć sens tych słów, choć sam ból jest dla niego czymś abstrakcyjnym. Pytania o człowieczeństwo maszyny i ludzkie zafiksowanie na celu wypełniają „Prometeusza” i „Przymierze”. Obcy to jedynie dziki lokator.    

Obydwa filmy wyreżyserował powracający do uniwersum Ridley Scott. Obydwa są też owocami cynicznej kalkulacji. Obcy jest teraz u Scotta zaledwie marketingowym haczykiem i fotogenicznym straszakiem, reżysera interesuje raczej kosmogonia nowego-starego świata. Nasze miejsce we wszechświecie, boskie uzurpacje prowadzące do zguby, język jako przestrzeń agresji oraz kulturowy azyl. Wszystko to wielkie tematy dla kina. Szkoda tylko, że na ich ołtarzu złożono tak fascynującą istotę. W pewnym sensie Scott przyspieszył proces popkulturowej degradacji Ksenomorfa. Rozjaśniając ciemność pierwszego „Obcego”, wypełniając fabularne luki, zamieniając potwora w dziecko zaawansowanej inżynierii genetycznej, odarł z tajemnicy swój najlepszy film.

Wracając do „stworka z »Fortnite«” oraz międzypokoleniowego dialogu. Biorę głęboki oddech i zaczynam: „Słuchaj, stary… to jest – młody. Nie ma w historii kina drugiej takiej serii; nie ma cyklu, w którym każdy film należałby do innego gatunku, był świadectwem odmiennej autorskiej wrażliwości….”. „Okej, nie ma takiej serii – słyszę w odpowiedzi. – A jest jakaś cola?”.

Raczej się nie dogadamy, ale trzeba próbować. W przeciwieństwie do innych kosmicznych bestii, które próbowały przepędzić nas z sali kinowej złowrogim sykiem, na Obcego wciąż możemy projektować własne lęki. Jest dokładnie tym, co w nim dostrzegamy i jeśli czegoś oczekuję po wchodzącym właśnie do kin „Romulusie”, to właśnie wykładu na temat pojemności tej metafory. Kto wie, być może kolejne pokolenie widzów przekona się na własnej skórze, że nawet w pawlaczu może być ciemno i strasznie.

„Obcy”: Gdzie się podziali jego ojcowie

Ridley Scott // Fot. Rex Features / East News

RIDLEY SCOTT (86 lat)

„Łowca androidów”, „Thelma i Louise”, „Gladiator”… Trudno wyobrazić sobie kino bez Ridleya Scotta, zaś porównanie ilości do jakości mówi, że to najrówniejszy współczesny reżyser. Gdyby tylko dał sobie spokój z „Obcym” i przestał niszczyć własne dziedzictwo… 

James Cameron // Fot. Nasser Berzane / ABACA / East News

JAMES CAMERON (69 lat)

W latach 90. Cameron, twórca „Terminatora” i „Prawdziwych kłamstw”, przejął od Spielberga miano naczelnego pieszczocha Hollywood. Po sukcesie „Titanica” okrzyknął się „królem świata”, a potem zszedł pod wodę na 15 lat. Gdy wrócił na powierzchnię, zaczął taśmowo kręcić „Avatary” i w pojedynkę zdominował listę najbardziej kasowych filmów wszech czasów. 

David Fincher // Fot. Imago / Alamy / Be&W

DAVID FINCHER (61 lat)

Na planie „Obcego 3” odebrał dyplom szkoły życia. W porównaniu do tego koszmaru, reszta kariery przypominała spacerek po parku. „Siedem”, „Gra”, „Podziemny krąg”, „The Social Network”. Co film, to inne oblicze kultu. Dziś, jako nestor kina, nic już nie musi. Ale wciąż mu się chce.   

Jean-Pierre Jeunet // Fot. Joel Saget / AFP / East News

JEAN-PIERRE JEUNET (70 lat)

Zapowiadał się na żywego klasyka. Skończył, mimo sukcesu „Amelii” oraz kapitalnego dyptyku „Delikatesy” – „Miasto zaginionych dzieci", w peletonie zdolnych rzemieślników. Szkoda. Dzikiej wyobraźni i popkulturowej wrażliwości mogli mu pozazdrościć najwięksi. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Ten obcy